Niechaj rozstąpi się ziemia i  pochłonie mnie piekło, jeżeli w metalowym półświatku nie było to jedno z najbardziej wyczekiwanych tegorocznych wydarzeń. Druga edycja Into the Abyss nie tylko przyciągnęła osobistości z każdego zakątku kraju, ale i wcale niemałe grono osób skłoniła do zapakowania tyłków w samoloty i tymczasowego powrotu z emigracji. Nic dziwnego, bo oto w pięknym mieście Wrocławiu zaprezentować się miały takie tuzy ekstremalnej muzyki, jak żywa legenda Possessed, kultowy w podziemiu Sadistic Intent, czy mistrzowie chorobliwego grania z Grave Miasma. Korzystając z Prawa Festiwalu – tym razem w relacji będzie nieco więcej niż zwykle bdb kolegów i wódeczek. Zostaliście ostrzeżeni.

Tak więc piątkowy poranek zastał mnie w pociągu, próbującą skorzystać z ostatnich chwil wytchnienia przed nadchodzącym weekendem. Już w sąsiadujących przedziałach dało się zauważyć kilka osób przybranych w adekwatny rynsztunek – w sumie nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tylu osobników ewidentnie zmierzających w tym samym kierunku co ja przed przybyciem do miasta docelowego. Niemniej, do hostelu udało się dotrzeć bez większych sensacji. I tu skończyła się laba, gdy podczas próby ucięcia sobie drzemki z łóżka wyciągnęły mnie okrzyki zwiastujące przybycie ekipy znanej mi z innego festiwalu, a zupełnym przypadkiem zajmującej pokoje na tym samym piętrze. Po obowiązkowym powitalnym kielonku ze sporym trudem udało mi się namówić parę osób do zmiany lokalizacji na Alibi, gdzie dotarliśmy w sam raz na otwarcie programu.

Włosi z Cold Raven, bo o nich mowa, wypuścili w zeszłym roku swój jedyny jak do tej pory album „Equilibrium and Chaos”, na którym zaprezentowali całkiem przyzwoity, acz przeciętnie porywający black metal. Występ dali do tego adekwatny – jeden z tych, co ani nie przepędzą słuchaczy na zewnątrz, ani pod stoiska w poszukiwaniu merchu. Kilkanaście minut podziwiania ćwieków, kapturów i makijaży wystarczyło, by zaczęło się robić nieco nużąco, więc po ostatnim numerze z ulgą dałam nogę na zewnątrz, by się przewietrzyć.

Nie miałam zbyt dużych oczekiwań co do Amerykanów z From Hell. Ta „supergrupa” również wydała do tej pory jeden album, który jednak średnio przypadł mi do gustu. Obejrzenie ich na żywo nie zmieniło mojego podejścia do tej kapeli – najwięcej, co można powiedzieć, to to, że grają znośnie do piwa. W repertuarze pojawił się również cover „Welcome Home” z repertuaru Kinga Diamonda, którego wykonanie skłoniło parę osób do pośpiesznego opuszczenia lokalu. No cóż, nie każdy może być Królem, o czym zresztą przekonali się ci, którzy dotarli na after do Ciemnej Strony Miasta.

Ale nie uprzedzajmy faktów, bowiem jako trzeci mieli zaprezentować się black metalowcy z Absu, a już tego gigu byłam bardzo ciekawa. Najwyraźniej nie tylko ja, gdyż w okolicach godziny 20 w klubie zrobiło się całkiem ciasno. I było warto – Teksańczycy dołożyli do pieca, jak trzeba, a publika odwdzięczyła się, kreując pod sceną istne piekło. Proscriptor McGovern w iście kultowej przepasce na czoło po spędzeniu części koncertu za zestawem perkusyjnym przeniósł się na front, gdzie prezentował swoją dość specyficzną manierę sceniczną. Obyło się, zdaje się, bez „Pillars of Mercy”, za to nie zabrakło świetnie przyjętego „Highland Tyrant Attack” czy też „The Cognate House of Courtly Witches Lies West of County Meath”. Po zwyczajowym „Thank you, good night”  zebrani domagali się jeszcze bisów, ale nic z tego – nadszedł bowiem czas, by zrobić miejsce dla kolejnej legendy.

Czy komuś w ogóle trzeba przedstawiać Possesses Possessed? Powszechnie uważana za prekursorów death metalu ekipa pod wodzą Jeffa Becerry (obecnie, po drugiej reaktywacji, raczej tenże + goście) w połowie lat osiemdziesiątych swoim debiutanckim albumem „Seven Churches” raz na zawsze zmieniła oblicze ekstremalnej muzyki. Nie ma się więc co dziwić, że dla wielu osób to oni byli gwiazdą wieczoru, a dla co poniektórych i całej imprezy. Jak się wywiązali z takiej odpowiedzialności? Wybornie! To był jeden z tych koncertów, które napędzane są doskonałą wymianą energii między zespołem a zebranymi. Jak tu nie szaleć, gdy ze sceny słychać takie szlagiery, jak „The Eyes of Horror” czy „Tribulation”? Czyste zło, a gdy na zakończenie poleciały „The Exorcist”, „Fallen Angel” i „Death Metal”, chyba nikt nie pozostał zawiedziony.

possessed-live

Po zejściu z desek Opętanych spora grupa osób zdecydowała się na dezercję z klubu jeszcze przed zastąpieniem ich przez zamykających ten wieczór Austriaków z Belphegor. Ja również nie miałam zbyt wielkich oczekiwań w stosunku do tego występu, trzeba jednak przyznać, iż mimo że daleko było do poziomu dwóch poprzednich kapel, to spokojnie dało się go oglądać, znalazło się nawet parę osób robiących jakiś ruch pod sceną. No i zawsze miło spojrzeć na zestaw czaszek na kijach.

belphegor-live

Kilka słów o samym Alibi – wydaje mi się, że frekwencja ciut przekroczyła pojemność klubu, przy której można było czuć się komfortowo. Lokal, mimo, że klimatyczny, jest też zaopatrzony w odpowiednią ilość ograniczających widoczność filarów, a i z dźwiękiem bywało różnie. Kwestię damskiej łazienki litościwie przemilczę.

10.12 – Sadistic Intent, Grave Miasma i inni

Zachowanie stanu względnej przytomności na koncertach w sobotę byłoby wystarczająco porażającą perspektywą bez spędzenia całej nocy na wrocławskich wojażach, te jednak okazały się na tyle udane, że żal było rezygnować o godzinie zwyczajowo uważanej za przyzwoitą. Tak więc po powrocie do hostelu był już czas na śniadanie i prysznic, a po krótkim odpoczynku trzeba było przywitać przybyłych na drugi dzień festiwalu.

I tu następuje mój największy żal związany z tym wypadem – wskutek miksu informacji na temat obsuwy (która okazała się przesadzona) i trudności z zamówieniem taksówki wparowałam do klubu dokładnie w momencie, w którym swój pobyt na deskach zakończył otwierający tym razem Brüdny Skürwiel. Jako że ostatnio widziałam ich przeszło dwa lata temu, a od tamtej pory niewątpliwie przeszli długą drogę, pluję sobie w brodę do dziś. Z zebranych przeze mnie opinii wynika, że odegrany został niczego sobie gig. No cóż, przekonam się następnym razem, być może już wkrótce.

Drugim daniem była również polska załoga pod postacią chłopaków z Morthus. W roku bieżącym wypuścili całkiem porządny, debiutancki album, więc z zainteresowaniem udałam się w okolice sceny by sprawdzić, jak wypadają na żywo. No i wypadają całkiem nieźle, wyposażeni w pasy z nabojami i krwiste makijaże, a w przypadku wokalisty nawet odwróconego Jezuska. Znacie tę estetykę. Niestety zdaje się, że na tym etapie na deskach działo się więcej, niż przed barierkami, lecz w końcu była jeszcze wczesna godzina.

morthus-live

Przesłuchałam jedynie ostatni materiał belgijskiego Dehuman, ale ten wydał mi się na tyle ciekawy, by  zerknąć okiem i na nich. Odziani w skóry deathmetalowcy zaprezentowali repertuar zdradzający wpływy Asphyx czy Suffocation, jednak do poziomu wymienionych kapel brakuje im jeszcze bardzo dużo. Osobiście mam wrażenie, że przydałoby im się nieco odprężyć. Może im dalej w trasę, tym będzie lepiej?

Zaczynało się robić gorąco, bo oto kolejni w rozpisce byli Słowacy z Malokarpatan, autorzy bardzo dobrze przyjętego, zeszłorocznego debiutu „Stridžie dni”, któremu w uzyskaniu popularności na pewno nie przeszkodziło uznanie samego Fenriza. Nie należałam do grona osób popadających w zachwyt nad tym wydawnictwem, obyło się więc bez zbyt wielkich oczekiwań dotyczących tego akurat fragmentu programu. Miło mi zatem stwierdzić, że występ ten okazał się największym pozytywnym zaskoczeniem na całym festiwalu. Uzbrojony w not Emperor sunglasses i przecudnej natury wąsy wokalista co jakiś czas pociągał z butelki jakiś bliżej nieokreślony trunek, a cała ekipa prezentowała rodzaj luzu kojarzący mi się ze zdjęciami Czechów z Master’s Hammer na rybach. Oglądało się to znakomicie, a i po powrocie do domu odkryłam, że jedyne dokonanie studyjne tych panów wchodzi mi obecnie jak lager pils jasny palony z browaru Koczkodan w gorący dzień. Innymi słowy, przekonali mnie.

Tutaj nastąpił jednak koniec wesołej zabawy, gdyż zaprezentować się mieli Brytyjczycy z Grave Miasma, przeze mnie najbardziej wyczekiwany zespół tego wieczoru – do tej pory nie mogę odżałować, że podczas ich poprzedniego pobytu w Polsce z Necros Christos przebywałam jakieś tysiąc kilometrów na wschód od Poznania. Powiedzieć, że obyło się bez zawodu, to mało – panowie w pełni zasłużyli na alias Grave Miazga. Tak właśnie powinna prezentować się grupa powszechnie kojarzona z określeniem „grobowe granie”. Gruz ze sceny sypał się bezlitośnie, zakopując żywcem wszystkich zainteresowanych i tylko wysoki sufit Pralni oraz unoszący się w powietrzu zapach kadzideł ratował zgromadzonych przed nieodwracalnym pogrążeniem się w stęchliźnie. Czego jeszcze można było oczekiwać po tak wybornym gigu?

grave-miasma-live

Ano można było całkiem sporo, bo oto nadszedł czas, by obejrzeć w akcji załogę Sadistic Intent, Amerykanów, którzy w ciągu trzydziestu lat działalności osiągnęli chyba jeden z najwyższych wskaźników kultowości przy braku jakichkolwiek pełnych wydawnictw. Panowie odwiedzili Polskę po raz pierwszy, dopełniając dzieła dokonanego przez poprzednią kapelę i nie pozostawiając przysłowiowego kamienia na kamieniu. Co tu dużo pisać – pokazali wszystkim, jak wygląda świetny, deathmetalowy koncert, zagrany tak, aby publikę zmiażdżyć, a ocalałych skłonić do mordowania siebie nawzajem. Dane nam było usłyszeć na żywo takie ciosy, jak „Eternal Darkness” czy, pod koniec, „Ancient Black Earth”. Generalnie przyjmuje się, że nie do końca wiadomo, jak Pan Jezus powiedział, jestem jednak pewna, że i on wyraziłby się o tym koncercie z zachwytem.

sadistic-intent-live-2

Trzy popisy doskonałych załóg pod rząd mogły wyczerpać każdego, i dało się to zauważyć. Znacząca część uczestników opuściła klub przed wyjściem na scenę młodych, acz uznanych black metalowców z Kringa. Ja także miałam po tym intensywnym okresie moment słabości, koniec końców jednak nadludzkim wysiłkiem woli udało mi się wstać z krzesła w palarni i podążyć na salę, na której jedynym widocznym punktem były zalane światłem sylwetki muzyków. Nie było znowu najgorzej, chociaż mam wrażenie, że Austriakom wyraźnie czegoś zabrakło. Czy to chęci, czy mniej zniszczonej gawiedzi, czy nagłośnienia, a może wszystkiego po trochu, ciężko stwierdzić.

Ostatnim występem tegoroczną edycję Into the Abyss, a raczej tych dwadzieścia osób, które nie zdążyły się ulotnić, zaszczycili wrocławianie z Shodan, odgrywający techniczną odmianę death metalu. O ile mnie pamięć nie myli, zagrali całkiem niezłą sztukę, choć tę mieli okazję zobaczyć tylko najbardziej wytrwali, a i ja nie poświęciłam temu recitalowi zbyt dużej ilości czasu, zajęta pożegnaniami i sprawdzaniem, kto ze znajomych stoi jeszcze na własnych nogach.

W porównaniu do Alibi, Pralnia zdobyła o wiele więcej punktów – ogólny niepokój, jaki pojawił się po zapowiedzi zakazu opuszczania klubu szybko opadł po zapoznaniu się z o wiele bardziej przestronnymi zakątkami przeznaczonej na sobotnią imprezę miejscówki. Lepsze brzmienie, palarnia, więcej niż trzy toalety (w których można było odmrozić sobie to i owo) i nie najgorsze piwo przemawiało na korzyść drugiej kwatery. Nie był to jednak jeszcze czas zamknięcia imprezy – po opuszczeniu Pralni udaliśmy się na after w Ciemnej Stronie Miasta, gdzie ostatecznie po raz drugi w ciągu dwóch dni dostąpiliśmy zaszczytu bycia kulturalnie wyproszonym z tegoż lokalu we wczesnych godzinach porannych. Przenieśliśmy się więc do hotelu, a po paru mile spędzonych godzinach pozostało już tylko zorientowanie się w panującym na dworcu po zmianie rozkładu burdelu i w niedzielę po południu ruszyłam w drogę do domu.

Podsumowując – mimo niebotycznie wysokich oczekiwań, druga edycja festiwalu Into the Abyss zdołała przebić je wszystkie i zdetronizować Dark Fest w moim prywatnym rankingu najlepszych tegorocznych wydarzeń w Polsce. Czy to towarzysko, czy to pod kątem występów na żywo, nie mogłabym być bardziej zadowolona. Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam: wszystkich, których poznałam, wszystkich których spotkałam i wszystkich, których musiałam sobie przypomnieć, że poznałam już wcześniej; osoby w koszulkach Altarage; kolegę, który na Grave Miasma spał jakieś pięć metrów od sceny i tych, którzy drugiego dnia nie widzieli ani jednej kapeli z powodu przeciążenia organizmu. Obowiązkowe ukłony dla szanownych Panów Organizatorów – gratuluję i mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy.

Również wielkie podziękowania za użyczenie zdjęć dla Aggressive Photography, zajrzyjcie na ich stronę po więcej.

X.

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *