Szwedzka Katatonia to swoisty fenomen, szczególnie dla człowieka takiego jak ja, który dorastał w momencie powstawania i wydawania ich pierwszych płyt, mocno osadzonych w ramach ociekającego muzyczną czernią, doom metalu. Dlaczego fenomen? A to dlatego, że  od dobrych 18 lat, czyli od wydania „Discouraged Ones”, to już po prostu nie jest ten sam zespół, a mimo tego wciąż kupuję ich płyty i lubię ich muzykę. Nie zamierzam więc wylewać hektolitrów żalu za to, że pewnego dnia Jonas Renkse i Anders Nyström postanowili dać sobie spokój z graniem metalu na rzecz rozwijania formuły heavy rocka. Jakkolwiek moim zdaniem zespół stracił w ten sposób pokłady przejmującego, rozpaczliwego klimatu, napędzanego rytmami starego Paradise Lost, to jednak nie sposób odmówić Katatonikom dużego powodzenia w tworzeniu i odnajdywaniu się w bardziej „lajtowym”, melodyjnym, brzmieniowo – mocno zainfekowanym zespołem Tool, klimacie, którego wyżyny zdobyli na wysokości „Last Fair Deal Gone Down” z ……no właśnie 2001 r. (!!!). Powiedzmy sobie szczerze, od czasu nagrania tamtej płyty, ich muzyka niewiele się zmienia i w zasadzie jest wariacją na temat bardzo podobnych pomysłów, co z jednej strony cieszy, bo jeżeli coś zażarło, to po co zatykać dupę kurze znoszącej złote jajka, z drugiej każe zapytać, czy jeszcze kiedyś Szwedzi poniosą to swoje smęcenie w innym kierunku? Najnowsze dziełko „The Fall Of Hearts” przekonuje, że wciąż czują się z takim graniem, jak w domu i z tego domatorstwa nie zamierzają rezygnować.  Koniec końców chyba jednak niestety, biorąc pod uwagę potencjał zespołu.

katatoniafallcdbigger

Pierwsze podejście do półki sklepowej, rzut oka na okładkę, jak zwykle od kilkunastu lat stworzoną przez Travisa Smitha i już wiem, że nic co znajdę w środku nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. Oczekuję więc nie zaskoczeń, a dobrych, melancholijnych, nostalgicznych hitów i po raz kolejny to dostaję. Mimo, iż odpalając materiał, po kilku dźwiękach odnajduję wariacje na temat kilku ostatnich płyt, jestem w stanie tylko westchnąć i dać ponieść się dźwiękom, zapominając o ambicji tworzenia i zmieniania czegokolwiek. „Takeover”, „Serein”, czy „Old Heart Falls”, kompozycyjnie nie proponują niczego nowego, może poza wzrostem długości trwania, jeszcze bardziej dopracowanej produkcji i złagodzenia brzmienia. Tu i ówdzie pojawia się wzorem ostatnich płyt Opeth, klawisz hammonda i pianino, choć tak dalekich odwołań do muzyki lat 70–tych, jak u ekipy Akerfeldta, próżno tutaj szukać. Piękne harmonie i melodie, przeplatane są rozpaczliwymi dysonansami, a nacisk generalnie postawiono w nich na nośność, czasami wręcz przebojowość (np. frunący refrenem „Serein”).  Nie jest to jednak, jak zwykle puste męczenie buły i walenie pocieraczy pod publikę (od czasu transformacji stylistycznej zespół jest niezwykle popularny w Stanach). Czuć w tym wszystkim jakąś szczerość, czuć że Katatonia mocno siedzi zarówno w tragicznych tekstach jak i zasnutej depresją muzyce. Kiedy robi się nieco ciężej, jak np. w „Serac”, fani wspomnianego Tool poczują z daleka „Aenimę”, z kolei z „The Last Song Before The Fade”, wyzierają łagodniejsze momenty „Watershed” Opeth. Mimo, iż słucha się tych muzycznych kolarzy bardzo przyjemnie, to już na poziomie skrzącego się rewelacyjnym solo gitarowym „Pale Flag”, człowiek odnosi wrażenie, że po ustąpieniu większego pola porządnemu, gitarowemu wymiataniu, poprzedzające kompozycje wnosiłyby o wiele więcej do stawki, a nadanie płycie w ten sposób większego charakteru zdecydowanie pozytywniej wpłynęłoby na jej odbiór.

I to tyle. Ponad godzina spotkania z „The Fall Of Hearts”, mimo pewnych zastrzeżeń, które wyprodukują jedynie głowy starych, spasionych wyjadaczy, mija niepostrzeżenie. Od strony produkcyjnej i wizualnej nie można nowej Katatonii absolutnie nic zarzucić. Nie można też przesadnie narzekać, że znów to samo, lub że jeszcze bardziej łagodnie, bo wydając akustyczne wersje „Dead End Kings” w postaci „Dethroned & Uncrowned”, czy ostatniego, akustycznego koncertu „Sanctitude”, Renkse i Nyström wprost zadeklarowali brak chęci powrotu do cięższego grania, czy kombinowania ze stylem. Jeżeli komuś takie detale nie przeszkadzają, a kocha to co robią Szwedzi przynajmniej od „Last Fair Deal Gone Down” będzie zachwycony.  Ja trochę pokręcę nosem, bo jak wspomniałem gdzieś wyżej, na półce wciąż majaczy mi wydanie choćby stareńkiego „Brave Murder Day” (w tym roku XX rocznica premiery), który stworzony z mniejszym rozmachem i przy użyciu skromniejszego budżetu, do dziś robi wyjątkowe wrażenie, raz dając w twarz growlem i doomowym ciężarem, raz pieszcząc zmysły Paradajsowymi melodiami. Choć było to 100 lat temu, i już dawno nieprawda, kto zaprzeczy, że taki „Murder” na koncertach wciąż podnosi gawiedź do walki? Takie małe „ale” starego pierdoły, którego absolutnie nie trzeba sobie brać do serca, bo „The Fall Of Hearts” to i tak chyba najlepsza Katatonia od przynajmniej trzech płyt wstecz. Mimo wszystko chciałoby się czegoś więcej następnym razem.

Megakruk

8/10

Wydawca: Peaceville Records

Premiera:  20 maja 2016 r.

Twórcy:

  • Anders „Blakkheim” Nyström: gitary, programowanie, wokale wspomagające
  • Jonas Renkse: wokal prowadzący, gitary, klawisze, programowanie
  • Niklas „Nille” Sandin: gitara basowa
  • Daniel Moilanen – instrumenty perkusyjne
  • Roger Öjersson – gitary

Lista utworów:

  1. Takeover
  2. Serein
  3. Old Heart Falls
  4. Decima
  5. Sanction
  6. Residual
  7. Serac
  8. Last Song Before the Fade
  9. Shifts
  10. The Night Subscriber
  11. Pale Flag
  12. Passer

 

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *