Od kilku lat trwa pogłębiająca się dyskusja na temat stanu przemysłu muzycznego. Rynek zmienia się dynamicznie od czasu upowszechnienia Internetu. Wywrócony do góry nogami porządek sparaliżował wydawnictwa i muzyków przyzwyczajonych do starych schematów. Przez dłuższy czas nie pojawiło się nic, co mogłoby diametralnie zmienić tę sytuację. Przejrzałem liczne przykłady z 2014 roku, które opisują starcie muzyki z przerostem konsumpcji, aż trafiłem na jedną istotną informację, która stała się powodem do napisania tego artykułu.

Piractwo na szerokich wodach Internetu

???????????????????????????????????????????????????

Na początku mało kto zdawał sobie sprawę z zamieszania, jakie wywoła powszechny dostęp do plików. Nie mówię tu o głośnym komentowaniu sytuacji, czy stanowczych reakcjach. Pierwszy wyraźny ruch w stronę obrony praw do własnej muzyki wykonała dopiero Metallica z perkusistą Larsem Ulrichem w roli głównej. Sprawa Napstera wzbudziła mnóstwo kontrowersji i podzieliła ludzi na tych, którzy bronią prawa do własnego produktu oraz tych, którzy zarzucają milionerom pazerność. Metallica doczekała się wielu ciosów (powstały także zabawne filmiki, w których ironicznie wyrażono dezaprobatę dla zespołu, a także film dokumentalny poruszający temat ściągania z sieci) Faktem jest, że Napster udostępniał muzykę bez wiedzy i zgody zespołu. Sprawa stała się punktem odniesienia dla praktycznie każdej dyskusji o zarobkach w muzyce metalowej. Ostatnio na naszej stronie wspominał o tym były perkusista Slayera, Dave Lombardo.

www.youtube.com/watch?v=6r6wn47_Vqs

Minęło kilka lat i branża próbuje się dostosować do zaistniałych warunków. Na portalach takich, jak Spotify, Deezer, WIMP można legalnie słuchać muzyki za stosunkowo niski abonament – na Spotify konto premium to np. 19,99zł miesięcznie. Nie powstrzymało to jednak ogólnych trendów. Płyty sprzedają się w wielokrotnie niższych nakładach, więc muzycy na nich nie zarabiają. Mając możliwość ściągania muzyki za darmo, w większości przypadków słuchaczom ciężko wyłożyć na płytę 9$ (na polskie warunki około 40-60 złotych za nowość, 30-kilka złotych za starszą produkcję). Tendencji nie zatrzymała również sprzedaż internetowa, np. za pośrednictwem iTunes,  gdzie 1 utwór zazwyczaj kosztuje 0,99$.

spotify

Obecnie jedyną pewną możliwością na uzyskanie profitów są liczne i długotrwałe trasy koncertowe – wspominał o tym ostatnio m.in. Jim Root ze Slipknota:

Gdy dawniej osiągało się pierwsze miejsce na liście sprzedaży, rozchodziło się co najmniej pół miliona płyt. Teraz to tylko niewielka część. To najlepiej pokazuje sytuację w naszej branży. Nie przejmuję się tym jednak, ponieważ nie zarobimy nawet grosza na sprzedaży, jak zawsze. Dla nas koncertowanie jest wszystkim.

W pierwszym tygodniu nowy krążek Slipknota „5. The Gray Chapter” rozszedł się w nakładzie 132 tysięcy. Dla porównania, 6 lat wcześniej jej poprzedniczka „All Hope is Gone” zaliczyła 240 tysięczną sprzedaż w tym samym okresie.

 

W Polsce grasuje chomik i pożera wysokie marże

O ile wydanie w USA 9$ na płytę, czy 1$ na utwór nie powinno rodzić problemów, o tyle ceny w Polsce są dużo bardziej odczuwalne. Sytuacja przypomina trochę zamknięte koło – muzyka drożeje, słuchacze więcej ściągają i łudzą się, że „jak mi się spodoba, to kiedyś kupię”. Spotify czy iTunes jeszcze u nas raczkują, a sami artyści stali się więźniami tymczasowego statusu quo. Mówił o tym np. Piotr Rogucki z Comy dla portalu Gazeta.pl. „Pierwsze wyjście z mroku 2014 – Live in Jarocin” wersja cyfrowa w przedsprzedaży była dostępna za 10 złotych. Jak powiedział wokalista:

I powiem ci szczerze: nie ma specjalnego zainteresowania tym albumem. W przedsprzedaży rozeszło się 500 sztuk, Tede w tym samym czasie sprzedał podobno 5 tys. egzemplarzy. Co innego, że fani hip-hopu są już przyzwyczajeni do tego rodzaju dystrybucji. […] Fani rocka często są przyzwyczajeni do Chomika.

Litza z Luxtorpedy (ex-Acid Drinkers, ex-KNŻ) również nawiązał do tej sytuacji, zamieszczając na FB zdjęcie oraz podpis, który jednoznacznie pokazuje stan przemysłu w naszym kraju.

Litza

Dzisiaj musiałem kupić jeden egzemplarz własnej płyty bo spotkałem na świątecznych zakupach w Malta Markecie starego przyjaciela i chciałem mu dać Buraki [„A morał tej historii mógłby być taki, mimo, że cukrowe, to jednak buraki” ostatnia płyta Luxtorpedy, red.] Więc odważyłem się wejść do empiku. Patrzę i oczom nie wierzę. Cena 54,99 !!!! Nie polecam tej marży.

Jak sam dalej przyznał, z każdej płyty zespół dostaje niecałe 10 złotych, a cały dochód jest przeznaczony na pokrycie kosztów studia nagraniowego. Stwierdził również, że będzie szukał innych sposobów dystrybucji, tak by obniżyć koszty do sensownego poziomu. Być może jest bliżej tego, niż mu się wydaje, ale o tym za chwilę.

 

Znikoma sprzedaż to tylko wierzchołek góry lodowej

Długi wpis zamieścił Robb Flynn z Machine Head w ramach „The General Journals: Diary Of A Frontman… And Other Ramblings”, którego fragmenty dla Was tłumaczyliśmy. Ze smutkiem opowiada o ograniczeniach czasowych w koncertach. Przekroczenie wieczornych godzin kosztuje w USA 1000$ za minutę. Spontaniczność, która jest charakterystyczna dla rock ‘n roll-owej społeczności, została w tym miejscu zredukowana do zera. Ludzie wolą oglądać koncerty na YouTube. Przy okazji odnosi się do wypowiedzi Jamesa Hetlfielda z Metalliki, który w wywiadzie dla Blabbermouth mówił o katastrofie finansowej, jaką był festiwal Orion: Music & More. Straty, które poniósł zespół, wynikały z bardzo niskiej frekwencji – pomimo interesującego line-upu i dodatkowych atrakcji.

Machine Head Portrait Shoot - Birmingham NIA

Flynn przypomina, że tylko dwie płyty w 2013 roku osiągnęły sprzedaż 400 tysięcy kopii i próżno szukać tam metalowych kapel. Jak ostatnio słusznie zauważył Scott Ian w wywiadzie dla Ultimate Classic Rock na topie jest pop i country, które jako jedyne dobrze się rozchodzą. Reszta traci, bo zmienił się model biznesu. Muzyka stała się tłem dla gier i filmów. Płyta jako format to również przeżytek.

Do podobnych wniosków dochodzą inni muzycy. Phil Anselmo (Down, ex-Pantera) w wywiadzie dla 94.9 K-Rock przyznał, że:

W tych czasach zakres uwagi każdej osoby jest nieco krótszy. Szczerze, jak dla mnie nagrywanie długich płyt to przeszłość. Nigdy więcej się za to nie zabiorę. To nudne. Jeśli mogę się skupić na stworzeniu pięciu lub sześciu najlepszych utworów, jakie mogę stworzyć, to epka jest sposobem, w jaki preferuję je wydać.

Podobnie wypowiada się Dave „Snake” Sabo ze Skid Row, który uważa że pośpiech i tryb życia nie pozwala ludziom cieszyć się muzyką i nie potrafią oni świadomie słuchać jej przez dłuższy czas.

Nikt nie da już rady siedzieć przez godzinę z założonymi słuchawkami i słuchać całej nowej płyty. To jest do dupy. Ale takie jest życie. Ludzie pracują trzy razy ciężej za mniej pieniędzy. Mamy teraz inny gospodarczy krajobraz, ludzie nie mają po prostu luksusu. Na dodatek, jesteśmy bombardowani masą informacji na każdym kroku.

Obecna sprzedaż to według niego konsekwencja streamingu muzyki i programów typu American Idol czy Factor X.

cd1

Problemy z tradycyjną dystrybucją i dotarciem do klienta stwarzają spore trudności dla początkujących kapel. Owszem, w swojej niszy sobie poradzą – zagrają undergroundowe koncerty, mają dostęp do narzędzi marketingowych (głównie przez social media). W tych elementach mają znaleźć nadzieję na to, że być może ktoś ich zauważy. Jednak dotarcie do profesjonalnego studia i opieka wytwórni może okazać się czymś nieosiągalnym. Znany label nie zaryzykuje produkcji wielu płyt dla kogoś, kto nie gwarantuje sprzedaży. Tak naprawdę, dopóki nie wyrobisz sobie marki, nie licz na kontrakt. Jedną z niewielu szans jest dobijanie się do dużych magazynów muzycznych (Revolver, Metal Hammer, itd.) i oczekiwanie na szansę – być może wrzucą twoją kapelę jako ciekawostkę na stronę (najlepiej, gdy masz już teledysk) albo dorzucą twój utwór do składanki dołożonej do papierowej wersji czasopisma (choć najlepiej, żebyś miał już wydaną EP-kę, zwykle własnym sumptem). Opcją na pierwszy teledysk lub EP-kę jest jeszcze crowdfunding, czyli finansowanie projektów przez ludzi niezwiązanych bezpośrednio z przedsięwzięciem. Jednak ten sposób nie jest popularny w Polsce i wymaga dużego samozaparcia ze strony zespołu.

 

„Apple: Bitwa o Format” przywodzi na myśl kolejną część serii historii o Pierścieniu

Jeżeli wiecie, jak małe szanse na powodzenie swojej misji miał główny bohater Tolkiena, to jesteście w stanie wyobrazić sobie kilka kiepskich i jeszcze gorszych pomysłów na ratowanie długogrających albumów. By poradzić sobie z piractwem i wskrzesić ideę płyt do działania zabrało się Apple. Nie oszukujmy się jednak, tak wielkie przedsiębiorstwo musi widzieć w tym duży zysk, skoro decyduje się zainwestować swoje pieniądze i czas. Poza tym obecnie trwa boom na winyle (zobacz poniższy  wykres sprzedaży w USA 2013) i jako nośniki, „które mają duszę”, będą przeżywać rozkwit kosztem innych mediów fizycznych (pod koniec 2014 roku padł 20-letni rekord sprzedaży winyli w Wielkiej Brytanii).

Vinyle

Pierwsze podejście miało miejsce w 2009 roku, kiedy to doszło do spotkania Steva Jobsa z Neilem Youngiem. Wspólnie rozpoczęli oni pracę nad nowym formatem cyfrowym, który miał być wielokrotnie lepszy od przestarzałego MP3. Young twierdzi, że MP3 przekazuje jedynie 5% jakości dźwięku. Jednocześnie uważa ściąganie muzyki z Internetu jako rodzaj współczesnego radia. Pracę przerwała choroba i śmierć Jobsa.

u2 apple

Do pomysłu wrócono w zeszłym roku. Tym razem Apple we współpracy z U2 chce dopracować format w taki sposób, aby był odporny na piractwo. Do tego ma posiadać spore możliwości graficzne i tekstowe, dzięki czemu wskrzeszona zostanie idea albumu, który miałby mieć pełnowymiarowy odpowiednik cyfrowy. Redaktor opisujący doniesienia Billboardu i raport Appla  uważa to za dwa kroki wstecz i naiwność, szczególnie technologiczną.

Tymczasem, gdy muzycy w 2014 roku nie byli w najlepszych nastrojach, rozwiązanie powstało. Jak pokazują wyniki z początku 2015 roku, działa świetnie.

 

Bit – BitCoin – BitTorrent Bundle?

Niemoc, która dopadła branżę wymaga Rewolucji przez duże „R”. Być może właśnie jesteśmy świadkami zmiany modelu sprzedaży na miarę komputeryzacji, czy stworzenia wirtualnej waluty. Otóż, w zeszłym roku uruchomiono platformę BitTorrent Bundle, na której artyści mogą zamieszczać materiały pochodzące bezpośrednio od nich i do pobrania za określoną cenę. Platforma, w myśl „zamiast sprzedać jeden egzemplarz za milion dolarów, sprzedam milion egzemplarzy za dolara”, oferuje oddanie do 90% zysków twórcy. Dodatkowym atutem jest popularność BitTorrentów, która pozwala dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Potencjalne zyski mogą dać swobodę artystyczną, której muzycy bardzo potrzebują.

Thom_Yorke

Z nowej możliwości skorzystał Thom Yorke (Radiohead) wydając swój 2. solowy album „Tomorrow’s Modern Boxes” (czyż nie przewrotnie?!). Pobranie 6 utworów wraz z teledyskiem kosztuje 6$. W ciągu 24 godzin płytę pobrano 116 tysięcy razy, w ciągu tygodnia 1,8 miliona razy, a do dziś ponad 4,4 miliona (!!!). 90% z prawie 27 milionów $ trafiło do artysty.

Oczywiście należy brać pod uwagę liczbę odbiorców muzyki metalowej, jednak jeżeli ilość pobrań będzie zgadzała się z choćby liczbą fanów zespołu na FB, wszyscy powinni być zadowoleni, co sugerował choćby Sebastian Bach, ex-Skid Row i Frameshift. Z uwagą obserwujemy, czy nowe rozwiązanie przyjmie się w świecie metalowym, również w Polsce.

 

3 Komentarze Kryzys płytowy okiem muzyków: czy istnieje szansa na lepszą sprzedaż?

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *