W wywiadzie dla podcastu Metal Sucks, Dave Ellefson zapytany został o to, który z najbardziej krytykowanych albumów Megadeth woli: „Risk” (1999), czy „Super Collider” (2013)?

Oto, co odpowiedział:

To zabawne. Utwory na „Risk” świetnie sprawdzały się akustycznie – są naprawdę proste, niemal stworzone dla pojedynczego śpiewaka-kompozytora. Z kolei na „Super Collider” jest wiele cięższych rzeczy. To zdecydowanie ostrzejszy album.

Myślę, że w przypadku „Super Collider” to, co najbardziej spolaryzowało fanów to sposób, w jaki był promowany. Gdybyśmy poszli tradycyjną drogą, czyli najpierw wypuścili cięższy numer, a potem właściwy singiel – gdybyśmy zaczęli od „Kingmaker”, a potem przeszli do singla „Super Collider”, płyta zostałaby odebrana zupełnie inaczej. Bo pierwsze wrażenie utrzymuje się najbardziej.

Wszyscy na to wtedy czekali – Megadeth grało z Wielką Czwórką, robiliśmy te wszystkie duże rzeczy, Slayer, Megadeth, Anthrax znów w trasie; wróciliśmy na szczyt jako prawdziwie thrashowy zespół; i wtedy ludzie nagle usłyszeli „Super Collider.” Pomyśleli, „Wow! Co do cholery?” „Super Collider” jako utwór jest najzupełniej w porządku, jeśli usłyszałbyś go w drugiej kolejności. Mocne wejście z czymś w stylu „Kingmaker” ustanowiłoby zupełnie inny precedens. Tak więc to niesamowite, jak można zakrzywić opinię publiczną tym, co zobaczy lub usłyszy na początku.

Myślę, że na „Super Collider” jest wiele ciężkich numerów; jest na nim sporo miażdżącego materiału. Więc ogólnie podoba mi się chyba bardziej. Gdy słucham go dzisiaj i wszystko mi się przypomina, myślę, „Było na tym sporo mocnych rzeczy.”

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *