O tym jak ogromną rolę w metalu odgrywa image przekonałem się, gdy pokazywałem znajomym Lovebites. Pięć słodkich japońskich dziewczynek w sukienkach to wizerunek, który zdyskwalifikował zespół w oczach wielu osób. Skojarzenia z beznadziejnym Babymetal nasuwają się same, natomiast mogę uspokoić, że mianowników między dwoma zespołami – poza geograficznym – jest bardzo niewiele. Premiera „Clockwork Immortality”, drugiego długograja młodych Japonek to idealna okazja, żeby zapoznać się z przyszłą gwiazdą największych festiwali (zaufajcie, tak będzie).

Debiut dziewczyn za pierwszym odsłuchem mnie zachwycił. Pochwały od Michaela Weikatha, Hansiego Kuscha, czy Kiko Loureiro nie wzięły się znikąd. „Awakening From The Abyss” okazał się znakomitym zbiorem szybkich patatajów, wypełnionych krótkimi solówkami i świetnymi melodiami. Wydana w tym roku EP-ka podsyciła tylko apetyt na więcej muzyki z kraju kwitnącej wiśni.

Co dostaliśmy na „Clockwork Immortality”? Stabilny rozwój. Płyta pozostaje spójna brzmieniowo z poprzedniczką i daleko jej do rewolucji, ale dziewczyny nie pozwoliły sobie na wydanie bliźniaczego krążka. Pojawiają się za to delikatne orkiestracje dodające powagi niektórym numerom, część wałków jest wolniejsza i mocniej akcentująca wokal Asami. Wychowanym na anime na pewno jej śpiew przypadnie do gustu, bo skojarzenia z np. Masami Okui nasuną się same.

Swoim podniosłym klimatem numery generalnie bardziej niż na poprzedniej płycie przypominają ścieżkę dźwiękową serialu i mówię tu zarówno o poważniejszych „Pledge of Saviour” i „Rising”, jak i nieco melancholijnym „Empty Daydream”, który jest jednym z moich ulubionych momentów całej płyty. Główny riff jest nieco schowany i dyskretny, dając błyszczeć Asami.

Typowych rockerów jest tu mało. Jedynymi takimi czystymi patatajami sa „M.D.O” i „Final Countdown”. Wiele numerów ma szybsze intra lub solówki, ale galopu nie ma co się tu spodziewać „Final Collision” to świetny przykład tego, o czym mówię.

Płytę zamyka siedmiominutowy epilog, który składa się z dwóch ballad, jednej z podkładem klawiszy i wokalem, a drugiej z przejmującymi pełnymi feelingu solówkami (przynajmniej w teorii, bo mnie akurat nie poruszyły).

Płyta jako całość mnie zaskoczyła. Poprzednie nagrania były znacznie szybszym, rasowym speed metalem. Nie wiem czy ta jest zapowiedzią zmiany stylu na bardziej powermetalowy, czy to tylko eksperyment, bo dziewczyny są tak kreatywne. Nie mogę powiedzieć, żebym czuł rozczarowanie, ale nie jestem tak oczarowany jak debiutem. Do zapoznania się z zespołem fanów power, speed i heavy metalu oczywiście zachęcam. Zespoły z wokalistkami mają często tę przykrą przypadłość, że zazwyczaj instrumentalnie są gówniane, ich perkusiści grają na pralce, a gitarzyści klepią na dwóch strunach coś, co nawet trudno nazwać riffem. W Lovebites może nie usłyszycie basowych solówek, ani genialnych przejść na bębnach, ale rdzeniem każdego utworu jest melodia, a nie popowa linia wokalna i za to plus. Także mimo sukienek, słodkich minek i skojarzeń z anime – warto się zapoznać.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *