Przed tysiącami lat, gdy w otchłani wszechświata szalały dwa żywioły: ogień i woda, a ciemność królowała nad jasnością, z czeluści Ginnungagap zaczął wyłaniać się świat. Gdy życiodajna moc dała początek wszelkiemu stworzeniu, gdy doszło do oddzielenia od siebie świata Bogów i ludzi, powstała muzyka. I była ona miła Bogom. Z wszystkich jej darów, z każdego pojedynczego dźwięku, z całej chwały narodził się heavy metal. I wiele miał dać on światu dzieci. W 2011 roku, gdy minąć miała pierwsza dekada drugiego milenium, po narodzinach Chrystusa, w dawnej ostoi europejskości narodziło się kolejne dziecię – Iron Slaught. I chaos zamieszkał między ludźmi. I wrócił stary heavy metal. W całej swojej chwale i glorii.

a3123224669_10

We wrześniu 2015 roku światło dzienne ujrzała debiutancka płyta francuskiego trio z Tarbes – Iron Slaught, zatytułowana „Crusading Metal Mercenaries”. Już samo spojrzenie na okładkę nasuwa bardzo mocne skojarzenia. True metal. Szczery, nieskalany true metal. Muzyka dla której warto żyć. Do tego jeszcze dodać tytuł dzieła i człowiek zdaje sobie sprawę, jak cudowna podróż go czeka. To co serwują nam panowie Arixon (bas, wokal), Romu (perkusja) oraz Iron Jeremy (gitara, wokal) stanowi nawiązanie do klasycznego heavy/ speed metalu, z domieszką thrashu. W rezultacie otrzymujemy konserwatywną w formię i surową w brzmieniu płytę, pełną melodii, solówek, i rozbudowanych riffów gitarowych, bardzo jednak nawiązujących do starych kapel, czasem wręcz zahaczając o plagiat. Czy można było tego uniknąć? Ciężko na to odpowiedzieć jednoznacznie. Jedni będą mieli w głowie słowa Roba Zombiego, który już raz stwierdził, że „wszystkie riffy zagrało Black Sabbath”, drudzy będą narzekali na brak inwencji twórczej, co moim zdaniem jest bzdurą, a trzeci, i ci będą najrozsądniejsi, zdadzą sobie sprawę, że są pewne motywy wspólne dla wielu odłamów heavy metalu, i w sferze melodii czy riffów uciec od nich się nie da.

Omawianie tej płyty, bez wysunięcia na pierwszy plan wzorców, z których korzystali muzycy mija się z celem. Na pierwszy front idzie Diamond Head i Metallica, wymienione nie bez powodu obok siebie. Dalej słychać nalesiałości Iron Maiden i Running Wild, szczególnie z czasów Number of the Beast oraz Port Royal. Tempa nadaje nawiązywanie do speed metalowej tradycji Exciter, oraz brudnego thrash metalu w stylu Venom oraz……Toxic Holocaust. A nad tym wszystkim czuwa światło Accept oraz Judas Priest. Żyć nie umierać.

Pierwszy utwór „Battle Ready” to wypadkowa heavy/ thrash metalu, z wejściem rodem z „Kill’em All” Metalliki. Utwór żywiołowy, energiczny, pełen melodi, dobrze skomponowany, ze stonowanym wokalem, i przejściem w stylu Iron Maiden, granym przez gitarzystó w harmonii. A wszystko to wykonane na indywidualny dla Iron Slaught sposób. Cios w twarz pozerów i metalowych zgredów. A jakby komuś się wydawało, że utwór jest zbyt uroczy czy łagodny, to panowie w piątej minucie przechodzą, w brudną, thrashową jazdę rodem z przedmieście Newcastle nad rzeką Tyne. Tyle dobrego na dzień dobry. A przed nami jeszcze 5 kawałków.

Bez zbędnych sugestii zaczyna się utwór „Inquisition”, jakby rodem wyjęty z Toxic Holocaust oraz Lonewolf. Thrash, crossover i melodyjny heavy metal w jednym. Można? Można. W tym utworze nie ma zbędnej nuty, ani nudnego pitolenia. To jeden z tych utworów, przy których rusza się na wojnę z uśmiechem na ustach.
www.youtube.com/watch?v=3iRZlHDNuW8

Trzeci utwór, jest zdecydowanie najlepszym na płycie. „Night of the Witch” to taki mokry sen fanów heavy metalu. To jeden z tych utwór, w które człowiek nie wierzy, że kiedyś zostaną skomponowane. A jednak. Czysty, niczym nie skalany heavy metal, według starej szkoły, z mocnymi, thrash i power metalowymi naleciałościami. Tutaj wokaliści dają z siebie więcej, niż byśmy w ogóle chcieli wymagać, na debiucie. Zmienne tempa, zmienny charakter wokalu, dobrze wkomponowane, „piskliwe” solówki, dużo melodii, mocny tekst, dużo gallopingu, perkusja jak bębny wojenne. Można chcieć więcej? Pewnie można, ale tu się nie da.

Następne dwa utwory utrzymane są w podobnej, thrash metalowej konwencji. Ta mocarze stworzone po to, by na koncertach lać się po ryjach bez krztyny wyrzutów sumienia. I co z tego, że słychać zerżnięcia niemal żywcem z Slayera i Metalliki. Od tego się nie umiera, i nie o innowacyjność tu chodzi. Tylko o szczerą agresję i energię. „Straight to Hell” oraz „Demonic Possesion” to utwory dla chorych psychicznie, totalnie zmaniaczonych, fanów metalu, którzy słowa „przesada” nie znają, świata nie respektują, a agresja to element ich życia. Taki zastrzyk energii, lepszy od porannej kawy. Chlast w ryj z samego rana.

Przed nami ostatni utwór „High Grade Metal”. Tutaj wraca heavy metal, i to taki z domieszką Manowar, a nie tylko Iron Maiden czy Running Wild. Ponad 6 minutowy wałek, stanowi uwieńczenie wszystkiego, co kapela zagrała dotąd. Wszystkie elementy płyty, tutaj zlewają się w jedno. Brzmi to genialnie. Tutaj pojęcie „za szybko”, „za dużo”, „za mocno” w ogóle nie istnieje. A przy tym wszystkim utwór jest utrzymany w dobrym tonie, bez nachalnych emocji, z wokalem przechodzącym od zawodzenia, po krzyki niesione przez wiatr do bram samej Walhalli. Człowiek chciałby więcej. Jednak nie dostanie. Płyta się kończy.

Dzięki takim kapelom chce się żyć. Są oni przede wszystkim autentyczni. Nie silą się na tworzenie nowego gatunku, na sztuczną progresję, czy pretensjonalność i wyższość. Nie. Po prostu grają swoje. Grają prawdziwy heavy metal. I grają go dobrze. Ja daję 10/10 z automatu i z wypiekami na twarzy czekam na kolejne płyty spod ręki, Jerremiego, Romu i Arixona. Chwała!

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *