W wywiadzie dla Landry.Audio (pełne nagranie poniżej) Scott Ian z Anthrax opowiedział o swojej przyjaźni z Lemmym, który zmarł w grudniu 2015 r. w wieku 70 lat. Gitarzysta przytoczył w nim krótką historię z życia legendarnego frontmana, który pod koniec życia zmagał się z rozmaitymi problemami zdrowotnymi, lecz zawsze był gotów brać na siebie konsekwencje ekstremalnego trybu życia:

W pewnym momencie u Lemmy’ego zdiagnozowano cukrzycę (…). W świecie rocka to był spory news. „Koniec z Jackiem z colą przez zawartość cukru. Lemmy przerzucił się na wódkę.” (…)

Ale zapytałem go kiedyś o palenie. „Myślisz, że kiedykolwiek rzucisz?” Na takie pytania jednak nawet nie odpowiadał. Nie zamierzał rzucać palenia, nie zamierzał przestawać pić.

Raz niemal dosłownie stracił duże palce u stóp, bo kiedy dopiero zaczął wdrażać się w problem cukrzycy, jego duże palce poczerniały przez złą cyrkulację itd. [miał tzw. stopy cukrzycowe]. Poszedł więc do jakiegoś lekarza w L.A., a on mu na to, „Oh, musisz natychmiast iść pod nóż.” Poleciał więc do Londynu [po drugą opinię] do innej kliniki i usłyszał to samo: „Musimy się ich pozbyć. To stan krytyczny.”

Poszedł więc na tę operację, siedzi w biurze i pali sobie papierosa. Nagle ktoś mu mówi: „Tu nie wolno palić. Oszalałeś? W takim miejscu się nie pali.” A Lemmy na to, „Cóż, jak mam stracić kurwa palec, to sobie kurwa zapalę.” Koniec końców znów usłyszał, że „Tu się nie pali”, więc oznajmił, „W takim razie nic tu po mnie.” I wyszedł. Wtedy poszedł do jeszcze innego lekarza, który dosłownie powiedział mu, „Musisz tylko zmienić to i to w swojej diecie i ze stopami będzie wszystko w porządku.” Zmienił swoją dietę i nie musiał tracić palców. Tak więc papieros dosłownie uratował go przed amputacją części ciała.

To wtedy właśnie zaczął używać dietetycznej Coli zamiast normalnej w drinkach. Tak mu zalecił lekarz, „Przerzuć się na dietetyczną, a nie stracisz palców.” [śmiech]

1 Comment Jak jeden papieros uchronił Lemmy’ego przed amputacją palców – opowiada Scott Ian (Anthrax)

  1. Sunrise Black

    Lemmy’emu nałóg nikotynowy uratował palce, zatem w czymś jestem od Antropomorficznej Personifikacji Rock’n’Rolla lepszy. Tak: wiem, że trudno w to uwierzyć, ale takie są fakty. Mnie czułe objęcia tytoniowych szponów w połączeniu z dobrym acz stanowczym sercem kolegi, uratowały żywot.
    …Na dobrą sprawę to i koledze i mi.
    * * *
    Cała rzecz miała miejsce dobrze ponad dwie dekady temu, podczas złotych czasów studenckich- a studiowałem archeologię, co wiązało się z koniecznością obycia praktyk na badaniach wykopaliskowych. Z kolegą Radkiem wylądowaliśmy na srogim wypizgarzu pośrodku nigdzie, o nic nikomu nie mówiącej nazwie Kałdus.
    Stanowisko folk-blackmetalowe: wczesne średniowiecze (gród, osada, cmentarzysko), wikingi, pogany i takie tam inne pochówki antywamipiryczne.
    Traf chciał, że w owym czasie poczynionych tam zostało kilka niezwykle interesujących odkryć, dzięki któremu raczyło zwrócić swą uwagę ministerstwo właściwe. Wiązało się to zaś z tym, że tempo robót przyspieszyło szaleńczo. Oczywiście a zasadniczo rękoma studentów, czyli między innymi Radka i moimi; żeby nie rzec: „Powerslave”.
    Rozkopywaliśmy naonczas osadę podgrodową.
    W naszym miejscu było to niewysokie, rozległe ale jednak wzgórze, skutkiem czego wykop z jednej strony miał może metr wysokości, z drugiej małe dwa, niespełna półtora szerokości i przeszło dziesięć na długość. W połowie długości wyszedł nam jeszcze w dnie dość dziwny obiekt średnicy niespełna metra, który jąłem eksplorować w przekroju średnicowym, drążąc w tym celu studnię metr na metr. Dodatkowy (w stosunku do głównego wykopu) Metr w dół, metr dwadzieścia… A tu trzeba kończyć, dokumentować, ogólnie szaleństwo i wariactwo, bo jutro wizytacja z ministerstwa. „Hidden dictators”, kurwa jego mać. Tymczasem u mnie metr pięćdziesiąt z górą (czy może raczej w tym wypadku: dołem). Metr siedemdziesiąt. Uf, koniec, można dokumentować. Poskładany w tej norze jak paragraf – a mierzę sobie ponad 180 cm i raczej nie jestem drobnej budowy – skulony na dnie jak nornica, „Buried alive” normalnie. Podrys na kolanie, w jednej łapce gracka, w drugiej ołówek, gdzieś tam się jeszcze wala szpachelka, linijka oraz kilka innych utensyliów- i ciągle pod kreską z czasem; wariactwo, zaprawdę powiadam Wam.
    Wtem słyszę hen z góry kolegę Radka:
    „Diamond, przerwa na papierocha”
    Perspektywa była kusząca, gdyż naonczas papierosy należały na owych praktykach do dóbr niezwykle luksusowych. Jednakowoż nałóg nałogiem, ale z lenistwem też żartów nie ma. Na myśl o wypełznięciu z tej jamy, żeby zaraz do niej włazić na powrót, trzewia mię ścisnęło… No i odrobina poczucia obowiązku też w tym była:
    „Za dziesięć minut kończę i wyłażę”
    Chwila ciężkiej ciszy, poczym:
    „Za pięć minut to ja kończę drugiego szluga, wracam do wykopu i już cię nie poczęstuję.”
    Cóż, to już podchodziło pod groźbę karalną, gdyż kolega dysponował żółtymi „Camelami”, ale argument był rozstrzygający.
    Niczym Hank Shermann wycinający solówkę w „Evil” wyskoczyłem z ziejącej jamy i podszedłem do kolegi.
    Ów poczęstował mnie i zdążył mi jeszcze podać ognia, zaś ja zdążyłem jeno odżarzyć- od mojego wyjścia z dziury w ziemi nie minęło nawet trzydzieści sekund.
    Za pleców mych dobiegł odgłos w prawdzie krótki, lecz głęboki i niski, jak nie przymierzając Gorehead w refrenie „Baphomet” i ujrzałem, jak Radek robi się najpierw blady, potem zielony.
    Żuchwa opada mu co raz niżej, pet wypadł mu z ust.
    Włos mi się zjeżył i zrobiło mi się zimno:
    „Radek, to nie jest to co ja myślę?”
    Ów nie odpowiedział.
    Bardzo powoli, jak na zwolnionym filmie, skinął głęboko a twierdząco głową, po czym zapalił następnego szluga, nie bez trudności, bo miał pewne problemy z trafieniem płomieniem zapalniczki w cel.
    Odwróciłem się i kilka chwil zajęło mi przeanalizowanie tego co widzę: zarwała się CAŁA wyższa strona wykopu, zasypując go niemal na równo od lewej do prawej od początku do końca, oczywiście razem z moją „Well of Souls”, po której naonczas nie widać było z góry nawet śladu.
    Powiadam Wam: miałem poważny problem, żeby papierochem trafić do paszczy.
    To był najlepszy „Camel” w życiu. Ten i kilka następnych.

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *