„I don’t trust anyone who doesn’t like Slayer” – powiedział kiedyś Mike Patton, a do jego krótkiej, acz treściwej wypowiedzi należałoby dodać jeszcze „and Faith No More”. Spotkaliśmy się więc niedawno z człowiekiem naprawdę godnym zaufania – Slayer i Faith No More to jedne  z jego największych muzycznych miłości. O Slayerze książki nie napisał, bo ubiegł go Jarek Szubrycht, ale o tych drugich już jak najbardziej. Biografia „Królowie życia (i inne nadużycia)” autorstwa Macieja Krzywińskiego pojawi się na sklepowych półkach 3 lutego.

Jak nie powinna wyglądać recenzja? Co Maciej musiałby jeść i gdzie musiałby mieszkać, gdyby utrzymywał się z pisania o muzyce? Jak wygląda przyszłość mediów muzycznych? Dlaczego „King For a Day” to najlepszy krążek Faith No More? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie poniżej. Zapraszamy do lektury!

Maciej_Krzywiński_wywiad

Myślisz, że ludzie długo jeszcze będą kupowali prasę muzyczną? W zasadzie oprócz tego, że gazetą można sobie dupę podetrzeć, nie ma żadnych przewag nad Internetem.

Właściwie to nawet sobie dupy nie podetrzesz ze względu na specyfikę materiałów, na jakich drukowana jest większość magazynów – strasznie twardy ten papier. Czy prasa ma jakąś przewagę nad Internetem? Cóż, możliwe że jest to głównie siła sentymentu.

Coś jak z winylami.

Tak, przeżywamy ogromny renesans tego nośnika. Co do prasy… Nie wiem, czy powinienem to przy tobie, przedstawicielu portalu on-line, mówić, ale wciąż jeszcze mam wrażenie, że przy doborze autorów do magazynów drukowanych jest nieco ostrzejsza selekcja.

Portale w Polsce są raczej nieprofesjonalne, tworzone przez zapaleńców.

Są też i profesjonalne. Wiesz, ja nie chcę budować wizerunku dziennikarzy z papierowych magazynów jako jakichś elitarnych twórców o wiedzy większej od tej, którą posiedli autorzy publikujący w sieci, bo czasami jest wręcz przeciwnie. Dyletanci i ignoranci zdarzają się i tu, i tu, jednak tworów internetowych jest znacznie więcej i trudniej dokonać selekcji.

Łatwiej założyć portal niż gazetę.

No i nie jest to specjalnie opłacalny biznes, jeżeli w ogóle można działalność tego typu nazwać biznesem – w wielu wypadkach się do tego jeszcze dopłaca… Ale pozwól, że wrócę do pierwszego pytania, bo chyba nieco od niego odbiegliśmy. Otóż myślę, że ludzie długo jeszcze będą kupować magazyny muzyczne. Wskazuje na to rozkwit paru tytułów – na horyzoncie majaczy „Gazeta magnetofonowa”, w ostatnich latach pojawiły się przecież „Noise Magazine”, „Musick Magazine” i kilka innych niszowych pozycji, które pływają gdzieś na granicy opłacalności. To jednak żaden problem dla twórców tych magazynów, bo mało kto robi to dla mamony. To raczej działalność poboczna, która – mówiąc jednym z największych banałów – odbywa się dla spełnienia swojej pasji.

A nie odnosisz wrażenia, że dziennikarstwo muzyczne powoli wymiera, albo przynajmniej mocno zmienia swoje oblicze? Kiedyś pan z radia czy gazety to był ktoś, kto kształtował gusta całych pokoleń. Weźmy lata 80. czy 90., i to nie tylko w Polsce, a również w Wielkiej Brytanii na przykład.

Jasne, zwłaszcza ktoś, kto publikuje na łamach prasy, ma dziś mniejszą niż kiedykolwiek siłę oddziaływania, skoro jest o krok do tyłu na osi czasu w stosunku do fana, który może sobie pobrać płytę przed premierą – teraz nawet już legalnie, bo wiele zespołów swoje dzieła udostępnia. Każdy może kształtować swój gust, jak mu się żywnie podoba, bo dostęp do muzyki jest nieograniczony. Może też, oczywiście, kształtować gusta innych słuchaczy, o czym mówiliśmy wcześniej – ta eksplozja blogów i serwisów muzycznych. Co popularniejsze portale śledzą dziesiątki tysięcy fanów, a to, w wielu wypadkach, więcej niż nakłady magazynów muzycznych.

Rola opiniotwórcza dziennikarza chyba zeszła na drugi plan, teraz jest on bardziej kimś w rodzaju selekcjonera – musi oddzielić, i tu znów metaforyka kiblowa, szambo od pereł… Ale wiesz co? Zastanawiam się, czy to jest w ogóle potrzebne. Co kto lubi. Jedni piszą, bo chcą oddziaływać na masy – no cóż, nie polecam takiej działalności – a inni mają po prostu niczym nieuzasadnioną potrzebę przelewania swoich myśli na papier. Możesz pisać np. o gotowaniu, a możesz o płytach. Cóż, ja jakoś dziwnym trafem znalazłem się w tej drugiej kategorii.

Jak myślisz, w jakim kierunku to wszystko pójdzie?

W dobie Internetu funkcja informacyjna – medium papierowe jako nośnik najświeższych informacji – schodzi na drugi plan. Widziałbym dziennikarza bardziej jako, z jednej strony, selekcjonera, a z drugiej jako wyłapywacza kontekstów. To oczywiście wymaga wiedzy i znajomości tych kontekstów. W żadnym wypadku nie roszczę sobie pretensji do tej roli i sam nie twierdzę, że takie zadanie spełniam, natomiast przyszłość dziennikarstwa muzycznego widzę właśnie w ten sposób. To chyba istota krytyki sztuki, żeby umiejscawiać dzieła w szerszym kontekście kulturowym. Największą frajdę w pisaniu sprawia mi wyłapywanie związków, niekonieczne oczywistych, pomiędzy muzyką a innymi dziedzinami sztuki. Kręci mnie też nurt eseistyki muzycznej, który jeszcze bardziej oddala się od sfery czysto informacyjnej. To może lokować się czasami już na granicy narracji, którą współtworzy, z jednej strony, stymulacja dziełem, a z drugiej – wyobraźnia autora. To już nie jest coś dla fana, który chciałby przeczytać opis każdego utworu, jeden po drugim, na płycie. Takie dziennikarstwo straciło rację bytu. Opisywanie, jak to czwarty kawałek na drugiej stronie 4-płytowego albumu nagrany jest w tempie 280 uderzeń na minutę to marnotrawstwo papieru i opuszków palców recenzenta.

Z jakich mediów muzycznych korzystasz na co dzień?

Ze wszystkich.

Radia też słuchasz?

Zdarza się. Kiedy wstaję w piątek rano i jestem nieprzytomny – sprecyzujmy, że każdego dnia po obudzeniu jestem nieprzytomny – radio włącza szacowna małżonka i słucham go w tle. Ale fakt, złapałeś mnie. Ze wszystkich mediów, z radia korzystam najmniej. Jeśli już, to i tak są to radia on-line’owe i audycje autorskie, gdzie nie ma ograniczeń formatowania. Inna strona medalu jest taka, że mają one najczęściej mniejszy zasięg niż takie tradycyjne, których posłuchać możesz w radioodbiorniku.

Czytam też oczywiście prasę. Siłą rzeczy nazbierało się tego trochę – teraz leży i się kurzy, ale pamiętam, że jeszcze 5 lat temu zdarzało mi się zaglądać do pudeł z magazynami w poszukiwaniu informacji, której wspomnienie gdzieś mi tam w głowie trwało. Teraz robię to już coraz rzadziej, bo większość rzeczy możesz znaleźć w Internecie.

Zgodzisz się, że radio i telewizja nie istnieją jeśli chodzi o muzykę rockową?

Tak, ale te media mogą teraz fana ostrzejszej muzyki – za przeproszeniem – w dupę pocałować. Zobacz, premierę miał niedawno wideoklip do utworu „Repentless” Slayera, w którym trup ściele się gęsto. Nikt go nie puści w telewizji, ale zespół wrzuca obraz na YouTube i w ciągu weekendu dociera do milionów widzów. Jeżeli więc prasa traci znaczenie jako medium opiniotwórcze, to radio i telewizja tym bardziej – chociaż muszę przyznać, że nie mam problemu z tym, że nie słyszę np. Slayera na falach radiowych. Do niczego nie jest mi to potrzebne. Mogę sobie zrobić własną „audycję” i zgrać ją na pendrive’a, wybierając utwory, które podobają się mnie, a nie didżejowi.
Oczywiście możemy odwrócić sytuację. Od didżeja miałbym szansę dowiedzieć się o nieznanych i fascynujących kapelach, ale to znów jest paradoks, o którym mówiliśmy wcześniej przy okazji fenomenu prasy – czy takie media są jeszcze opiniotwórcze? Nie sądzę.

www.youtube.com/watch?v=yjb0j9l1sz4

Wspomniałeś nowy krążek Slayera. Muszę zapytać – co o nim myślisz?

Jakiś czas temu pisałem coś w rodzaju recenzji, a właściwie bardziej omówienia tej płyty, i w pierwszym akapicie dałem do zrozumienia, że nie jestem obiektywny, jeśli chodzi o Slayera.

Podoba mi się „Repentless”. Musiałem spędzić z tą płytą trochę czasu, nie wszystkim jestem zachwycony, ale moim zdaniem przesadzone są głosy, jakoby Slayer zdychał. Owszem, mamy tu tylko połowę starego zespołu, ale chyba zaszło w tym przypadku zjawisko nieuświadomionego uprzedzenia – nie ma Lombardo, nie ma Hannemana, więc płyta musi być kiepska. Moim zdaniem tak nie jest. Większość utworów z „Repentless” dorównuje kawałkom z „Christ Illusion” czy „World Painted Blood”. Najmniej przekonuje mnie „Chasing Death”, ale numer tytułowy jest dla odmiany wybitny – wejdzie do slayerowego kanonu.

Jak myślisz, jakie gatunki muzyczne będą w najbliższych latach w rozkwicie, a jakie będą pogrążały się w marazmie?

Nie mam pojęcia. Jeżeli ograniczymy się tylko do cięższej muzyki, no to w takich gatunkach jak thrash czy death metal prochu już nie wymyślisz – chociaż są kapele takie jak Portal, które rzucają trochę nowego światła na te z pozoru sprane deathmetalowe patenty. Z drugiej jednak strony, kiedy słucham tych nowych, lub niedawno uznawanych za nowe, wynalazków jak np. święcący 10 lat temu triumfy metalcore, czy popularnych teraz zespołów typu Bring Me The Horizon, które zdaniem niektórych wchodzą na nowe terytoria, bo łączą echa electro z para-metalowym riffowaniem, to ja już wolę być konserwatystą.

To nie znaczy jednak, że nie dzieje się nic nowego. W podziemiu jest sporo ożywczych nurtów. Jednak te wszystkie najbardziej popularne nowinki z ostatnich dwóch dekad, jak nu metal, czy wspomniany metalcore moim zdaniem się strasznie zdezaktualizowały i po latach wydają się być własną parodią. Mówią, że ostatnim przełomem był grunge, ale czy on był czymś zupełnie nowym? Granie trochę na przecięciu Black Sabbath i Sex Pistols niekoniecznie jest odkrywaniem nowych lądów, ale może na tym rzecz polega, aby umiejętnie dobierać składniki potraw.

Kiedy zacząłeś pisać o muzyce? No i dlaczego pisanie, a nie granie na gitarze albo perkusji?

Nie mam talentu do grania na instrumentach.

Próbowałeś?

Tak. Zawsze marzyłem, aby grać na perkusji, bo to najbardziej fizyczny instrument, ale nie do końca mi to wyszło. Mam dwie teorie: albo z lenistwa, albo z poznańskiej oszczędności moje granie ograniczało się do obtłukiwania długopisami kanap. Mawiają, że niespełniony muzyk zaczyna pisać o muzyce – nie zgadzam się.

Pisać zacząłem pod koniec liceum. Zawsze równie dużo muzyki słuchałem, co o niej czytałem i, nie wiedzieć czemu, ta druga aktywność wydawała mi się równie fascynująca co pierwsza – kręciło mnie też zestawianie własnych opinii z tym, co napisał jakiś recenzent. Wkurzałem się, bo ktoś miał inne zdanie, albo przyklaskiwałem, bo ktoś miał podobne. Pewnego dnia postanowiłem napisać coś samemu. Była to bodajże recenzja koncertu deathmetalowych zespołów Trauma i Devilyn – wtedy na rynku pojawił się magazyn „7 Gates”, byli ortodoksyjnie metalowi i poszukiwali współpracowników. Wysłałem więc propozycję, załączyłem do niej tekst i chyba się spodobało, bo wykazali zainteresowanie i zapytali, czy nie zrobiłbym wywiadu. No to ja, wiesz, pełna erekcja – nawet pomimo faktu, że był to wywiad mailowy. Zespół nazywał się Ravager, pochodził z Meksyku i grał death metal. Kiedy zobaczyłem plik z podglądem wydruku, byłem bliski żenujących reakcji fizjologicznych – aż tak się ucieszyłem. Tak to się wszystko zaczęło.

Zajmujesz się czymś oprócz pisania?

Jasne. Jakaś tam kasa z pisania jest, ale gdybym miał się z tego utrzymywać, to żarłbym trawę i mieszkał w szałasie. Traktuję to raczej jako hobby, a wszelka gratyfikacja finansowa jest mniej istotna.

W Polsce da się wyżyć z pisania o muzyce?

Myślę, że tak. Jest w Polsce kilku takich autorów, ale zaryzykowałbym tezę, że da się ich policzyć na palcach dwóch, trzech dłoni. Generalnie nie polecam budowania kariery zawodowej na pisaniu recenzji. To fajne hobby, ale trzeba rozwijać się też na innych polach.

Jak, twoim zdaniem, NIE powinna wyglądać recenzja?

Najbardziej irytują i nudzą mnie recenzje, w których autor pisze coś w stylu: „Oto otrzymujemy ósmą płytę zespołu XYZ. Pierwszy utwór jest wolny i wokalista śpiewa w tonacji X, a w drugiej minucie pojawia się solo”. Dla mnie to jest opis, nie recenzja. W recenzji bowiem, moim zdaniem, autor powinien sytuować dane dzieło gdzieś w kontekście dotychczasowych dokonań grupy i w ogóle w szerszym kontekście. Oczekiwałbym odpowiedzi na pytania: Jak to dzieło ma się do obecnej kondycji muzyki, do panujących obecnie trendów?; Jak ma się do konkurencji?; Jak ma się do świeżych powiewów twórczości tzw. młodych gniewnych?; Czy koresponduje z nimi jakkolwiek?; Czy nawiązuje dialog z dokonaniami innych twórców? I tak dalej. No bo po cholerę mi wiedzieć, czy utwór jest szybki czy wolny – z recenzji chcę się dowiedzieć czegoś, czego nie wiem.

Często w różnych dyskusjach pada magiczne zdanie: „O gustach się nie dyskutuje”. Uważasz, że muzykę da się opisać w sposób obiektywny? Czy może wszystko zależy od punktu widzenia i ktoś mówiący, że Sabaton to lepszy zespół niż Iron Maiden ma tyle samo racji, co osoba mająca odwrotne zdanie?

Może właśnie tym różni się działalność hobbystyczna od profesjonalnej. Otóż nie mam nic przeciwko ludziom, którzy sądzą, że Sabaton jest lepszy od Iron Maiden, ale niekoniecznie jestem zdania, że powinni pisać recenzje. Ja naprawdę nie zamierzam potępiać w czambuł fanów Bring Me The Horizon, chociaż w recenzji ich ostatniej płyty zjebałem ten zespół jak burą sukę.

Nie wiem, czy można obiektywnie pisać o muzyce. Chyba nie do końca, ponieważ nie jesteś w stanie całkowicie oderwać się od swojego gustu, chociażby na poziomie decyzji, jaką płytę zrecenzować. Myślę jednak, że nawet czysto subiektywne opinie można podeprzeć fanowskim zapałem – nawet jeżeli ktoś napisze, że Sabaton jest lepszym zespołem niż Iron Maiden, ale zrobi to w fajny sposób, tworząc ciekawą formę literacką, to prędzej przyklasnę komuś takiemu, z kogo gustem kompletnie się nie zgadzam, niż temu, kto napisze, że Maideni są lepsi od Sabaton, ale wypisze mi tempa utworów. Wolę nie zgadzać się z kimś, kto napisał barwnie, niż przytakiwać komuś, kto mnie zanudził na śmierć.

Pamiętasz swój pierwszy kontakt z muzyką metalową?

Tak. Nie wiem, czy kiedy chodziłeś do podstawówki, to nadal takie imprezy się odbywały, ale za moich czasów organizowano tzw. „dyskoteki”. Puszczano tam Dr. Albana czy Rednex, ale był też segment muzyki rockowej i pamiętam, że byłem wtedy strasznie podjarany ścieżką dźwiękową do filmu „Bohater Ostatniej Akcji” z Arnoldem Schwarzeneggerem. Były tam na pewno numery AC/DC i Alice In Chains, ja przyniosłem tę kasetę na dyskotekę – kumpel zainteresował się moim materiałem i pokazał mi album Acid Drinkers, który zrobił na mnie wielkie wrażenie – to był chyba taki pierwszy poważny kontakt z tą muzyką.

Faith_No_More

3 lutego ukaże się Twoja pierwsza książka „Faith No More: Królowie Życia (i inne nadużycia)”. Dlaczego akurat Faith No More?

Nie obraź się, ale spodziewałem się tego pytania (śmiech). A jednak, cholera, nie wiem, jak odpowiedzieć. Po pierwsze to bardzo dobry zespół…

Bardzo dobrych zespołów jest sporo.

Ale w tym przypadku nałożyły się na siebie dwa zbiory – zespoły bardzo dobre i zespoły przeze mnie lubiane. Oczywiście do obu tych grup należy też np. Slayer, ale tutaj uprzedzili mnie Jarek Szubrycht oraz Joel McIver, chociaż jego biografia do pięt nie dorasta tej Jarka. W przypadku Faith No More wysoka jakość muzyki splata się z barwną historią zespołu. Sporo jest grup, które grają ciekawą muzykę, ale nic ciekawego się u nich nie działo – nagrali, pojechali w trasę, wrócili, po czym nagrali, pojechali w trasę i wrócili. Coś jak w tym buddyjskim cyklu Sansary, w kółko. Tak trochę wyglądała książkowa biografia zespołu Sepultura – nawet nie pamiętam, kto ją napisał. Ale podkreślam: tak wyglądała na kartach książki, bo przecież ich historia jest fascynująca. To, co się u nich działo, to materiał na kapitalną książkę oraz lekturę, ale autor spłaszczył to do banalnego cyklu „płyta, trasa, płyta, trasa”.

Faith No More może i nie mieli takich zawirowań jak Sepultura – chociaż zmiany frontmanów były w obu zespołach – ale tę kapelę tworzą bardzo wyraziste osobowości z akcentem na Pattona oczywiście. I chyba to mnie skłoniło do napisania książki. Na pewno zachęcili mnie też chłopaki z wydawnictwa In Rock. Korespondowaliśmy, bo podsyłali mi książki do recenzji, no i chyba w lutym zapytali: „Te, Krzywy, może byś napisał książkę…” Niestety na tym się wypowiedź nie skończyła, bo po chwili dodali: „O Sabaton?”. Domyślasz się mojej reakcji.
Kusiło mnie to, bo ja lubię pisać o muzyce. Kurde, książkę napisać? Ale fajnie by było… No ale o Sabaton? Ja pierdolę, to przecież tak, jakbym stracił dziewictwo ze starą babą. No nie godzi się. Wiedzieli jednak, że jest z mojej strony zainteresowanie samym procesem pisania, kiedy więc pojawiła się opcja z Faith No More, nie zastanawiałem się zbyt długo.

Tym bardziej, że to zespół, który biografii chyba jeszcze nie ma.

Jedną ma, ale anglojęzyczną, napisał ją Greg Prato. No i jeszcze jedną, ale ona urywa się w okolicach „Angel Dust”. Tę napisał Steffan Chirazi.

Masz jakieś ulubione biografie muzyczne, albo takie, którymi inspirowałeś się podczas pisania książki o Faith No More?

Pewnie podświadomie jakoś się inspirowałem, bo przemieliłem tego mnóstwo, ale tak wprost, to nie. Co do tych ulubionych, to bardzo podobają mi się wywiady-rzeki Rafała Księżyka, jednak przy całym uznaniu dla jego pióra, to jakość tych książek determinują też losy bohaterów – trudno jest mieć fajną rozmowę z nudziarzem.

Próbowałeś skontaktować się z osobami z otoczenia Faith No More przy okazji pisania książki?

Tak. Część mnie olała i nie odpowiedziała w ogóle, ale udało mi się dotrzeć na przykład do fotografa, który robił im sesję zdjęciową do „The Real Thing” – odpowiedział bardzo zdawkowo, ale jednak. Próbowałem dotrzeć też do szefa ich poprzedniej wytwórni, Slash Records, ale niestety nie doczekałem się odpowiedzi.

Chłopaki z zespołu wiedzą, że napisałeś tę biografię?

Nie, nie powiedziałem im. Wstydziłem się. Rozmawiałem z nimi, ale głupio mi było. Oczywiście wybadałem wcześniej grunt, by dowiedzieć się, czy będzie szansa na biografię autoryzowaną przez zespół, i okazało się, że nie bardzo. Inna sprawa, że ciągle nie byłem wtedy pewien, czy ja to w ogóle skończę. Wiesz, to moja pierwsza książka i nie wiedziałem, jak to wygląda. Kiedy przyszła propozycja, byłem podjarany – „Super, napiszę, będzie świetna zabawa!” Cóż… Potem zacząłem pisać. Trochę rozmijało się to z moimi oczekiwaniami.

Który z projektów Pattona, nie licząc Faith No More, uważasz za najciekawszy?

Trochę ich było i sporo się o tym napisałem w książce – aż trudno było przebrnąć przez tę ilość.

Niektórzy uważają Mr. Bungle za ten najważniejszy – że to jest właśnie zespół Pattona, a Faith No More to tylko projekt poboczny.

Z Mr. Bungle spędził najwięcej czasu, chociaż to zaowocowało jedynie 3 pełnoprawnymi studyjnymi płytami. To na pewno jeden z najważniejszych projektów Pattona – szczególnie cenię drugą i trzecią płytę, debiut nie do końca mi podchodzi. Poruszyłem ten wątek w książce. Wielu ludzi ma taki bałwochwalczy stosunek do Mike’a – że niby czego się nie tknie, zamienia się w złoto. Ja akurat daleki jestem od takiego jednoznacznego entuzjazmu. Moim zdaniem nagrał rzeczy wybitne, dużo dobrych, parę takich sobie i kilka kiepskich. Generalnie zachęcam do zapoznania się z rzeczami mniej znanymi – np. płyty z Johnem Zornem, z rejonów okołojazzowych, muzyki improwizowanej… To nie jest coś, co przypomina Faith No More.

On tam w sumie nawet nie śpiewa.

Dokładnie, bardziej wymiotuje dźwiękami. Dla kogoś, kto zna tylko Faith No More, może to być dosyć odświeżające doświadczenie, chociaż trochę bolesne. Ale czasami ta dziwaczność Pattona jest tylko dziwaczna, a niekoniecznie fajna.

Na przykład?

Przez moment miał taki projekt z Johnem Zornem i Treyem Spruancem, nazywało się to Weird Little Boy. Nagrali jeden album z muzyką improwizowaną – zrobili to w jeden wieczór. Rzecz ukazała się nieco szemranymi kanałami, jakaś mała japońska wytwórnia wydała to w limitowanym nakładzie. Wiele można mówić o tym, jak bardzo eksperymentalna jest ta muzyka, jak wiele barier łamie, ale tak naprawdę to brzmi jak strojenie się zespołu, który nie bardzo potrafi cokolwiek zagrać. Trey Spruance ładnie to ujął, mówiąc, tu cytat: „Nie dajcie się nabrać na to gówno”.

www.youtube.com/watch?v=3CakgTdJ63w

Była też kooperacja Pattona z Merzbow. Wydali jedną płytę zatytułowaną „She” i jest to taki elektroniczny noise – myślę, że większość z nas byłaby w stanie to zrobić na laptopie w jedno popołudnie, ale jako że pod nazwą zespołu figurują słynne nazwiska, to przedsięwzięcie zyskało trochę uwagi. Ale tu znów dochodzimy do wątku, który poruszyłem w książce – w którym momencie dochodzimy do miejsca, kiedy kończy się muzyka, a zaczyna się hałas? Marcel Duchamp wystawił kiedyś pisuar w muzeum i to już uchodziło za rzeźbę. To dla mnie fascynujące pytanie – gdzie zaczyna się sztuka, a gdzie kończy przedmiot? Patton tego typu pytania podnosi.

Jego solowe płyty to w zasadzie muzyczny performance. Trudno byłoby czerpać przyjemność ze słuchania tych dzieł.

Tutaj kolejny ciekawy wątek – czy muzyka ma służyć przyjemności? W teorii estetyki mówi się, że sztuka to coś, co wywołuje wrażenie estetyczne. Wrażenie estetyczne to nie tylko piękno, ale także brzydota.

Wróćmy jeszcze do Faith No More. Lubisz płyty z Chuckiem Mosleyem?

Lubię, jest tam parę fajnych numerów, jak np. „We Care A Lot”, który grają po dziś dzień na żywo, „The Crab Song” czy „Anne’s Song”. Moim zdaniem na drugiej płycie oni antycypowali to, co miało pojawić się na „The Real Thing”, ale nie było to jeszcze tak dopracowane i oszlifowane. Chuck Mosley nie był też frontmanem tak charyzmatycznym jak Mike Patton. Ale wczesne płyty świadczyły już o potencjale zespołu – nie zapominajmy też, że Patton przyszedł, kiedy muzyka na „The Real Thing” była już napisana, a to przecież ich przełomowy album. Mike dopisał jedynie teksty i część linii wokalnych.

Nie wiem, czy byśmy teraz rozmawiali, gdyby nie doszło do zmiany wokalisty, ale daleko jestem od twierdzenia, że te dwie pierwsze płyty są do dupy.

Wiem, że twoją ulubioną płytą Faith No More jest „King For A Day”. Dlaczego?

Kiedy pisałem, starałem się śledzić odbiór płyt z czasów, kiedy one się ukazywały – ten album przyjęty został tak sobie, podobnie zresztą jak „Angel Dust”. „The Real Thing” było płytą z MTV, aż tu nagle chłopaki wyskakują z kawałkami „Crack Hitler” albo „Jizzlobber”.

„King For a Day” wydaje mi się kulminacją ich stylu – z jednej strony całe to szaleństwo, które się rozwinęło na „Angel Dust”, jest już trochę okiełznane, a z drugiej strony zespół nie robi oczywistego zwrotu w stronę przebojowości z „The Real Thing”. Jak dla mnie jest to idealna synteza, takie trochę stanie w rozkroku pomiędzy ich firmowym rozwichrzonym stylem, a chwytliwością. Są tam numery takie jak „Just A Man” albo „Take This Bottle”, a obok nich „Cuckoo For Caca”. Słowem – słychać tam cały wachlarz ich możliwości.

Nowa płyta ci się podoba?

Dla wielu to było rozczarowanie, inni twierdzili z kolei, że to tryumfalny powrót. Moim zdaniem to bardzo dobry album, ale tego nie słychać od razu. Poza tym miałem wrażenie – już trochę o tym wspominaliśmy rozmawiając o Slayerze – że oczekiwania wpływają na to, co myślisz o płycie.

Kiedy pierwszy raz posłuchasz „Sol Invictus”, wydaje się ona być bardzo zwykła i nie do końca w stylu Faith No More. Jest bardzo stonowana i na tym chyba polega jej urok, bo nikt się tego nie spodziewał. Gdyby nagrali album w stylu „Angel Dust”, pewnie byłoby wiele zachwytów, ale byłaby to powtórka z rozrywki.

Są jacyś lepsi frontmani niż Patton?

Na pewno.

Kto?

G.G Allin. (śmiech)

No dobra, mówimy o żywych.

W takim razie Ozzy Osbourne też odpada, chociaż jakoś jeszcze egzystuje – ale nie nazwałbym tego życiem, zwłaszcza u boku Sharon. Na poważnie, to ja nigdy nie myślałem o zespołach przez pryzmat frontmanów i nie przychodzi mi do głowy żadna odpowiedź na twoje pytanie… Może je nieco obróćmy – kto jest bardziej widowiskowym frontmanem? Znasz jakiegoś?

Może Bruce Dickinson? Chociaż to trochę inna estetyka niż Patton.

Bruce obraca się w pewnej heavymetalowej konwencji. Powiewanie flagami, patos, te sprawy.

Inna sprawa, że nie ma już teraz prawdziwych gwiazd rocka, zgodzisz się? Brakuje takich wyrazistych postaci – przychodzi mi na myśl jedynie Josh Homme.

Masz rację, ta epoka już chyba minęła. Może i dobrze? Takiemu Keithowi Richardsowi raczej nie wyszło to na zdrowie. No, ale jeżeli gwiazdami rocka są teraz osoby pokroju wokalisty Bring Me The Horizon, Oliviera Sykesa, to ja, kurwa, będę słuchał folku.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *