W ostatnią środę w Warszawie zespół Machine Head ponownie zagrał jako headliner. Wszyscy fani czekali na ten dzień od dawna. Czy było warto?  O tym za chwilę, bo zaczniemy nietypowo od miejsca – klubu Progresja, który po zmianie adresu robi bardzo dobre wrażenie. Miejsce jest przestronne (chyba nawet większe od Stodoły) z dużą sceną i bardzo dobrym nagłośnieniem. Klimat jednak pozostał, bo tworzą go ludzie, a fani klubu i występujący w nim muzycy się nie zmienili. Dodatkowo wszyscy tego dnia stanęli na wysokości zadania.

machine_head

Machine Head weszło na scenę z kilkunastominutowym opóźnieniem. Jednak gdy wybrzmiało intro w postaci ‚Diary of a Madman’ napięcie w klubie zaczęło narastać, a pod koniec utworu wszyscy już skandowali gromko „Machine Head”. W końcu muzycy weszli na scenę i wśród okrzyków i oklasków rozpoczęli koncert, wykonując porywające i klasyczne już ‚Imperium’. Pod sceną od razu zrobiło się gorąco. Następnemu w kolejności ‚Beautiful Mourning’ towarzyszył coraz głośniejszy śpiew publiczności – widać, że na koncert przybyli prawdziwi fani, nie było tam nikogo przypadkowego, jak chociażby ostatnio na Metallice.

Zespół tego wieczoru był w świetnej formie. Robb Flynn utrzymywał cały czas kontakt z publiką i był pełen energii, Phil Demmel wymiatał na gitarze, za perkusją szalał Dave McClain, a nowy basista – Jared MacEachern dobrze zestroił się z zespołem. Cała grupa sprawiała wrażenie, że czerpie motywację i ogromną przyjemność właśnie z granej muzyki oraz z ze swoich fanów. Trzeba to przyznać – publiczność też była świetna – nikt nie stał bezczynnie w miejscu, a moshpit, który powstał pod koniec koncertu, zajął miejsce praktycznie całego klubu – jeśli nie widzieliście, to macie czego żałować!Machine Head w Progresja Music Zone - relacja z koncertu w Warszawie

Następny w kolejności wybrzmiał czadowy ‚Locust’, po czym przyszła kolej na starsze kawałki – trochę nu-metalowy ‚The Blood, The Sweat, The Tears’, agresywny ‚Bite the Bullet’ oraz odpowiednio ciężki ‚Ten Ton Hammer’. W końcu na scenie pojawiła się gitara akustyczną dla Flynna – oznaczało to nic innego jak ‚Darkness Within’. Utwór poprzedziło wystąpienie gitarzysty, w którym opowiadał, jak ważna jest dla niego muzyka oraz fani przychodzący na koncerty. By nie było zbyt pompatycznie,  rozluźnił trochę atmosferę rzucając kilkoma drinkami w publikę. Ta podziękowała mu brawami, po czym chwilę później śpiewała razem z nim.

Zespół nie zamierzał zwalniać jednak tempa. ‚Bulldozer’ przypomniał ludziom czym jest porządny metal, a gdyby ktoś nie był pewien, to Panowie zaserwowali na dokładkę swój najnowszy utwór ‚Killers & Kings’ z nadchodzącej płyty „Bloodstone & Diamonds”. Kawałek jest bardzo dobry – pełen energii i mocy, a refren idealnie sprawdza się na koncercie, gdy wszyscy razem zdzierają sobie na nim gardła. Sądząc po tym utworze szykuje się nam kolejna dobra płyta Machine Head. Następnie przyszła pora na ‚Davidian’ i porywający moshpit pod sceną.

Machine Head w Progresja Music Zone - relacja z koncertu w Warszawie

Na koniec zespół przygotował mocne uderzenie. Utwór ‚Aescethics of Hate’ po prostu rozniósł klub. Brzmiał doskonale, o wiele lepiej niż na płycie. Wszyscy wciąż mieli mnóstwo sił, dlatego zespół zaserwował jeszcze ‚Old’, a cały występ zakończył uwielbianym ‚Halo’.

Koncert był doskonały – dopisało miejsce, publika i zespół. Machine Head pokazało, że wciąż jest w formie i jeszcze wiele ma do zaoferowania. Publika zaś pokazała, jak bawią się prawdziwi fani. Po takich koncertach docenia się jak świetną muzyką jest heavy metal.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *