Długo wybierałem się na koncert Kinga Dude’a. Miałem do nich już chyba dwa podejścia, ale jakoś nigdy nie udało mi się na nie dotrzeć. Winą był albo napięty grafik, albo moje zwyczajne lenistwo. I choć wiadomość o jego powrocie do Krakowa przyjąłem pozytywnie, to nadchodzący wtedy występ w Zet Pe Te zepchnąłem gdzieś na skraj świadomości. Sytuacja ta uległa znacznej zmianie po tym, jak zapoznałem się z ostatnim krążkiem T.J. Cowgilla. Powiem prosto z mostu: „Music To Make War To” uważam za prawdopodobnie najlepsze, co King Dude wydał. I to wizja wysłuchania nowych utworów na żywo okazała się dla mnie być główną motywacją do wybrania się na jego koncert.

Oczekiwanie na koncert gwiazdy wieczoru umilały nam dwa supporty. Chociaż nie jestem pewien, czy to słowo w pełni tutaj pasuje…Pierwszym z nich było The Dark Red Seed, solowy projekt gitarzysty Kinga Dude’a, Tostena Larsona. Muzyk występował sam, śpiewał i grał na gitarze. Niestety, ale koncert był zwyczajnie nudny. Utwory wydawały się być niezwykle monotonne i bez polotu. Larson wybijał akordy jakby od niechcenia. Czasem robił to szybciej, czasem wolniej, ale w gruncie rzeczy wydawało się, że przez te trzydzieści minut słuchamy jednego utworu. Reakcje publiki wynikały raczej z kurtuazji, niż faktycznej aprobaty zdolności muzyka. Kiedy występ się skończył, cieszyłem się z tego, że to już koniec.

 

Drugim supportem było Kælan Mikla – żeńskie islandzkie trio, które określa się jako zespół wykonujący synth-punk. Brzmi ciekawie, prawda? Już samo to zapowiadało kaszanę, optymizmem nie napawał też początek koncertu, kiedy dziewczyny wyszły na scenę, a wokalistka zaczęła wdychać opary z kadzidła i szeptać do mikrofonu. „Będzie grubo” – pomyślałem. Okazało się, że…Było całkiem w porządku. Kælan Mikla mają na siebie pomysł, który spodoba się dość ograniczonej liczbie osób, ale swoją robotę wykonują dobrze. Na pewno pochwalić należy główną wokalistkę, która zdecydowanie potrafi śpiewać. Był to prawdopodobnie najdziwniejszy koncert, jaki widziałem, ale bawiłem się nieźle. Publiczności wyraźnie pasowała muzyka wykonywana przez Islandki i widać było, że artystki bardzo się z tego cieszą.

 

King Dude i towarzyszący mu muzycy weszli na scenę praktycznie niepozornie. Chwycili za instrumenty, Cowgill przywitał się z publicznością i rozpoczął się właściwy koncert. Od razu z grubej rury, bo jako pierwsze poleciało „Velvet Rope”. Nowy numer, niesamowicie nośny i wpadający w ucho. Zdecydowany hit z ostatniego albumu. Potem doprawili kolejnym energicznym kawałkiem, „I Don’t Write Love Songs Anymore”. Myślę, że trudno o lepsze rozpoczęcie koncertu tego pana. I chociaż później zwolniliśmy z tempem, wciąż wyczuwalna była energia bijąca ze sceny.
Na pewno sprzyjała temu dobrze ułożona setlista. Znalazło się na niej trochę antyprzebojów Króla (chociaż de facto zaskakująco mało), ale sporo było też bardziej wyważonych numerów i takich, których polscy fani na żywo jeszcze nie słyszeli. Po wyżej wymienionych kawałkach dostaliśmy kolejne dwa z „Music To Make War To”: minimalistyczny i mroczny „Twin Brother Of Jesus”, a także „In The Garden”. Mam wrażenie, że to właśnie świeżynki w dużej mierze „robiły” koncert. Jak już wspomniałem, ostatnią płytę Kinga Dude’a oceniam naprawdę dobrze, a utwory z niej na żywo wypadają kapitalnie.

Oczywiście wiadomo było, że zespół musi zagrać też starszy materiał. Tamtego wieczoru usłyszeliśmy rewelacyjne „Deal With The Devil” i „Death Won’t Take Me” z „Songs Of Flesh & Blood”, a potem zespół od razu przeszedł do „I Wanna Die At 69”, które pomimo ponurego klimatu znacznie pobudziło widownię. Nie ma się co dziwić, to jeden z lepszych numerów na „Sex”, ale nieco żałowałem, że z tej płyty usłyszeliśmy tylko ten numer. No cóż, odpuściłem trasę promującą krążek, to mam za swoje. Jednak proporcje były trochę dziwne, bo ani się człowiek nie obejrzy, a tu już trzeci numer z „Songs…”, tym razem „Silver Crucifix”. Przyznam szczerze, że jest jakieś dziesięć innych utworów Kinga, które bym wolał usłyszeć na żywo, ale nie ma co wybrzydzać, było dobrze. A potem jeszcze lepiej, bo „Jesus In The Courtyard” to jeden z moich ulubionych kawałków tego wykonawcy. Zespół zagrał go trochę wolniej, niż w oryginale, co trochę mnie zdziwiło, ale w niczym nie popsuło mi to jego odbioru.
Skoro lekko zwolniliśmy, to trzeba przyspieszyć. Do tego wybrano „Dead Before The Chours”, które jest chyba najostrzejszą kompozycją z promowanej płyty. A tamtego wieczoru była też tą, która kończy podstawową część koncertu, to po niej zespół zszedł ze sceny. Publika oczywiście nie dała za wygraną i dobre trzy minuty prosiła o bisy. W końcu na scenie pojawił się King Dude, który zasiadł za klawiszami i zaczął grać.

Na pierwszy ogień poszło „God Like Me”. Ciekawy wybór na bis, biorąc pod uwagę to, że jest to nowy numer. Ale wypadł dobrze, publika nie sprawiała wrażenia, jakoby miała mieć do niego zastrzeżenia. Ciekawie zrobiło się po nim. Muzyk dalej śpiewał i grał, jednakże nie mogłem skojarzyć, co to były za kompozycje. Wszystko stało się jasne po tym, jak podszedł do mikrofonu i powiedział, iż są to nowe utwory, które znajdą się na kolejnej płycie. Na koniec chwycił za gitarę i zaprosił nas do wspólnego odśpiewania swojego chyba największego numeru – „Lucifer’s The Light Of The World”. Fanom nie trzeba było mówić dwa razy, spisali się doskonale. I tym miłym akcentem w niemalże rodzinnej atmosferze zakończyło się moje pierwsze spotkanie z muzyką pana Cowgilla na żywo.

Przyznam się, że chyba nie byłem na bardziej bezpośrednim koncercie. King Dude bardzo często zwracał się do publiki i wchodził z nią w interakcję. Było to ciekawe i powodowało, że postrzegać go można nie jako gwiazdę, ale raczej fana muzyki, którą ma szczęście wykonywać i utrzymywać się z niej. Sama forma Króla Kolesia i jego bandy bez zarzutów, utwory zaprezentowane tamtego wieczoru nie straciły niczego ze swojej studyjnej jakości. Nikt nie oburzał się, że King co jakiś czas sięga po alkohol i prowokuje krakowską publikę tekstami na temat Warszawy – po prostu konwencja koncertu była luźna i jest to cecha charakterystyczna występów tego artysty. Dobrze jest czasem zobaczyć coś takiego, bo wiele koncertów to zwykły teatr, a tutaj dało się wyczuć ten pierwiastek nieprzewidywalności. Jeśli ktoś jeszcze nie widział Kinga Dude’a na żywo, niech prędko odpokutuje wybraniem się na koncert (okazja jest praktycznie co roku). Ci, którzy już to zrobili, wiedzą że warto iść na niego jeszcze raz, bo każdy jego koncert jest inny od poprzedniego.

PS
Niestety wspomniana przeze mnie interakcja z fanami czasami budzi w nich dziwne zachowania. Podczas koncertu ktoś z publiki co chwilę zagadywał Kinga. I to o nic ważnego, co chwilę popychał jakieś pierdoły i wykazywał się pozerstwem (na pytanie zadane ze sceny na temat dyskografii Kima Petersena i Mercyful Fate, których rzekomo kocha, nie umiał nic powiedzieć), ale ani myślał przestać, co w pewnym momencie irytowało publikę, a samego artystę chyba jeszcze bardziej. Ludzie, miejcie jakiś umiar. Kiedy sam muzyk musi kogoś uciszać, to już trochę wstyd dla publiki.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *