Wszelkie odmiany muzyki ekstremalnej mające w swojej nazwie „-core” z automatu budzą we mnie niechęć. Przyczyny tego są różne i pozwolę Sobie ich nie omawiać w tym tekście. Dość jednak powiedzieć, że jest to jedyny gatunek, który z taką łatwością dokonał autoplagiatu samego siebie i zrzucił do rynsztoka wszelkie wymagania względem swojej formy. Jest jednak parę zespołów, które wybiły się ponad poziom przeciętności, budząc moją szczerą sympatię. Do niedawna jeszcze byłem przekonany, że takich zespołów nie znajdę w Polsce. Myliłem się. Zapoznając się z drugą długogrającą płytą polskiego zespołu Lowtide, musiałem zrewidować swe podejście do rodzimej sceny „-core”. Płyta jest bowiem wybitna i zachęcają nawet wrogów.

www.youtube.com/watch?v=KhpMKHuiZgs

7 listopada 2015 roku światło dzienne ujrzała druga już płyta Long-play zespołu Lowtide, będąca (godnym!) następcą „From Nothing to Nowhere” z 2013 roku. Musze się przyznać, że gdy mój znajomy podrzucił mi temat drugiej płyty ekipy ze Świecia, byłem przekonany, że będzie to kolejne, nudne metalcorowe nagranie. No myliłem się. Bardzo mocno myliłem. Panowie Jaras (perkusja), Góral (Bas), Bart (Wokal), Drewol (gitara) i Maślak (gitara) nagrali przepotężną dawkę mocnego metalcoru, przeplatanego klasycznym hardcorem, a momentami także thrash metalem czy deathcorem. Tak, piszę to ja, osoba z gruntu do takiej muzyki uprzedzona. Zacznijmy więc!

lowtidePłytę otwiera „Intro”. Słychać mewy, szum fal, czuć atmosferę morza. Błogi spokój. No i nie można powiedzieć, zaraz po tym gdy ta chwila relaksu się kończy, chłopaki rzucają nas na głęboką wodę. W ogóle bez łaski i ostrzeżenia wchodzi kawałek „Reborn”. Jeśli ktoś podkręcił na intro głośnik bardzo mocno, to z jednej strony zazdroszczę, bo kawałek genialny a z drugiej strony współczuję, bo istnieje ryzyko, że czaszka mu pęknie z przeładowania decybelami. Agresywny wokal, szybka perkusja, dudniący bas, melodyjne i ciężkie riffy, srogi breakdown. Wszystko zagrane spójnie i z sensem. Do tego smaczek grany tappingiem. Dla mnie kawał dobrej roboty. Bardzo wyraźnie słychać inspirację Parkway Drive, Madball, Hatebreed oraz Sepulturą i Soulfly. Tak moi drodzy! Dusza Maxa Cavalery czuwała nad tą płytą. W trzecim utworze „Among the Falling Stones” dochodzi nam melodyjne tło, któremu akompaniuje ciężki breakdown i ryk prosto z trzewi. Najlepszy jest tu jednak riff przewodzący. Połączenie ciężaru z tappingiem, grane w umiarkowanie szybkim tempie, okazały się zabiegiem niezwykle trafnym.

Czwarty kawałek „The Fire Still Burns” jest już inny. Wolniejszy. Więcej talerzy. Bardziej stonowane intro. Marszowa perkusja, pełna akcentów na talerzach. Nagle atak. Wchodzi wokal i niemal thrash metalowy riff. Solo. Kunsztowne solo. Pełne melodii, szybkie, przemyślane, pozbawione zbędnych dźwięków. Dwuczłonowy refren: z jednej strony chóralne wołanie z drugiej szorstki, pełen emocji, a gniewu szczególnie głos Barta.

Piąty utwór jest bezprecedensowo moim ulubionym na płycie. Tu jesz wszystko co wymieniłem wcześniej. Jednak na pierwszy plan nie wybijają się tym razem gitary czy perkusja albo bas. Tylko wokal. To on tu rządzi. Szczególnie na refrenie. Refrenie symbolicznym w przekazie. Życie nie jest łatwe. Nikt nam nigdy nie obiecał, że będzie. Nie jest też sprawiedliwe. Czasy bywają ciężkie. Trzeba jednak chwycić tego byka za rogi i zajeździć go jak…..a zresztą, nie będę mówił, miałem nie kląć i nie powoływać się na najstarszy zawód świata co chwilę. Dla samego tego utworu, warto wziąć w ręce tę płytę. „Hard Times” to prawdziwy majstersztyk!

lowtideWiecie czego jeszcze nie było? Czystych gitar. Coś sprawia, że muzyka „-corowa” upatrzyła je sobie już dawno. W końcu i na tej płycie nadeszły, rozpoczynając szósty utwór „Trust No One”. Mam jednak nadzieję, że nie spodziewaliście się smutnej zabawy pitolkiem jaką uprawiało Bullet For My Valentine w słynnych „Tears Don’t Fall”. Tu tego nie ma. Czyste gitary to wstęp do srogiego uderzenia, treściwego solo, gniewnego refrenu i ciężarów na gitarach i basie.

Z siódmym utworem mam problem. Jest zdecydowanie bardziej punkowy, trochę nasuwa mi na myśl Cro-mags, przynajmniej przez intro. Mocno słychać też Hatebreed. „Chasing the Bait” to kawałek idealny na koncerty. Buja, nosi, targa, by potem zwolnić. Następuje chwila przerwy, akcentowana przejściem na basie, by znów uderzyć nas w twarz solidną dawką energii i wściekłości.

Ósmy kawałek na płycie, jest utworem instrumentalnym. Zaskoczył mnie. „Lifetime” stanowi kompozytorskie podsumowanie, wszystkiego co było wcześniej, łącząc w sobie muzyczne motywy, które panowie dobrze znają, których potrafią użyć w odpowiednim momencie. Instrumentaliści się tu nie oszczędzają. Smutne jednak jest to, że ten utwór przygotowuje nas na niechybny koniec. Nie świata oczywiście. Jak liczyłem ostatnio, koniec świata przeżyłem przynajmniej 5 razy. Na koniec płyty jednak już tak.

Dziewiąte dzieło. Ostatnie. Smutno mi. Serio. Nie sądziłem, że będzie mi smutno gdy płyta „-corowa” będzie się kończyć. A jednak! „Need to Know” stanowi dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Trochę żałuję, że ten kawałek nie był wcześniej, śmiało umieściłbym go przed „Hard Times” bo idealnie się z tym utworem łączy, tak pod kątem kompozytorskim, jak i wyraźnego akcentowania znaczenia refrenu. Zwrotka jest tu pełna energii i nienawiści jak żadna wcześniej. Czuć negatywne emocje płynące z tego dzieła. Czuć złość i gniew. Czuć też ogromną siłą i chęć walki. Jednak gdy my się w tym utworze rozkochamy, on się nagle kończy. Razem z całą płytą.

To była dobra podróż. Nie spodziewałem się, że taką będzie, mając takie a nie inne podejście do tego rodzaju muzyki. Muszę przyznać się do błędu i ignorancji. „In Our Veins” ma jedną piękną cechę – śmiało może być puszczona jako płyta mająca zachęcić sceptyków do zapoznania się z muzyką „-corową”. Sam bardzo mocno ją polecam i wystawiam jej bezwzględne 8/10.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *