Powstająca z popiołów scena polskiego rocka jest wyjątkowym zjawiskiem. Z jednej strony słuchacz może zauważyć dość powszechne zachłyśnięcie się amerykańskim hard rockiem, z drugiej zaś usilne zżynanie wręcz z brytyjskiej sceny indie, inni zaś szukając swojej drogi sięgają po bluesa, czasem jazz, niektórzy nawet country. I nie ma w tym absolutnie nic złego, każdy zespół, który ma na siebie pomysł, powinien móc pokazać, jak  go realizuje. Co jednak cieszy najbardziej – młode zespoły nie zapomniały o klasykach rockowej sceny, tak z zagranicy (czasem odnoszę wrażenie, że AC/DC, Led Zeppelin, The Who, Yes i Oasis przeżywają drugą młodość swojej popularności), jak z kraju nad Wisłą (nie żeby Nossowska czy Chylińska pozwoliły o sobie kiedykolwiek zapomnieć, że o Nowaku z TSA nawet nie wspomnę). Nagle w tym całym galimatiasie pojawia się KAVOO. Zespół z małej miejscowości Lipno, który postanowił wybrać swoją drogą, czasem bardzo krętą, czasem bardzo prostą, ale swoją. Jak daleko zaszli na samym jej początku? Sprawdźmy!

Powiedzieć o debiucie KAVOO, że jest różnorodny, to trochę jak nic nie powiedzieć. Ale to jeszcze nie zaleta. To cecha. Sporo tu elementów hard rocka lat 80-tych, sporo punk rocka rodem z Wielkiej Brytanii, momentami przebija się funk (do tego przejdziemy później), słychać bardzo dużo polskiej sceny rockowej doby PRL-u. Wszystko to nagrane jest w dość surowy, ale nie „piwniczny” sposób, co akurat uznać należy za ogromny plus. Czemu? Przy aktualnym trendzie nagrywania wszystkiego czysto, sterylnie, monotonnie i nudno, usłyszenie czegoś niedoskonałego jest wręcz przyjemne. Płyta nie zlewa się setkami innych i nie brzmi jak setka innych. Choć w tym miejscu trzeba być brutalnie uczciwym – nie spodoba się to wszystkim. W momencie, gdy słuchacze (szczególnie młodzi) zalewanie są zewsząd sterylnością, zaczynają się z nią oswajać. Wszystko co trochę bardziej surowe może zwyczajnie im nie podejść (co swoją drogą jest sporym problemem w ruchu NWOTHM, choć fani heavy metalu JESZCZE ciepło myślą o starej jakości nagrań).

Trzy utwory na płycie wyróżniają się szczególnie mocno: „Osiedle Kwiatów Zimą” (za świetny riff), „Rano” (Za bardzo dobrze zgrany z tekstem i instrumentami, pełen melancholii wokal) oraz „Dość Polityki” (Utwór infantylny w warstwie lirycznej, ale ciekawy w warstwie instrumentalnej). Jednak jak to na debiutach bywa, nawet utwory charakterystyczne nie są pozbawione wad. Zacznijmy od „Osiedla…”.  Ogromnym plusem tego utworu są gitary, riff przewodni jest świetny w swej prostocie i melodyjności. To coś charakterystycznego dla alternatywnej strony rocka. Problemem jest tu wokal. Słuchacz może odnieść wrażenie, że czasem idzie on jakby „obok” instrumentów, wiele przeciągnięć słów również może przeszkadzać. Między 1:19 a 1:36 partie wokalną można było spokojnie wyciąć, by zaakcentować gitary. Swoją drogą ten kawałek może stać się podkładem do wszystkich memów pod tytułem „KURŁAAA KIEDYŚ TO BYŁO”. Czemu? Posłuchajcie!

Dokładnie odwrotnie jest w przypadku „Rano”. Wokal jest tu największym atutem. Nie żeby reszta była zła. Wręcz przeciwnie: proste, zgrane gitary, nieinwazyjna perkusja i spokojny bas odgrywają świetnie swoją rolę. Największym plusem jednak jest wokal. Przepełniony tęsknotą, lekkim żalem, nienachalnym zawodzeniem i delikatną agresją. Do ballady tego typu nadaje się on idealnie. Sam tekst utworu jest prostu, ale taki miał być, bo i treść piosenki, skupia się w okół zagadnienia na tyle trudnego, że warto o nim mówić prosto. Jakie to zagadnienie? Posłuchajcie!

Najsmakowitszy kąsek zostawiłem na koniec. „Dość Polityki”. Gdybyśmy żyli w latach 80-tych, ten kawałek pretendowałby do stania się protest-songiem. Punk wymieszany z dużą dozą funku. I to fajnego funku, bo wyczuwalnego nie tylko w linii basu, ale także perkusji i gitarach. Pełne zgranie. Treść utworu jest taka jak jego tytuł, chociaż niektórzy mogliby powiedzieć, że to najbardziej dziecinny kawałek z płyty. Ja tak nie uważam, ale jestem w stanie zrozumieć taki punkt widzenia. Jako dygresję można by powiedzieć, że my możemy mieć dość polityki, ale ona nas nigdy dość mieć nie będzie. Taki truizm, ale warto o nim pamiętać. Kawałek jest zdecydowanie najbardziej agresywnym na płycie, ale z racji tego funkowego zacięcia słucha się go mega dobrze. Trochę więcej agresji przydałoby się w wokalu, bo wręcz słychać, że bano się tu trochę wulgarnie wręcz zaryczeć (pozdrawiam Ewelinę Lisowską z czasów zespołu Nurth, a panią Chylińską proszę by znów zaczęła grać rocka a nie się wygłupiała). Nie mniej utwór sam w sobie jest takim lekkim złotem na płycie.

Reasumując. Debiuty zawsze są najtrudniejszym momentem w początkach kariery zespołu, bo z jednej strony nie wiadomo, czy spełniło się swoją wizję, a z drugiej nie wiadomo, czy inni ją przyjmą, i będą jej słuchać. KAVOO ryzykowało dodatkowo, bo rozbudowując swoją muzykę o funk, punk i alternatywę, w zasadzie wkroczyli na grząski grunt między klasą, a tandetą. I w tej dziedzinie muzyki wyszło z klasą! Nie obyło się bez błędów, muzykom zdecydowanie przyda się refleksja nad tą płytą, ale jeśli będą w przyszłości, kontynuować tę drogę, po wcześniejszym wyciągnięciu wniosków z debiutanckiej lekcji…będzie super. A nam pozostaje tylko ich dopingować. Powodzenia!

 

Ocena: Dałbym 7/10, ale dam 6/10, bo się rozleniwią ;D

Skład:

  1. Kasia Malinowska – Wokal
  2. Ania Sikorska – Perkusja
  3. Karol Zieliński – Gitara
  4. Radosław Wysocki – Gitara
  5. Krzysztof Wenderlich – Bass

Play-lista:

  1. Młodość
  2. Osiedle Kwiatów Zimą
  3. Porzeczki
  4. Rano
  5. Wolna
  6. Dość Polityki
  7. Lustro

Realizacja nagrań: KLON Studio

Projekt Graficzny: Ania Sikorska

 

 

 

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *