Słowo wstępu

Ihsahn to muzyk którego poznają z miejsca wszyscy miłośnicy blackowych klimatów – wszakże mowa tutaj o wokaliście (i nie tylko) zespołu Emperor. Jednakże w tym roku Ihsahn występuje po raz siódmy na czele swego własnego projektu jako uniwersalny multiinstrumentalista, zmierzający… cóż, po prawdzie tam gdzie tylko Ihsahn sobie zażyczy. To jest pierwsza rzecz, która rzuca się w ucho w czasie odsłuchu Ámr: jest to zestaw progresywnych kompozycji, stworzonych przez człowieka doskonale skupionego na swojej wizji. Jeżeli kogoś odrzuca otwierający pierwszą kompozycję syntezator rodem z lat 80., połączony z charakterystycznym skrzekiem Ihsahna, to mam dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka: na albumie jest tego więcej; dobra brzmi: warto się z tym eklektyzmem oswoić, naprawdę.

Progresywny regres

Ihsahn na swoim siódmym już solowym krążku ponownie udowadnia jak zróżnicowanym jest muzykiem – jakby rewelacyjny Arktis już tego nie pokazał. Nawet dla słuchaczy niezbyt przekonanych do progresywnego grania Ámr może być bardzo ciekawym przeżyciem, bowiem Ihsahn jednocześnie miesza stylami, ale robi to w sposób, który nie męczy. Kompozycje nie przekraczają 6 minut, dzięki czemu wszystkie ewolucje Ihsahna pozostają w granicach cierpliwości – nie ma tutaj zbędnego nadmiaru, przekombinowania na siłę czy 11-minutowej solówki granej za pomocą podpiętego do wzmacniacza pora. Ámr jest progresywny, ale w sposób wstrzemięźliwy. Dzięki temu całość sprawia wrażenie przystępnej oraz szczerej. Ihsahn nie próbuje nas zwyciężyć śmiałością czy natarczywością, zamiast tego wskazuje tylko kierunek zwiedzania i pozwala się w spokoju namyślićc czy to co słyszymy się nam podoba. Mimo obecności syntezatorów, nagłych zmian, połamanych rytmów, wewnątrz każdej kompozycji da się wyczuć swoiste zapewnienie, że to całe progresywne szaleństwo nie wyleci za moment z torów.

Miska różności

Na Ámr jest miejsce dla wszystkiego. Od „Wake”, mogącego znaleźć się na płycie sygnowanej nazwą Emperor, po lekkie, trącące synth-popem „Twin Black Angels”. Jest nieco industrialowego sieknięcia pod postacią „In Rites Of Passage” – mnie osobiście przywodzącego na myśl „Hell March” Franka Klepackiego – oraz garść łagodnych momentów pod postacią „Sámr” i „Where You Are Lost And I Belong”, który jest bodaj najsłabszym segmentem na Ámr. Mimo tego drobnego braku skupienia – bo błędem wspomnianego utworu nazwać się nie da – albumu słucha się bardzo szybko, a bonus pod postacią black metalowej aranżacji wiersza Edgara Allana Poe jest więcej niż mile widziany.
Ámr umie zaskoczyć, ale tylko w ten dobry sposób.

Ocena: 10/10

Autor: niezależne radio internetowe Black Widow

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *