Parę lat temu pomyślałem sobie, że fajnie byłoby zaliczyć po chociaż jednym występie wszystkich najważniejszych zespołów hard ‚n’ heavy lat siedemdziesiątych. Abstrahując od formy, jaką dziś prezentują dinozaury gitarowego grania, chciałem po prostu ich zobaczyć, to w końcu kawał historii. I tak przez lata udało mi się być na koncertach Deep Purple, Black Sabbath, UFO… Aż w końcu został tylko jeden zespół, na którym mi zależało – Uriah Heep.

Ci panowie zostali bardzo kiepsko potraktowani przez los. O tym, że swego czasu byli gigantami, wie każdy, ale o tym, że potem… Ano właśnie. Opinia publiczna milczy o jakimkolwiek „potem”, jeśli chodzi o Uriah Heep. Tak naprawdę, to trudno się dziwić. Zespół przeszedł jakieś tysiąc zmian składu i po odejściu legendarnego Davida Byrona nagrał wiele płyt, z których sporo nie zapisało się w annałach muzyki rockowej. Nawet nie dlatego, że nie było na nich niczego ciekawego. To po prostu nie był poziom godny marki Uriah Heep, a w tamtym czasie płyt bardzo dobrych i wybitnych nie brakowało. Tak więc zespół istniał sobie i istniał, aż z początkiem XXI wieku coś się ruszyło. Najpierw było „Sonic Origami”, potem „Wake The Sleeper” i kilka innych krążków, aż w końcu zeszłoroczne „Living The Dream”, które zauroczyło mnie już po pierwszym przesłuchaniu i stało się mocnym argumentem za zakupem biletu na koncert Jurajów, który odbyć miał się 20 lutego w krakowskim klubie Studio.

Drzwi lokalu otwarły się bardzo punktualnie. Chwilka na sprawdzenie biletu, szatnię i myk pod barierkę. Do koncertu pierwszego zespołu, rodzimego Turbo, zostało jeszcze jakieś czterdzieści minut. Obawiałem się, że z uwagi na publiczność Uriah Heep usłyszymy „janusz set”, czyli same najbardziej ograne i bezpieczne numery, ale okazało się, że nie było tak źle. Turbo weszło na scenę przy z motywie z „Janosika” i zaczęli od „Przebij Mur”. Dobry wybór, bo i utwór znakomity. Następnie poleciało trochę nowości, a trochę klasyki. Zespół postanowił pokazać kilka ze swoich twarzy, choć niestety tę „rzeźniczą”, jak to powiedział Tomasz Struszczyk, ominął. Szkoda, ale cóż… Bardziej thrashowe dźwięki mogłyby być zbyt ekstremalne dla miłośników hard rocka lat siedemdziesiątych. Mimo wszystko bywało ostrzej, a to za sprawą „Kawalerii Szatana II” czy też „This War Machine” (akurat ten numer był dla mnie najsłabszym punktem występu). Dla zachowania równowagi zagrali też starocie ze słynnych pierwszych płyt, jak „Ktoś Zamienił”, „Szalony Ikar” albo „Słowa Pełne Słów”. Niby są to kawałki, na które można natrafić na zdecydowanej większości koncertów Turbo, ale miło się ich słuchało. Z rzadszych rzeczy poleciało „Śmiej Się Błaźnie” i „Garść Piasku”. Ludzi zgromadzonych w Klubie Studio i tak najbardziej pobudził jeden utwór – „Dorosłe Dzieci”. Hymn sprzed ponad trzydziestu lat odśpiewała chyba większość publiczności, co było miłym akcentem. Całość zakończyła się utworem „Mówili Kiedyś”, podczas którego obowiązki wokalisty przejął na chwilę perkusista Mariusz Bobkowski. Wtedy też Struszczyk zajął się wybijaniem rytmu na bębnach, co wyglądało całkiem ciekawie. W sumie dwanaście numerów (dwa na bis – „Jaki Był Ten Dzień” i „Sztuczne Oddychanie” – pominięto) dobrze zajęło mój czas oczekiwania na gwiazdę wieczoru. Fan Turbo ze mnie żaden, ale lubię ich oglądać na żywo, bo zwyczajnie robią dobrą robotę i nigdy nie zdarzyło mi się, bym widział jakiś ich koncert, który mógłbym nazwać słabym.

Zanim przejdę do tego, co najważniejsze, muszę się jeszcze zatrzymać przy Turbo. Ostatnimi czasy w zespole był tylko jeden gitarzysta, Wojciech Hoffmann, ale niedawno uległo to zmianie i znowu możemy zobaczyć Turbo z dwoma wioślarzami. Do załogi dołączył Przemysław Niezgódzki i dobrze się stało, gdyż dużo lepiej odebrałem ten koncert, niż krakowski występ sprzed roku. Nowy nabytek Turbo jest co prawda stonowany pod względem zachowania scenicznego, ale spełnia swoje zadanie.

Trzydzieści minut czekania w koncertowej atmosferze, długo wyczekiwane zgaszenie światła, krótkie intro na perkusji…I lecimy z „Grazed By Heaven”. Mocne otwarcie i dobre nakreślenie kierunku, w którym potoczyć się miał wieczór. To, że zaczęli od nowości nie wpłynęło na odbiór — widać było, że publika jest zadowolona. Z ostatniej płyty usłyszeliśmy całkiem sporo, bo aż pięć utworów i nie mogę powiedzieć, by odstawały od klasycznych kompozycji, które duża część publiczności znała na pamięć. Co prawda znam osoby, dla których muzyka umarła x lat temu, ale to już tylko ich strata — ja na świeżym, ostrym „Take Away My Soul” bawiłem się kapitalnie tak jak i podczas rozbudowanego „Rocks In The Road”. Juraje mieli nosa co do wyboru utworów do setlisty, bo efekt tej układanki był elektryzujący. Zrobili też bardzo mądrą rzecz: najpierw zagrali nowości przeplatane ze starymi numerami, a potem praktycznie wszystkie hity. Można więc powiedzieć, że wilk syty, a owca cała. Dobór kompozycji zadowolił pewnie zarówno bardziej przypadkowych odbiorców, dla których szczytem artystycznym zespołu są jego maksymalnie ograne przeboje, jak i tę wymagającą grupę słuchaczy. Bardzo podobało mi się wyciągnięcie z odmętów dyskografii „Too Scared To Run”, jednego z lepszych numerów Uriah Heep z okresu po Byronie. Tak samo mogę napisać o „Return To Fantasy” i mistycznym, baśniowym „Rainbow Demon”, napędzanym przez klawisze Phila Lanzona. Chociaż to żadne przeboje, to zgromadzone w klubie audytorium reagowało na nie bardzo pozytywnie, co tylko napędzało zespół. Zespół, który był wyraźnie zadowolony z tego, co robi. Chociaż Heep to głównie starsi panowie, to nie widać było u nich zmęczenia, przez cały koncert sprawiali wrażenie niesamowicie autentycznych i szczęśliwych. Wokalista Bernie Shaw chodził po całej scenie i często przemawiał, co kilka razy zrobił również Mick Box — inicjator tego trwającego już pięćdziesiąt lat zamieszania. Chociaż gitarzysta był raczej dość statyczny, to swoją rolę odegrał idealnie — ogniste sola można było podziwiać niejednokrotnie, szczególnie podczas rozciągniętego „Look At Yourself”, gdzie popisy gitarowe zajęły dobre kilka minut. Miło patrzyło się też na schowanego za zestawem klawiszowym Phila Lanzona, który tak jak Box „czarował” swój instrument… Cóż, w końcu według tytułu jednego z ich najlepszych albumów, Uriah Heep to czarodzieje i demony. Kto więc był demonem? Zdecydowanie perkusista Russell Gilbrook, który na pewno jest jednym z lepszych pałkerów, jakich widziałem. Zachowywał się jak bestia, z łatwością odnalazłby się w jakimś zespole thrashmetalowym.

 

 

Jak już pisałem, Juraje drugą część koncertu wypełnili samymi hitami. I co ciekawe, nie widziałem po nich żadnych oznak zmęczenia materiałem, który grają już tyle lat. „Gypsy” wybrzmiało tak, jakby skomponowali je tydzień temu, nie inaczej było z owacyjnie przyjętymi „July Morning” i „Lady In Black”, podczas których publika miała szansę na pokazanie swojego talentu wokalnego. Lemmy powiedział kiedyś, że nienawidził grać „Ace Of Spades” co wieczór, że przejadł mu się ten utwór i na pewno wiele zespołów ma kawałki, które gra z taką myślą, ale musi je wykonać, bo to klasyki. Tymczasem nawet odegrane w ramach bisów „Sunrise” i „Easy Livin'” nie wydawały mi się być wymuszone — to był żywy koncert, od początku do końca i gdy zakończyły się ostatnie dźwięki bodajże najsłynniejszego numeru zespołu, wiedziałem, że Uriah Heep pomimo dekad aktywności muzycznej wciąż jest bardziej żywotna niż niejedna młoda kapela.

Tym sposobem Uriah Heep trafiło na moją listę zespołów z lat siedemdziesiątych. Jeśli mam być szczery, to z wymienionych na początku tekstu kapel, to właśnie załoga Micka Boxa zrobiła na mnie największe wrażenie. Aż miło się oglądało, jak Juraje bawią się na scenie i ile z siebie dają. Tym bardziej cieszą mnie ich niedawne deklaracje, według których emerytura to temat, którego na razie nie poruszają. Jeśli wydają płyty pokoju ostatniej i są w takiej formie, to grzechem byłoby samo myślenie o niej.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *