H5 Black to najnowszy materiał zespołu HeadShot Five, na który formacja kazała czekać bardzo długo, gdyż masę czasu poświęciła postprodukcji nagrywanego w Perlazzie krążka. Jak sami przyznają w udzielonym naszej redakcji wywiadzie: „Wszystkie ścieżki audio zostały nagrane w 6 dni. Niestety, na etapie miksów i masteringu „na odległość” wszystko się posypało i rezultat był daleki od naszych oczekiwań. Ciężko mi określić, czy taki specyficzny styl pracy, tym razem już mocno narzucony przez Przemysława, w naszym przypadku po prostu się nie sprawdził i nie miał na to szans, czy też zwyciężył nasz brak doświadczenia przy produkcji muzyki w taki, a nie inny sposób. Najważniejsze, że nie poddaliśmy się i może nie od razu, ale w końcu ruszyliśmy z przygotowaniem własnych miksów. Grzegorz i ja staliśmy się architektami nowego brzmienia opartego na wcześniej zarejestrowanych w studio ścieżkach. Trwało to długo, bo aż kilka miesięcy, ale w zasadzie nie mogło być inaczej. Wiele rzeczy robiliśmy, a później zaczynaliśmy od nowa. Wiele zmienialiśmy, żeby następnego dnia wrócić do poprzedniej wersji…”.

Efekt? Zespołowi w końcu udało się stworzyć minialbum, którego brzmienie usatysfakcjonowało muzyków oraz może w pełni satysfakcjonować nawet wybrednego słuchacza.

Na H5 Black składają się w sumie cztery utwory i całość ma stanowić wizytówkę zespołu oraz zapowiedź czegoś większego – zakładam zatem, że nowy materiał ma być papierkiem lakmusowym, wskazującym HeadShotom, w jakim kierunku iść dalej, a których ścieżek unikać. Poklepać po plecach trzeba przede wszystkim obu gitarzystów zespołu. Konkretne, nie rozwleczone niepotrzebnie riffy pełne przyjemnego dla ucha mięcha czynią H5 Black materiałem, którego słucha się bardzo dobrze. Plusem zespołu jest właśnie gitarowe wyczucie – obaj Panowie nie pchają się na siebie i zostawiają dużo miejsca basowi oraz perkusji, z czego korzysta i wokal. Dobrze wiedzą, kiedy uderzyć porządnie a kiedy wytłumić nagle gitarę, by w przepaść dalszej części utwory poleciał już tylko wokal z sekcją rytmiczną. To czyni to wydawnictwo nie monotonnym.

Sebastian, bardzo dobry i nie męczący wokal – to że momentami przypominający wokalistę Korn może być w szerszym odbiorze tak plusem, jak i minusem. Zasadniczo nie ma to wpływu na odbiór całego materiału, bo zespołowi do Korna raczej daleko.  H5 Black to  cztery równe, brzmiące selektywnie, dobrze napisane, zagrane i wyprodukowane utwory. Muzycznie płyta przynosi to, co od lat nad Wisłą wiedzie prym wśród tzw. „gitarowego ciężkiego grania”, czyli twardy ulep groove metalu z hardcorem i naleciałościami newmetalowymi.

Kawałki, które prezentuje HeadShot Five zdają się być dobrane właściwie, mają dać przekrój tego, co może pokazać zespół. Ma się jednak wrażenie, że gdyby było ich o jeden więcej, dało by się ten band lepiej wyczuć, bardziej zrozumieć. Cisza, która pojawia się po czwartym utworze, pojawia się zbyt nagle i nie wiadomo czy to apetyt na więcej kłuje w uszy, czy brak jakiegoś wykończenia, tej „kropki nad i”, po której H5 Black stałoby się w odbiorze po prostu kompletne. Zespół zdecydował się na rejestrację czterech utwór i ok, jego prawo. Ale w moim odczuciu, jeszcze jeden i to taki, który umiejętnie by to wydawnictwo wykończył, wyszpachlował i pomalował powinien się na tej płycie znaleźć. To dobry i wart uwagi krążek, tylko bez wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Tego brakuje i z tym zostawiam zespół. Czekam na więcej od HeadShot Five i podpowiadam, by następnym razem opowiedzieć kompletną, muzyczną historię bez zostawiania tak dobrej budowy w stanie deweloperskim.

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=3IawiO57_-c]

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *