Mroczne teksty i nazwa zespołu, na okładce blondynka i dwóch mężczyzn: ludzie odpowiedzialni za muzykę modną dekady temu. To krótki opis płyty, o której czytacie artykuł. Ale wbrew pozorom nie chodzi o prekursorów satanizmu w muzyce – Coven, ale o nowy krążek kapeli Lucifer, najmłodszego projektu Johanny Sadonis. Zespołu, którego poczynania śledzę od czasów singla „Anubis”. Zespołu, który debiutanckim albumem pokazał, że można grać retro hard rocka i robić to na tyle dobrze, by słuchacz chciał do niego wracać miesiące po pierwszym odsłuchu płyty. I wreszcie zespołu, w który wierzę i w którym pokładam duże nadzieje.

Stąd też wiadomości o roszadach w składzie przyjąłem z niepokojem. Obecnie z czasów debiutu, w zespole jest tylko Sadonis. Do projektu zaprosiła nowych kolegów – Robina Tidebrinka i Nicke Adressona (tego z Entombed) i w takim składzie wraz z „Lucifer II” kontynuuje podbój sceny retro. A to jednak ciężka robota, bo umówmy się, nie jest trudno zmienić trzy nuty w riffie Tony’ego Iommiego i mówić, że gra się świetną muzykę. A do tego często ograniczają się zespoły tego nurtu. Na szczęście Lucifer tego nie robił, a jednocześnie nie starał się udawać bycia nowatorskim zespołem.

Tutaj wszystko jest w starym stylu. Począwszy od okładki, na muzyce skończywszy. Lucifer już na pierwszej płycie obwieścił światu, że jest wpatrzony we wczesne lata 70-te i to tą dekadą będzie się inspirował. Robi to dalej, chociaż w nieco innym stylu, niż poprzednio. O ile na debiutanckim krążku miejscami słychać było nieśmiałe wpływy psychodelii, tutaj ich już raczej nie doświadczymy. Czy to źle lub dobrze? To już kwestia gustu. Osobiście nie pogardziłbym większą ilością odjechanych klawiszy, ale formuła „Lucifer II’ całkiem mi się podoba. Jest zadziornie i gitarowo.

Jest 1975 rok. Młody Amerykanin wrócił z Wietnamu, w którym to pobyt skutecznie zniszczył jego psychikę. Nie wiedząc, co robić, ubrał skórzaną kurtkę i wsiadł na motocykl Przejechał drogą stanową numer 66 mijając wypłowiały plakat „Chinatown” w reżyserii Romana Polańskiego, na którym widać było jeszcze zarysy twarzy Jacka Nicholsona.

Taki obraz mam przed oczami, kiedy słucham „California Son”. Rozpoczynającego album rockera, który wprost przenosi nas do czasów świetności hard rocka i jego gigantów. Lucifer doskonale wie, że potrafi stosować ograne patenty w dobry sposób i na tym właśnie się skupia. Sam otwieracz całkiem nieźle zapowiada to, co czeka nas dalej, ale raczej tylko nakreśla konwencję. Na szczęście kompozytorzy nie poszli na łatwiznę i „II” to na tyle różnorodny album, że nie mogę narzekać. Trudno to robić, jeśli słucha się „Dreamer”. Numeru mającego coś wspólnego z balladą, ale trudno go zaliczyć do tej grupy utworów. Sadonis śpiewa tutaj po prostu pięknie, swoim głosem buduje w zwrotkach niesamowity nastrój i pokazuje, że jest wokalistką z prawdziwego zdarzenia. Ten kawałek to zdecydowanie jeden z najlepszych numerów zespołu, cudo.

 

Robiących wrażenie kompozycji jest tu więcej. I chociaż uważam, że Lucifer to nie jest zespół, o którego utworach należy pisać eseje, to kilku numerom z tej płyty trzeba poświęcić kilka słów. Przede wszystkim należy się to „Phoenix”. Utwór jest na tyle melodyjny, że ma spory potencjał koncertowy i może stać się hitem zespołu. Oczywiście mowa tu o melodiach, które nie wywołają wysypki lub innych niepożądanych reakcji u bardziej ortodoksyjnej części fanów ciężkiego rocka. Z drugiej strony znajdziemy tu takie „Eyes In The Sky”, które od pierwszych dźwięków kojarzyć się będzie z Black Sabbath z czasów „Master Of Reality”. Smakowita sprawa. Ale jednocześnie cieszy to, że zespół nie zdecydował się na granie na jedno kopyto, dzięki temu płyta nie męczy. Bardziej stonerowo jest też w „Reaper On Your Heels”. Tutaj Lucifer dalej trzyma się ogranych lat 70-tych, ale skręca w stronę poczciwego, ciepłego bluesa. To jednak tylko nieśmiałe nawiązanie do źródeł, a przynajmniej w porównaniu z tym, co się dzieje w „Dancing With Mr. D”. Tak sobie słuchałem tego numeru, słuchałem i coś mi nie do końca pasował do reszty. Niby brzmienie to samo, słychać typowy głos Johanny, ale nie współgra z całością. Dopiero kilka dni temu popatrzyłem na tracklistę „Goat Head Soup” pewnego undergroundowego zespołu The Rolling Stones i wtedy nachodzi mnie moment olśnienia, w którym orientuję się, że Lucifer po prostu nagrał cover. Ciekawa rzecz, utwór w ich wersji to połączenie Stonesów z Sabbsami. A jeśli ktoś nie orientuje się w dyskografii tych pierwszych, to może do końca życia będzie przekonany, że to autorski utwór Sadonis i spółki.
Żeby jednak nie było tak pięknie, to muszę napisać o słabszym punkcie płyty. Niestety nie obyło się bez niego. „Aton” co prawda ma dobry refren, który wpada w ucho, ale pozostałe elementy tego utworu są bezpłciowe i giną na tle reszty albumu. Na szczęście nie jest to coś bardzo słabego – ot, zapychacz.

„Lucifer II” nie jest płytą przełomową dla gatunku. Nie wprowadza do niego nic nowego. Ale to bardzo mocna pozycja, która powinna zadowolić większość miłośników klimatów lat 70-tych. Czy zespół przebił to, co zaprezentował na pierwszym krążku? Według mnie nie, ale udało mu się zachować wysoki poziom. Na tyle wysoki, że do jego nowej płyty będę wracał co jakiś czas. Lucifer kilka lat temu dostał ode mnie kredyt zaufania i nie zawiódł. Cieszy fakt, że w 2018 roku są jeszcze zespoły, które mają coś wartościowego do powiedzenia.

Jest 1975 rok. Motocyklista zniknął za linią horyzontu, na tle leniwie zachodzącego słońca. W tle leci zamykające album „Faux Pharaoh”.

8/10

 

1 Comment Recenzja: Lucifer – „Lucifer II”

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *