„Nadeiszła wiekopomna chwila”- powiedział Kazimierz Pawlak. Przyznam się, że ”Without Looking Back” jest płytą studyjną, której najbardziej oczekiwałem w bieżącym roku. Wiadomość o powrocie Piotra Luczyka z muzycznego niebytu, rozgrzała mnie do czerwoności. W głowie pojawiły się liczne pytania i wątpliwości, a fala hejtu, jaka wylała się na zespół po premierze fragmentu utworu ”Flying Fire” tylko utwierdziła w przekonaniu, że trzeba będzie wnikliwie zapoznać się z tym materiałem, na przekór wszystkim krzyczącym „Kat to tylko Roman – z nim konać nawet żyć!”. Płytę zamówiłem więc zaraz po powrocie z zasłużonego urlopu i właśnie niedawno odebrałem paczkę.

 

Najkrócej album ”Without Looking Back” opisać można w dwóch słowach: Heavy Metal! Sterylnie czysty i w 100% klasyczny. Stylistycznie kompletne przeciwieństwo nieporozumienia pod nazwą ”Mind Cannibals”.

Charakter kompozycji idealnie podkreśla brzmienie. Jest odpowiednio mocne, a jednocześnie selektywne i bardzo pod lata 80. Jednak największą siłą tego wydawnictwa, a jednocześnie tym, co najbardziej rzuca się w uszy już po pierwszym przesłuchaniu, są solówki. Długie, ale bardzo przemyślane, pełne pięknych melodii oraz ornamentów. I jeszcze raz powtórzę – w stu procentach klasyczne! Efekt wah-wah jest używany rzadko i z wyczuciem. Oczywiście, Pan Piotr posługuje się zgranymi patentami. Dla mnie jednak absolutnie nie jest to wadą! Przecież w muzyce heavymetalowej wszystko powiedziane zostało wiele lat temu, a poszukiwanie nowych ścieżek przeważnie prowadzi na manowce. Poza solówkami, głównodowodzący ekipy urzekł również melodyką linii gitary prowadzącej, oraz gdzieniegdzie efektownym ozdobnikiem, wypełniającym pauzę. Bardzo mnie cieszy, że w muzyce Kata pojawił się w sporych ilościach kontrapunkt. Myślę, że Luczyk bardzo chciał pokazać, jakoby ostatnich kilkunastu lat nie zmarnował, tylko mozolnie szlifował swój talent. Przeciągające się prace w studio spowodowane były pewnie dopracowywaniem szczegółów aranżacyjnych.

Kolejny plus tego wydawnictwa to partie perkusji. Mariusz Prętkiewicz jest bardzo zdolnym bębniarzem, w jego grze nie znajdziemy jednak cienia taniego „efekciarstwa”. Łamanie rytmu, przejścia, talerzowe ozdobniki – wszystko wykonane zostało z wyczuciem i gracją.

Spore umiejętności posiada także nowy wokalista Kata. Słychać też, że  Marek Jakub Weigel włożył w swoje wokalizy wiele serca. Ciekaw byłem, jak śpiewak o bluesowych korzeniach odnajdzie się w nieco innych brzmieniach i… z całym szacunkiem do jego zaangażowania, ale ta maniera wokalna nie do końca mi pasuje. Najbardziej przekonująco wypada on w wolniejszych fragmentach. Mam tu na myśli zwłaszcza zamykającą album balladę ”The Promised Land”. Niby nie ma patrzenia w przeszłość, jednak pierwsza jej część swym melancholijnym klimatem przywodzi na myśl ”Różę Miłości…”, natomiast druga, szybsza, spokojnie mogłaby się znaleźć na ”Oddechu Wymarłych Światów”. Wspaniałymi urozmaiceniem są smyczki czy chimesy na zakończenie. Jeżeli o urozmaiceniach mowa, nie sposób nie wspomnieć o organach Hammonda, pojawiających się w dwóch utworach – ”Wild” i ”Let There be Fire”. Słuchając ich (a zwłaszcza iście „purpurowej” solówki w drugim) czujemy wręcz niedosyt, bo ten instrument nie wzbogacił swoim brzmieniem całego albumu. Wyciąłbym tylko zakończenie utworu ”Wild”. Jak dla mnie to blisko dwie minuty gadania o niczym. Tak, jakby muzycy nagrali swoje jammowanie po kilku piwach. Znacznie poważniejszym mankamentem jest jednak to, czego mi na ”Without Looking Back” zabrakło. Nie mamy tutaj ani jednego szybkiego killera, który porwałby nas ciemną nocą z krzesła i zmusił do ostrego headbangingu (namiastkę może stanowić ewentualnie ”Poker”). Wszystkie utwory na płycie utrzymane są w średnich, bądź wolniejszych tempach. Tworzy to wrażenie pewnej jednostajności przy słuchaniu krążka od deski do deski. Wydaje mi się, iż skupiając się na detalach, nieco zapomniano o ogólnym kształcie albumu.

Na koniec, w nawiązaniu do tytułu, pytanie o przyszłość zespołu. Czy będzie jakaś trasa promocyjna płyty? Jeżeli tak, to wydaje mi się, że ten materiał grany na jedną gitarę sporo straci. Jeśli nie, jaki w takim razie jest sens istnienia zespołu? Okazyjne granie coverów Judas Priest czy Lennona to jednak trochę za mało…

Pozostaję więc pełen niepokoju, czy wskrzeszony Kat nie powróci niebawem znów do świata umarłych, ewentualnie odradzając się z popiołów za kilka(naście?) lat z nowym albumem, być może nagranym w zupełnie nowym składzie?

7/10

 

2 Komentarze RECENZJA: Kat – „Without Looking Back”

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *