Kolejny weekend, kolejna muzyczna wycieczka. Tydzień po doskonałej zabawie w Łodzi na gigu Venom Inc. w towarzystwie Vital Remains i Mortuary Drape zapakowaliśmy się w autobus do Warszawy, tym razem w celu dotarcia na blackmetalową ucztę w Progresji, gdzie w roli co-headlinerów występowało Inquisition i Rotting Christ, a wspierać ich miały mniej znane załogi w postaci Mystifier i Schammasch.

Tym razem podróż upłynęła spokojnie i bez większych ekscesów. Wysiadka na stacji Metro Młociny, na której nie byłam chyba od czasu wyjazdu na Heathen w 2013 roku, pół godziny w tramwaju (z rodzimej Pesy, oczywiście) i dotarliśmy w okolice klubu. Wiedzieliście, że Tomasz Knapik czyta w Warszawie zapowiedzi przystanków? Ja nie.

Nastąpiła standardowa wycieczka spożywczo-alkoholowa po Forcie Wola, gdzie poza pojedynczymi ubranymi na czarno postaciami można było natknąć się również na Dagona z Inquisition, po czym udaliśmy się na z góry upatrzone pozycje, by w oczekiwaniu na otwarcie bram spożyć kulturalnie po piwie oraz obgadać skład nadchodzącej Metalmanii. Wraz z zapadającym zmrokiem pojawiało się coraz więcej ludzi i początkowe obawy dotyczące frekwencji zostały rozwiane – po otwarciu bram trzeba bylo odstać swoje w kolejce, ale wszystko szło bardzo sprawnie i po szybkim obczajeniu merchu udałam się na salę, gdzie swój występ właśnie rozpoczynała pierwsza kapela.

Panowie z Schammasch, bo o nich mowa, niespecjalnie przekonali mnie swoimi dokonaniami studyjnymi. Dość powiedzieć, że zanim nie ogłoszono ich udziału w październikowej trasie, w ogóle zapomniałam iż miałam już okazję zapoznać się z „Contradiction”, drugą płytą grupy. W zalewie świetnych materiałów spod znaku uwspółcześnionego black metalu znaczącą część ich twórczości oceniłabym jako nie zapadającą w pamięć (możliwe, że faktycznie jest to twórczość dla wybranych – nie wnikam), szum o nich robi się jednak coraz większy więc na koncert poszłam z ciekawością, licząc na to, że być może przekonają mnie swoją prezencją na żywo. W kwestii tejże prezencji – może to kwestia tego iż była to czwarta ekipa w tym miesiącu którą oglądałam w takim anturażu, ale te wszystkie świeczki, kaptury i kadzidła na scenie zaczynają mi powszednieć. Dominowało czerwone oświetlenie, z gatunku tych, które doprowadzają do szału fotografów. Muzycznie zaś było tak, jak się spodziewałam – całkiem nudnawo. Nawet singlowy kawałek „Metanoia”, który z braku laku zmuszona byłabym nazwać swoim ulubionym utworem Szwajcarów, znużył mnie gdzies w połowie, a moje myśli zaczęły oscylować wokół wycieczki do „palarni”. Być może po prostu brakuje mi cierpliwości do takiego grania, ale w kwestii mojego podejścia do zespołu ten koncert nic nie zmienił – przyszłam, nie będąc fanką, i fanką nie wyszłam.

schammasch-live

Kolejnym daniem tego wieczoru był Mystifier, załoga w niektórych kręgach kultowa, głównie za sprawą swoich wybornych wydawnictw dla Osmose Productions. Przypomnijcie sobie wszelkie żarty z gatunku „prawdziwy black metal” jakie kiedykolwiek słyszeliście o Blasphemy – prawdopodobnie wszystkie zostały wykorzystane do opisania tego występu, a to za sprawą czarnoskórego gitarzysty, Beelzeebubtha (dla przyjaciół Blackgoatbeelzeebubth) , który swoją drogą okazał się być całkiem miłą i bardzo socjalną osobą, pracowicie przybijając piąteczki z zainteresowanymi przed i po gigu. Na scenie zaś skupiał na sobie lwią częśc uwagi, przystrojony w karwasze, obowiązkowe big sunglasses, wyglądającego na podprowadzonego z cmentarza Jezuska i wszelkie inne niezbędne do obrażania chrześcijan akcesoria. Popisał się też znajomością języka polskiego, oczywiście wyrażoną tradycyjną „kurwą”. Warto jednak nie zapomnieć, że w tym zespole grają jeszcze inni muzycy – zaprezentowali się więc przystrojony w corpse paint basisto-wokalisto-keyboardzista Diego i świeży nabytek, perkusista Jhoni. Poza repertuarem własnym, brazylijczycy odegrali również entuzjastycznie przyjęty cover swoich krajan z Sarcofago, to jest „Nightmare” z klasycznego „I.N.R.I.”. Suma summarum gig całkiem dobry, chociaż do pełni szczęścia czegoś mi zabrakło. Może lepszego nagłośnienia?

mystifier-live

Przyznam się bez bicia, bo to i tak wyjdzie w praniu – nie należę do fanek Rotting Christ. Wiem, nagrali parę klasyków, w Polsce są bardzo popularni, również wśród kobiet, jednak operują takim rodzajem melodyki jaki nie do końca do mnie przemawia. Ujmę to tak – nie mam problemu z wyobrażeniem sobie kartki z pozytywką odgrywającej, dajmy na to, „In Nomine Dei Nostri” z ostatniej płyty, „Rituals”. Mimo to jako że ostatnio widziałam ich dobrych parę lat temu, byłam dosyć ciekawa, jak wypadną. I co mogę powiedzieć – przy całej mojej rezerwie do tego zespołu należy oddać Sakisowi, co Sakisowe i przyznać, że wypadli bardzo dobrze. Sala pełna, pod sceną ponoć piekło, zgromadzeni z radością klaszczą i śpiewają pod dyktando Greków. Znalazło się też oczywiście miejsce na wzorcowe „Nice to be here”, „Dziękuję Polska!” i synchroniczne machanie głowami. W pewnym momencie od tego całego ruchu powietrza spod sufitu spłynął znajomo wyglądający kawałek czarnego konfetti – ot, przypomnienie po skończonej polskiej odnodze trasy Behemotha. Twórcy „Thy Mighty Contract” znają swoją publikę i mają z nimi znakomity kontakt. Wierzę, że gdybym przyjechała na Rotting Christ byłabym zachwycona, tak mogę jedynie docenić sprawność wykonawczą.

rotting-christ-live

Grecy zeszli ze sceny punktualnie o 21:50, a ja udałam się na przerwę, na której spotkałam paru dawno nie widzianych znajomych, skutkiem czego spóźniłam się na początek występu Inquisition. Zaufane źródła jednak donoszą, że podobnie jak na innych koncertach trasy, rozpoczęli od otwierających najnowszy album, „Bloodshed Across the Empyrean Altar Beyond the Celestial Zenith” (chwytliwy tytuł, nieprawdaż?) „The Force Before the Darkness” i „From Chaos They Came”. Mimo całej mojej sympatii do Szwajcarów, muszę przyznać, że Bölzer mógłby się uczyć od kolumbijsko-amerykańskiej załogi, jak się robi konkretny rozpierdol na scenie w duecie. Wszystko, co wcześniej słyszałam o tym, jak Inquisition wypada na żywo, okazało się prawdą. W młynie osób stosunkowo niewiele, za to bardzo zawziętych, więc polała się krew i latały włosy. Kontakt z publiką ograniczony do minimum, co stało w  dużym kontraście do drogi obranej przed poprzednią kapelę – jakoś nie wyobrażam sobie Dagona zachęcającego zebranych do rytmicznego klaskania. Nie, skuteczność tego zespołu podczas koncertów opiera się na zupełnie innej koncepcji niż w przypadku Rotting Christ – tutaj podstawą i twardym rdzeniem jest najzwyczajniej w świecie… muzyka. Przypomniał mi się sierpniowy gig Archgoat, gdzie formuła była podobna i równie, jeśli nie bardziej (ale to już inna historia) skuteczna: wyjść na scenę, odegrać swoje i zejść, nie ma co zbierać. Tak też zrobili – po niezbyt długim, bo około godzinnym secie (takie uroki co-headliningu), panowie zeszli ze sceny i ani myśleli powrócić, nie bacząc na wołania pozostałych przy życiu fanów.

inquisition-live

Koniec końców przybyli tego wieczoru do Progresji otrzymali to, co zostało obiecane – black metal w czterech odsłonach, każdej różniącej się nieco od pozostałych. Moim skromnym zdaniem Inquisition wygrało te zawody bezapelacyjnie. Wieść z Katowic niesie, że problemy techniczne wymusiły na zespole wcześniejsze zejście ze sceny, za to podobno obiecali, iż zagrają dłuższy set przy kolejnej wizycie. Wyczekuję z niecierpliwością. Może tym razem znajdzie się miejsce na „Force of the Floating Tomb”?

W tym miejscu wypada pozdrowić bdb kolegów z Lublina, dzięki którym zamiast kulturalnie wracać po zakończeniu wydarzenia do domu zwiedzałam Warszawę do niedzieli. Do zobaczenia w piekle!

 

Podziękowania dla Janka Fronczaka za użyczenie zdjęć, zajrzyjcie na jego stronę po więcej

X.

1 Komentarz Inquisition, Rotting Christ, Mystifier, Schammasch – relacja z koncertu w Warszawie [22.10.16]

  1. Firmitas

    Wieczór był wyborny, powiadam. Zdziwił mnie tylko fakt, że ruchu pod sceną nie było aż takiego, jak się spodziewałam, że może być. Ot, zaledwie kilka osób w drobnych podskokach.
    Muzycznie zgadzam się z autorką relacji w 90%! Bo dla mnie i tak Rotting Christ zrobiło najlepsze show. :)

    Pozdrawiam!

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *