Zeszłoroczny line-up belgijskiego Graspop Metal Meeting był chyba najlepszym, co przydarzyło się festiwalom w XXI wieku. Iron Maiden, Black Sabbath, Megadeth, King Diamond, Anthrax, Slayer… skład był po prostu niemożliwie mocny, co miało jedną złą stronę. Wiadomo było, że line-up na rok 2017 nie powali i kiedy organizatorzy zaczęli odsłaniać karty okazało się, że… nie jest żle!. Największą gwiazdą GMM17 miał być Rammstein, a w roli headlinerów wspierały go Deep Purple, Scorpions i Evanescence. Czerwiec zbliżał się wielkimi krokami, a skład uzupełniały kolejne ciekawe zespoły. Sanctuary, Grave Digger, Gojira, Rhapsody… podjąłem w końcu decyzję o ponownym odwiedzeniu belgijskiego Dessel.

Dzień pierwszy otworzyli belgowie z Evil Invaders. Miło, że na swojej ojczystej ziemi dostali możliwość gry na dużej scenie, chociaż mam wrażenie, że ich muzyka wybrzmiewa lepiej pod dachem, a jeszcze lepiej w ciasnym, zatłoczonym klubie. Na wielkiej scenie, mimo uwijania się chłopaków i szaleństwa w oczach Joe czegoś mi zabrakło. W zaledwie 40 minutowym secie przeważał materiał z debiutanckiego „Pulses of Pleasure”, ale dostaliśmy też 2 numery z nadchodzącego „Feed Me Violence”. Jako ostatni Invadersi zagrali nie „Fast Loud ‚n’ Rude”, a cover Excitera. Z racji dobrej miejscówki postanowiliśmy poczekać na barierce na Metal Church, przez co zmuszeni byliśmy oglądać na drugiej scenie zespół Battle Beast. Ich muzyka nie odstaje niczym od urody ich wokalistki, bardzo słaby zespół. Muzycznie to krzyżówka power metalu z kiepskim disco. Klawisze są jeszcze gorsze niż w Sabatonie, to definicja słów „wieś tańczy i śpiewa”, tandetne melodyjki, bezpłciowe riffy (nie wiem czy w ogóle można tu mówić o riffach). Kolejny z zespołów, który obecnością gitar elektrycznych maskuje bycie muzyką pop.

Dalej nie było lepiej. Na scenie pojawił się zespół Comeback Kid. Rzut oka na wokalistę, który na scenę wyszedł w bluzie z kapturem wystarczył, żeby przewidzieć co będzie dalej. Okazało się, że panowie grają hardcore punka, więc ich setlista składała się z krzykorapowania i tłuczenia w instrumenty bez większego ładu i składu. Riffy mieli całkiem niezłe, przyznaję. Szkoda, że ich wokalista raczej krzyczał i rapował.

Jak powiew świeżości, lekka bryza w upalny dzień, nieoczekiwany zwrot podatku był Blue Oyster Cult. Dziadki dały naprawdę dobry koncert, często grając na 3 gitary i popisując świetnymi solówkami. Słuchało się tego naprawdę dobrze, nie jestem największym na świecie fanem starego rocka, ale to było po prostu… fajne. Chwytliwe, energiczne, w starym dobrym stylu. W secie nie zabrakło klasyków, które rozpoznałaby większość fanów rocka, nawet nie wiedząc, że to kawałki Blue Oyster. Dostaliśmy więc „Godzillę”, „(Don’t Fear) The Ripper” czy „Cities on Flame with Rock ‚n’ Roll”.

Rozpiska to często największy problem na festiwalach, nam szczególnie doskwierała w piątek, w tym samym czasie grały Rotting Christ, Psychotic Waltz i Metal Church. Jak wiecie z akapitów powyżej, wybraliśmy opcję numer trzy i przy najfajniejszym intrze na festiwalu (motyw z Terminatora 2) na scenie pojawiła się załoga Kurdta Vanderhoofa otwierając koncert kultowym „Fake Healer”. Set był znacznie krótszy niż na zeszłorocznym Wacken, na Graspop niestety zespoły na głównych scenach mają sporo mniej czasu. Kurd z ekipą wybierając 8 numerów dał trochę czasu wszystkim wartościowym albumom z dyskografii. „Start The Fire” z The Dark, „Beyond the Black” z debiutu, „Date with Poverty” z Human Factor i „Gods of Second Chance” z Hanging in the Balance. Ponadto dwa kawałki z nowej płyty i zamykający koncert kultowy „Badlands”, którego po prostu zabraknąć nie mogło. No i kilka słów o Mike’u Howe… dziękujmy każdego dnia i wznośmy modły, że Kurdt wyciągnął Mike’a z szafy i postawił z powrotem na scenie. Głos wciąż znakomity i zadziorny, zupełnie jakbyśmy ciągle mieli 1990, do tego to urodzony frontman, na scenie jest go pełno. Zresztą cały skład sprawia, jakby reaktywacja zespołu i obecność na scenie sprawiała im wielką frajdę.

Scenę obok na scenę wyszli Black Star Riders, czyli jak to ktoś ładnie ujął „najbardziej niepotrzebny zespół na świecie”. To kolejny projekt Scotta Gorhama, tego samego, który występuje wciąż pod szyldem Thin Lizzy, mimo że zespół powinien zostać rozwiązany wraz ze śmiercią Phila Lynotta. O dziwo grali sporo swojego materiału i o dziwo był to materiał całkiem przyjemny, ot solidne hard rockowe, melodyjne granie. Perkusistą okazał się Jimmy DeGrasso z przeszłością w Megadeth i był to w sumie jedyny powód, dla którego podszedłem prawie pod scenę. Na koniec zagrali legendarne „Whiskey in the Jar”.

Z Sepulturą wiele osób ma problem o nazwie „Max”. A raczej „brak Maxa”. Można się zastanawiać w jakim miejscu byłaby Sepa, gdyby nie doszło do rozłamu i Cavalera został w zespole. Warto jednak do koncertów „Paulo Jr. Conspiracy” podejść bez uprzedzeń, o ile za pierwszym razem gdy ich widziałem zajęty byłem psioczeniem i marudzeniem, o tyle w Belgii skupiłem się na muzyce i całkiem dobrze się bawiłem. Derrick to solidny wokalista, Kisser to świetny gitarzysta, a muzyka jest przecież najważniejsza. W setliście aż 5 numerów z nowej płyty, której poza tym co na żywo jeszcze nie słuchałem, ale wypada bardzo solidnie. Do tego numery z „Roots”, „Arise” i „Kairos”, ale chyba każdy czekał na „Roots Bloody Roots” zamykające koncert.

Po Sepulturze mieliśmy dobre parę godzin odpoczywania z muzyką w tle. Niespecjalnie zależało mi na byciu blisko sceny na Dee Sniderze, bo o ile koncerty Twisted Sister były znakomite, o tyle solowy materiał Dee zupełnie mi nie leży. Na małych scenach w tym czasie grały takie składy jak Amenra i Alcest, a po Dee weszła Epica. Dlatego właśnie zajęliśmy się konsumpcją piwa i frytek, jedno i drugie w bardzo wysokich jak na polską kieszeń cenach.

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem okazało się Europe. Znałem ich jako „Ci od Final Countdown”, a okazało się, że to rock z naprawdę długim pazurem. Wiadomo, nie wróciłem do Polski i nie rzuciłem się by kupić całą ich dyskografie, liczba koszulek Europe w mojej szafie dalej wynosi 0 ale dysonans między moim wyobrażeniem o ich muzyce, a rzeczywistością był spory. I bardzo dobrze, po to jeździ się na festiwale, żeby odkrywać, że coś jest godne uwagi (albo jest beznadziejne, pozdrawiam Battle Beast).

20170616_195031

Przyznaję się, twórczość Emperora znałem bardzo słabo przed ich koncertem. Nie byłem pewien, czy jest sens stać na barierce, spodziewając się czegoś w stylu Mayhem, czyli groteskowej łupaniny i antymuzyki. Na scenę wyszedł zwyczajnie ubrany koleś, w okularach i związanych włosach, zapewne techniczny. Techniczny okazał się samym Ihsanem, czyli liderem zespołu. Wow, to było niespodziewane. Gdzie obligatoryjny dla gatunku corpse paint?

A Emperor okazał się świetny. Klawisze były wspaniałe, dopełniały utwory i idealnie pasowały do reszty muzyki. Sporo czystego śpiewu Ihsana, zmiany tempa i genialny klimat. Duża scena, noc, pirotechnika, świetne światła… Emperor stworzył klimatyczne i zapadające w pamięć show. Ishan nie spoufalał się z publiką, ale nie było to potrzebne.

Tu pewnie powinien pojawić się długi akapit o koncercie Rammstein, to podobno takie super pirotechniczne show, headliner, wielka gwiazda i w ogóle. Niestety nie zostaliśmy na koncercie headlinera.

Dzień drugi zaczynamy od Axel Rudi Pell. To kolejny melodyjny hard rockowy zespół bez historii, poprawne przyjemne granie, tak jak Black Star Riders dzień wcześniej. Pograli, poszli, do zapomnienia. Tak samo jak występujący po nich Devildriver, z których koncertu nie zapamiętałem zupełnie nic, co mówi chyba samo za siebie. Za to po tych dwóch przystawkach mieliśmy pierwsze danie główne, czyli Rhapsody Reunion. Fabio Lione, Luca Turilli i reszta klasycznego składu na pożegnalnej trasie. 45 minut dla takiego zespołu to niemal zbrodnia (pod tym względem plus dla Wacken, na dużej scenie zespoły zawsze mają minimum godzinę), ale mimo wczesnej pory była moc! Wiem, że dla wielu osób Rhapsody jest za bardzo powermetalowe, ja sam uważałem ich za zbyt melodyjnych, ale koniec końców… dlaczego to ma być wada? Fakt, trochę dużo w tym patosu, ale kto nigdy nie lubił smoków, magicznych mieczy i opowieści fantasy niech pierwszy rzuci kamieniem. Set bardzo krótki, ballada „Lamento Eroico”, choć dowodzi, że Fabio ma genialny głos, to jednak obniżyła dynamikę koncertu i zamiast niej wolałbym coś bardziej żywego. Tak czy siak, warto było Włochów zobaczyć i wielka szkoda, że Rhapsody przechodzi do historii.

Po Rhapsody sprintujemy na Marquee, czyli pod namiot, gdzie zaczęło grać Sanctuary. Zespół może nie podbijał list przebojów, ale to wciąż kawał bardzo solidnego heavy metalu. Wokalnie, mimo wielu narzekań, Dane spisywał się całkiem nieźle, choć mam wrażenie, że tego dnia był nieco zmęczony. Nie uwijał się na scenie, raczej spacerował i zagadywał publikę między numerami. Wyręczali go gitarzyści, zwłaszcza świeżaki Hernandez (bas) i Voros (wiosło). Energiczny, oldchoolowy koncert zakończył „Taste Revenge”.

Gwarancją świetnego show jest Devin Towsend Project. Gang Łysego to nie tylko znakomite progmetalowe numery, ale również (a może i przede wszystkim) genialna konferansjerka Devina. Nagroda za klaskanie? „Five canadian cocks”. Humor niskich lotów, wprawiający w zakłopotanie, wspaniale niepasujący do muzyki. Cały Devin! Zresztą jego zespół też mu nie ustępuje, Brian i Dave żyją na scenie i uzupełniają statecznego z racji wokalnych obowiązków szefa. Set standardowy, taki jak na wszystkich festiwalach. Po świetnym show sympatycznych łysoli biegniemy pod duże sceny, gdzie trwał koncert Max & Igor Cavalera Return To Roots. Dlaczego nie pod szyldem Cavalera Conspiracy? Nie wiem, choć się domyślam. Setlistę zdominowała jedna płyta czyli… no, sami wiecie. Przegapiliśmy niestety tytułowy, w sumie załapaliśmy się na jakieś 6 numerów (Devin skończył gdy Cavalerowie był już na scenie), poza Roots panowie zagrali jeszcze „Ace of Spades”.

Parę minut przed 18:00 nadszedł czas na mojego prywatnego headlinera, drugi rok z rzędu Graspop gościł Gojirę, tym razem na głównej scenie, a nie w namiocie. Widziałem chłopaków tydzień wcześniej w Gdańsku, ale to jeden z zespołów, które się nie nudzą. To także skład, który jest na wielkiej fali wznoszącej, Magma zrobiła na scenie naprawdę dużo zamieszania, za „Silverę” otrzymali nominację Grammy – abstrahując od tego ile warte jest Grammy – są na topie. Najważniejsze jednak, że to ta sama Gojira i wciąż ich koncerty to gruz z głośników i cudowny wpierdol. Jazda była od początku, „Only Pain”, „Silvera”, genialne „Stranded”, od początku chłostały tak jak powinny. Sporo nad głowami latało nam crowdsurferów, ale ich ilość nie przekroczyła punktu, w którym zaczynamy życzyć połamania kręgosłupa osobom nad naszymi głowami. Bo każdy ma taki punkt, prawda? Zdecydowanie jeden z lepszych koncertów na całym Graspop, publika zresztą jak na zachodnioeuropejskie standardy dawała radę i czuło się, że masa ludzi wokół nas po prostu żyje koncertem, co na zachodzie nie jest regułą.

Na dużych scenach występować miały Alter Bridge, Five Finger Death Punch. Zgodnie uznaliśmy, że to pora żeby coś zjeść i przejść się na Amorphis. Zespół okazał się bardzo przyjemny. Zajęliśmy barierkę w oczekiwaniu na – jak się zaraz okaże – największe rozczarowanie festu. Występ Ministry, był… średni. Po pierwsze, był w namiocie, a małe sceny nie wybaczają potknięć akustyków. Znacie koncerty typu bas i perkusja solo? To był jeden z nich, nawet stopery nie tłumiły niedorzecznie głośnego basu, gitary całkowicie ginęły, a jeśli dodać do tego słabą formę wokalną Ala, otrzymamy rozczarowanie i wpadkę.

Headlinerem tego dnia było Deep Purple. Z jednej strony wiadomo, żywa legenda. Do tego na pożegnalnej trasie. Tyle, że… to trochę rozczarowująca nazwa, po headlinerach pokroju Judas Priest i Motorhead dwa lata temu, o Black Sabbath i Iron Maiden przed rokiem nie wspominając. Purpli widziałem miesiąc wcześniej w Łodzi, a jakby tego było mało, to nie mieliśmy ochoty przeciskać się pod scenę. Postanowiliśmy oglądać koncert w najlepszym januszowym stylu, siedząc pod telebimem. Oczywiście nie można tylko narzekać, Deep Purple to ciągle legenda, do tego całkiem nieźle zachowana. Ian Gillan ciągle ma świetny głos, Steve Morse nie jest i nigdy nie będzie Ritchiem Blackmore, ale to znakomity gitarzysta, zarówno pod względem umiejętności, jak i obycia scenicznego. Prawdziwą gwiazdą jest jednak klawiszowiec. „Keybord Solo” to nie jest pozycja w setliście, na dźwięk której miękną nogi, ale gość naprawdę wymiatał, zarówno w Łodzi jak i na Graspopie. Drugim headlinerem było In Flames, ale ciepła kolacja i wygodne łóżko okazały się bardziej interesujące. Niczego nie żałuję.

Dzień trzeci zaczął się od… bidy z nędzą. Przed południem w menu jedynie niestrawne dania spod szyldu metalcore i jakieś lokalne składy. Przyjechaliśmy więc później, gdzie w mniejszym z namiotów grał Grave Digger. (poważnie? Airbourne na dużej scenie, a Grave Digger w namiocie?) Każdy szanujący się fan heavy metalu zna Grave Diggera, także i my zameldowaliśmy się na barierce by wznieść Excalibura na cześć Chrisa Boltendahla. Zabrzmię pewnie jak małpa nosacz, ale kiedyś to było… te wszystkie Sabatony, Nightwishe i reszta popularnych dzisiaj „nowych” zespołów nie ma nawet startu do płyt takich jak „Heavy Metal Breakdown”. Mimo 37 (!) lat na scenie, ta muzyka wciąż kopie dupy. W zaledwie 45-minutowym secie zmieściły się takie hiciory jak „Rebellion”, wspomniany wcześniej „Excalibur” czy nieśmiertelny „Heavy Metal Breakdown”. Świetny koncert, oldschool na pełnej kurwie.

Po Diggerze biegniemy… nigdzie. Airbourne, Hatebreed, jakieś lokalne hard rocki, nie było nic sensownego. Z racji na piekielny żar z nieba, termometry przed eksplozją wskazywały na 1000 stopni celsjusza, postanowiliśmy poleżeć pod drzewami i słuchać grającego w namiocie nieopodal Hardline. Ruszyliśmy się niedługo później, zająć miejsce na Mastodon, a na scenie obok Steel Panther. Doceniam pomysł na zespół, samą konwencję i różne nawiązania do dawnych gwiazd glamu, natomiast zupełnie nie rozumiem fenomenu i statusu, jakiego ten zespół-żart się dorobił. Nie czas na analizy tego zjawiska, Steel Panther zagrał standardowy koncert z tymi samymi numerami i tymi samymi dowcipami co zawsze.

Co do Mastodon, to słyszałem wiele narzekań, że nie dają rady wokalnie, że na żywo grają po prostu słabo. Po usłyszeniu na żywo nie zgadzam się z tymi opiniami. Przyznaję, gitarzysta Brent Hinds kładzie wokalnie wszystko co można położyć i śpiewa bardzo słabo, natomiast kiedy za wokal biorą się Troy i Brann, to wszystko jest w porządku, na akceptowalnym poziomie. Piekielny żar nie ustępował, o ironio, pasując do nowej płyty „Emperor of Sand” i jej utrzymanej w pustynnym klimacie okładki. Sam koncert był, jak na festiwal, bardzo dobrze na głośniony. Każda solówka świetnie słyszalna, bas nie wywracał żołądka i nie zagłuszał, oby tak zawsze. Nie spodziewałem się usłyszeć „Show Yourself”, a tu miła niespodzianka i zagrali ten numer. Całą nową płytę oceniam zresztą bardzo wysoko.

Po Mastodonie ignorujemy Evanescence i biegniemy na Queensryche. Łapiemy barierkę i tu łapie nas konsternacja. Dlaczego oni mają w składzie kobietę? I dlaczego wyglądają jak janusze? Gdy koncert się zaczął doszło jeszcze pytanie dlaczego nie grają jak Queensryche, tylko jak janusze. Okazało się, że pomyliliśmy sceny i to co widzimy to Anathema. Ruszyłem się biegiem do drugiego namiotu, załapałem się na „Eye of the Stranger”. Zawsze coś, tak się kończy niesprawdzanie dokładnie scen. W drodze powrotnej zajrzałem jeszcze na Jupiler Stage, najmniejszą upchniętą niedaleko mniejszego namiotu scenę, na której grało… Suicidal Tendencies. Jak zwykle klasowy występ, chociaż chciałbym usłyszeć kiedyś na żywo więcej z Light…Camera… niż tylko „Bring Me Down”. Urwałem się z kilku ostatnich numerów, żeby zdążyć na headlinera marquee, czyli Opeth. Progmetalowy mistrz Mikael przywitał się dziękując za liczną obecność, pomimo koncertu Roba Zombie na dużej scenie. Kto był kiedyś na Opeth ten wie, jak przyśmieszkować lubi Akerfeldt, do tematu Roba Zombie wracał wielokrotnie, subtelnie szydząc z jego twórczości. Niestety kawałki w tym gatunku nie trwają 3 minuty, a jeśli dołożymy do tego żarty Mikaela, to zostanie nam set liczący zaledwie 6 numerów (chociaż jeden z nich to kolosalny „Deliverance”). Świetny koncert, przekonał mnie do wybrania się na sierpniowy Prog in Park w Warszawie.

Graspop zamknąć miał dla nas występ Scorpions. To prawdopodobnie najdłużej żegnający się zespół na świecie, którego pożegnalna trasa trwa dłużej, niż życie wielu innych zespołów… Przebić się do przodu było niełatwo, ale dotarliśmy niemal pod samą scenę. Uroki zachodniej publiki. A sami Scorpionsi to urodzeni gwiazdorzy, Ci goście to sceniczne zwierzęta. Światła, ekrany, ciuchy, wszystko tworzyło maksymalnie gwiazdorski klimat, w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu. Rudolf swoim wyglądem krzyczał „I’m the boss”. Od początku mocne, hard rockowe uderzenie, nawet niemrawi Belgowie dali się porwać i bawili się razem z zespołem. Niestety w połowie setlisty pojawiły się ballady i tam, gdzie wszystkie panie w wieku 40+ zachwycały się „Send Me An Angel” i „Wind of Changes”, ja przysypiałem. Pobudka była najwyższych lotów, bo po przedstawieniu Mikky’ego Dee i wspomnieniu wiecznie żywego Lemmy’ego usłyszeliśmy „Overkill”! Perkusja zaczęła wznosić się coraz wyżej i wyżej, a były bębniarz Motorhead zaprezentował solidną solówkę. Pod koniec jeszcze jedna nuda „Still Loving You” i na zakończenie trybut dla najlepszego napastnika ligi angielskiej, Harry’ego Kane’a – „Rock You Like a Hurrikane”.

Scorpionsi weszli na scenę z opóźnieniem, więc gdy tylko skończyli grać rozległo się intro na drugiej scenie, a my ruszyliśmy do wyjścia. Czołgi jeździły też, Belg strzelił Holendra kulą w łeb, ale my już wracaliśmy do domu.

Graspop jak co roku przywitał dobrą organizacją, wysokimi cenami jedzenia i trzema dniami mocnego grania. W tym roku skład nie mógł dorównać edycji 2016, ale i tak było cholernie dobrze. mam nadzieję, że w przyszłym roku line-up będzie bardziej przypominał to, co widzieliśmy rok i dwa lata temu. Stay heavy!

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *