Po pierwszym przesłuchaniu, tak na szybko w zasadzie, miałam w głowie dudniące hasło „folk metal”. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo jak faktycznie odsłuchałam krążek kolejny raz, i potem już wielokrotnie, zastanawiam się do tej pory gdzie ja ten folk słyszałam? Nie wiem i już się raczej się tego nie dowiem. Przejdźmy zatem do konkretów, czyli debiutanckiego, długogrającego albumu krakowskiej grupy Killsorrow.

killsorrow little something for you to choke

„Little Someting for You To Choke”, bo o tym mowa, to poważna produkcja. Przynajmniej sam zespół podszedł konkretnie do tematu. Materiał zarejestrowany został w DMP Studio, gdzie pomocą, wsparciem i radą służył Adamj Drzewiecki. Mix i master to działka Tomka Zeda Zalewskiego – tak, tego gościa od płyt Comy czy Frontside. Nagrali, zrealizowali i oddali to w ręce ludzi, którzy na wydawnictwie się znają, czyli wziął ich pod skrzydła Art Of The Night Productions. Koncerty natomiast powierzyli Heart Of Rock Agency.

Otoczka brzmi poważnie, ale czy materiał nie okaże się amatorką? Ano nie. Dbają, bo jest o co dbać.

Po pierwsze, „Little Something For You To Choke” to faktycznie bardzo, ale to bardzo dobrze zrealizowana płyta. Wszystko tam pięknie płynie. Nie trzeba się nawet jakoś szczególnie skupiać, żeby zorientować się, że pracował przy tym profesjonalista.

Pomimo faktu, że bardzo mi to wszystko przypomina działalność In Flames, to jakoś nie mam im tego za złe. Podobno w muzyce już wszystko zostało zagrane. Nowo powstałe twory rodzą się z inspiracji bądź wariacji na temat powstałego.

Killsorrow to przede wszystkim solidna sekcja rytmiczna i bardzo dobra gitara prowadząca – bez tego płyta nie byłaby tak wpadająca w ucho. To świdrujące solówki z chętnie wykorzystywanymi w tym gatunku muzycznym efektami, zagrane melodic-death-metalowymi technikami . To dość charakterystyczny wokal, który wypluwa słowa z manierą znaną u Oriona z Vesani, czy u Fridena ze wspomnianego In Flames. Wokalista sprawnie manewruje pomiędzy screamem i growlem. Przyszła mi do głowy myśl, że przypomina mi takiego wściekle miauczącego, syczącego wręcz, ogromnego, groźnego kocura, tym swoim – nazwijmy to – „śpiewem”.

Na całym albumie jest jedna rzecz, do której mogę i chcę się przyczepić. Chodzi o przedostatni utwór „Burning Hopes”. Mam na myśli wokalistkę, która w porównaniu do naszego kocura wypada bardzo blado. Dziewczyna zostaje bardzo stłamszona i nie jest w stanie dorównać sile wokalu. Być może miało to wglądać jak połączenie dwóch żywiołów – mocy z delikatnością. Są takie szanse, ale według mnie to zupełnie nie wyszło. Przez to, że damskiego wokalu jest tam więcej niż np. chórków w refrenie, nie lubię tego kawałka. Co innego w przypadku „Revolution”. Tam wokalistka ma kilka wejść w refrenach i tu faktycznie ubarwia utwór. Tutaj już brzmi przyjemnie i delikatnie, tutaj jest ładnie przedstawiona ta gra płci, konfrontacja siły z przyjemną łagodnością.

Z całego albumu najbardziej przypadł mi do gustu utwór otwierający czyli „Heading Home”. Osobiście uważam, że jest to doskonały, singlowy materiał. Już pierwsza minuta pokazuje wszystko, co jest najlepsze muzycznie w tym zespole. No i kawałek ten bez ogródek puściłabym chłopakom z In Flames i powiedziała: Słyszycie? Są tak dobrzy jak wy.

Singiel wybrany przez zespół, czyli wspomniany wcześniej „Revolution”, też jest dobry, ale zbyt delikatny. Zresztą, cały album jest naprawdę bardzo w porządku. Ciężar brzmienia łagodzi melodia gitar, dzięki której materiał ten nie męczy i nie nudzi. W dwóch utworach możecie się nawet nabrać na to, że szykują się ballady. Chodzi o „What We’re Praying To” i „Angel’s Kiss”. Nie dajcie się zwieść. Spokojny jest tylko początek, później ładnie dokładają do pieca.

Podsumowując długogrający debiut Killsorrow, uważam, że zrobili to bardzo profesjonalnie. Tak się powinno nagrywać, realizować i wydawać płyty. Tak się powinno zaczynać.

Kilka razy wspomniałam o In Flames. Zespół sam przyznaje, ze ich lubi, dlatego moje porównania nie są wyssane z palca. Pewnie pojawią się jakieś komentarze, że to kopia, czy coś w tym stylu. Ja nazwałabym to jednak dobrą inspiracją. Robią to po swojemu, robią to dobrze, a że brzmi podobnie? Wszystko dzisiaj coś przypomina.

Jeszcze raz oklaski za skrzeczący, kocurowaty wokal, świdrujące solówki i zabawę efektami, dobre podejście do riffów i solidną sekcję rytmiczną, bez której nie tupałabym nogą cały czas.

Recenzowała: Milena Barysz

Ocena: 9/10

Skład:
Michał Sokół – kompozycje, gitara;
Marcin Parandyk – wokal;
Agnieszka Sokołowska – wokal;
Paweł Sokołowski – gitara;
Marcin Szczurek – bas;
Kamil Kułaj – bębny;

„Little Something For You To Choke”:

1 Heading Home
2 My Way
3 Farmer’s Hands
4 Of A Weakened Soul
5 What We’re Praying To
6 Revolution
7 Little Something For You To Choke
8 Falling
9 Buried opes
10 Angel’s Kiss

killsorrow

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *