Po 3 tygodniach koncertowego odwyku byłam bardzo szczęśliwa, mogąc ruszyć się z domu i odwiedzić klub Potok, gdzie w miniony weekend zagrały trzy zespoły: Hellhaim, Chaostream oraz Icon. Headliner tego „zestawu” mógł być tylko jeden. Hellhaim pojawił się jakiś czas temu niemalże znienacka i od tamtej pory podbija warszawską publiczność w zastraszającym tempie, przyciągając coraz więcej fanów heavy metalu oczarowanych ich koncertami.

Przed wejściem do klubu spotkałam masę znajomych (a także nieznajomych). Wszyscy razem utworzyli ekipę, jakiej mogliby pozazdrościć nawet ludzie w latach osiemdziesiątych. A ponieważ pierwszy support zaczął grać nieco później, niż zaplanowano, mieliśmy okazję zintegrować się przy jednym z „potokowych” stolików oraz dostać od Hellhaimu trochę gratisowych gadżetów w postaci kostek i wlepek.

Koncert zaczął się niedługo potem. Jako pierwszy zagrał Icon. Muszę przyznać, że zachwycona nie byłam, ale też nie zniechęcona. Ich muzykę zaliczyłabym bardziej do hard rocka, niż heavy metalu, kawałki nie były jednak tak energetyzujące, jak w moim przekonaniu być powinny, a niektóre riffy brzmiały dosyć bezpłciowo. Do pozytywów zaliczam z kolei wokal Kingi Lis, który dobrze zgrywał się z pozostałymi instrumentami, a wokalistka dobrze dawała sobie radę ze wszystkimi swoimi partiami. Zupełnie inne odczucia mam w stosunku do Chaostream. Według opisów muzyka progresywna, mi jednak wydała się na przekombinowana, nieumiejętnie ubarwiana, niespójna i przede wszystkim nudna. Kawałki były tak dopracowane, jakby były pisane na kolanie przed koncertem. Co więcej, trzech słabych wokalistów w jednym słabym zespole to zdecydowanie za dużo. To wszystko sprawiło, że dosyć szybko opuściłam salę i odliczałam czas do wejścia na scenę Hellhaimu.

Po bardzo udanym styczniowym koncercie w Metal Cave wiedziałam, na co stać ten zespół i czego mogę się po nich spodziewać. Nie przeliczyłam się, bo i tym razem ze sceny emanowała niesamowita energia. Panowie od zeszłego roku promują swój debiutancki album Slaves of Apocalypse, uważany za jeden z najlepszych heavymetalowych krążków, które ukazały się w Polsce w 2017 roku.

Na pierwszy ogień poszło Flight Of the Phoneix. Było szybko, głośno, a liczna publiczność od początku świetnie się bawiła, szczególnie pod sceną, gdzie głowy nie zatrzymywały się ani na moment. Zaraz potem zabrzmiał tytułowy numer z EP „In The Dead of the Night”. Nie mogło zabraknąć także dwóch sztandarowych utworów z nowego albumu. Pierwszy z nich to Decimator, czyli prawdziwe wcielenie szatana, brutalny, mięsisty kawałek, który za każdym razem kopie dupę. Slaves of Apocalypse to z kolei dosyć długi numer, urozmaicony ciekawymi zagrywkami i zmiennymi partiami wokalnymi. Oba numery są moim zdaniem esencją progresu, jaki zrobił zespół od wydania pierwszej EP-ki.

Coraz więcej osób przyłączało się do wspólnego śpiewania refrenów, co mnie bardzo cieszy, bo Panowie mają kilka (a nawet więcej niż kilka) takich kawałków, które zasługują na znajomość chociaż części tekstu. Były także covery, chociaż zdecydowanie mniej, niż kilka tygodni temu, a wśród nich „Breaking the Law” i „Love Gun”. Zabrakło tym razem Iron Maiden i W.A.S.P, zgaduję, że względu na (za dużą) ilość kapel supportujących ograniczono znacznie setlistę….

Bardzo dobrze słuchało mi się Eclipse, a wolniejsze tempo absolutnie nie wpłynęło tu jakkolwiek na ilość emitowanego zniszczenia. Mój ulubiony numer Annelise (The Exorcist) również znalazł się w repertuarze, po nim eksplodowałam ostatecznie, został ze mnie tylko drobny pyłek i kilka siniaków. Dopełnieniem całości był Ostatni Szwadron, a po nim już tylko pożegnanie.

Nie byłoby to wszystko tak dobre, gdyby nie doświadczenie i umiejętności wszystkich muzyków. Na szczególne uznanie zasługują… właściwie wszyscy członkowie zespołu. Mój szacunek do wokalisty (Mateusza Drzewicza) rośnie z każdym odsłuchanym kawałkiem. Niewielu jest muzyków, którzy potrafią tak mistrzowsko skakać między rejestrami sprawiając, że wokalista staje się znaczącym graczem na scenie i nie znika gdzieś za zasłoną gitar i perkusji. Chwytliwe riffy, ciekawe solówki, nieprzeciętny, techniczny, dynamiczny wokal oraz fun, jaki artyści mają z grania – to wszystko sprawia, że Hellhaim zapada w pamięć. Tym razem obyło się bez dużej ilości dymu i czarnych peleryn, jednak show pozostało tak samo imponujące. Były demoniczne śmiechy i picie krwi, która, niestety, okazała się sosem truskawkowym. Po koncercie ludzie jeszcze długo bawili się w towarzystwie zespołu, zadowolonego z występu i z publiczności.

Tym, co psuło mi nieco odbiór, było nagłośnienie, które z czystym sumieniem można zdefiniować jako garażowe do sześcianu. Szczególnie przeszkadzało mi to, że solówki były spychane gdzieś w otchłań dźwiękowej masakry i ciężko było miejscami cokolwiek wyłapać. Nie jest to jednak wina zespołów, a raczej miejsca, które, mimo że klimatyczne i dosyć duże, zdecydowanie powinno zainwestować w lepszy sprzęt.
Hellhaim to już moje undergroundowe „must-be”. Nieczęsto trafia się tak dobry zespół, który potrafi w tak szybkim tempie zawojować scenę muzyczną i podbić serca fanów, szczególnie w czasach, kiedy heavy metal jest „w odwrocie”. Wszystko wskazuje na to, że jest to dopiero początek i mocno trzymam za nich kciuki, z przekonaniem że już niedługo zobaczymy się na o wiele większej scenie.

Nenu

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *