Od czasów, kiedy Greg Fidelman został zaangażowany przez Ricka Rubina do współpracy z Metalliką nad Death Magnetic w charakterze inżyniera dźwiękowego, zespół coraz częściej wyraża chęć, by to właśnie on zajmował się produkcją. To głównie Greg Fidelman sprawował pieczę nad albumem Lulu, i dlatego przy okazji filmu „Metallica Through the Never” pojawił się w Mexico City, by ustawić nagrany dźwięk oraz w Edmonton i Vancouver i z pomocą Mike’a Gilliesa – odwiecznego inżyniera zespołu do nagrań live – zająć się poważniejszymi rzeczami. Złapanie Fidelmana nawet na dwadzieścia minut było trudnym wyzwaniem zważywszy na ilość pracy, którą musiał wykonać, by zdążyć jeszcze we wrześniu z premierą ścieżki dźwiękowej z „Metallica Through the Never”.

greg_fidelman

Ile miałeś obowiązków do wykonania w tym projekcie filmowym? Zacznij od Mexico.

Greg Fidelman: Cóż, pojechałem do Mexico tylko po to, by zobaczyć występ i zapoznać się z trybem pracy ludzi, którzy przeważnie zajmują się koncertami na żywo, czyli Big Micka od organizacji widowni oraz Mike’a od nagrywania koncertów. Nagraliśmy wszystkie te występy i dochodziliśmy do tego, co było dobrze, a co należałoby poprawić, a więc kiedy nadszedł czas wyjazdu do Kanady mieliśmy już krótką listę rzeczy, które chcielibyśmy zrealizować nieco inaczej, co rzeczywiście wyszło bardzo dobrze. Mieliśmy tam na parkingu furgonetkę z małą reżyserką/stanowiskiem kontrolnym, skąd mogliśmy namierzać różne rzeczy, ale ta część polegała głównie na uchwyceniu koncertów. A potem dopiero zaczęła się prawdziwa zabawa!

Ponieważ kiedy już nagraliśmy pięć występów w Kanadzie, zastanawialiśmy się: „Którą wersję której piosenki wykorzystamy?”. Czy poczekamy na montażystów, żeby nam powiedzieli, które kawałki wyglądają najlepiej? Nikt tak naprawdę nie wiedział, więc Lars z chłopakami i ja usiedliśmy i zdecydowaliśmy, że pierwszą rzeczą, którą zrobimy, będzie wybranie najlepszych występów i poskładanie najlepszych muzycznie momentów, tak jak byśmy to normalnie zrobili z albumem live. I złożyliśmy to wszystko, potem wysłaliśmy do montażystów, a oni przeanalizowali to, próbowali ciąć do tego obraz, ale oczywiście wtedy to oni znaleźli mnóstwo rzeczy, które chcieli zmienić, i przysłali nam listę. Przyjrzeliśmy się jej i zdecydowaliśmy, co moglibyśmy zmienić, a czego nie. Metallica to oldschoolowa grupa zorientowana na występy na żywo, która nigdy nie gra co noc dokładnie tego samego. Tak nie powinno być. To powinien być koncert rockowy. Więc jednym z największych wyzwań było wymyślanie, jak zgrać najlepsze występy z obrazem i vice versa.

Surowe miksy brzmiały bardzo czysto, może aż za czysto. Czy też tak uważałeś?

GF: Tak, to bardzo wnikliwe spostrzeżenie. Jak już mówiłem, pierwsze co zrobiliśmy, to zaczęliśmy słuchać nagrania z koncertu na żywo i pomyśleliśmy: „Naprawmy część tych błędów”. I robimy to na ślepo. Nie oglądamy jeszcze filmu. Ale to później, gdy zaczęliśmy składać to z obrazem, wyostrzył nam się ważniejszy zmysł. Powiedzmy, że słuchasz jakiegoś kawałka i nagle wyłapujesz, że Jamesowi nie wyszła partia gitarowa. Twoje instynkty słuchowe podpowiadają ci, że musisz to poprawić, albo przejść do innego występu, w którym on nie popełnia błędu. Ale później, gdy na niego spojrzysz (na film), uświadamiasz sobie, że to nie jest błąd. On zdejmuje rękę z gryfu i wskazuje na publiczność. To dlatego nie skończył grać tego riffu. Więc cofaliśmy się, znajdowaliśmy to i wracaliśmy do pierwotnego nagrania, ponieważ James tam rzucał ci się w oczy na wielkim ekranie i wskazywał na ciebie, a więc nie chcesz słyszeć czystego wybrzmiewania riffu na gitarze, gdyż film to wszystko objaśnia. Przerobiliśmy całą rundę różnych fragmentów, gdzie odkręcaliśmy to, co próbowaliśmy wcześniej naprawić, ponieważ teraz, po obejrzeniu filmu, miało to już sens. Teraz to powinno być nieco bardziej „thrashowe” i choć trochę bardziej szorstkie, ponieważ to takie właśnie ma być! Pocą się i plują i to powinno tak brzmieć.

Wyjaśnij, jak działa Through the Never jako ścieżka dźwiękowa.

Na temat albumu z soundtrackiem podjęto taką decyzję, by zawierał on wszystkie kawałki występujące w filmie, z tym że ścieżka dźwiękowa miała stanowić nieprzerwany koncert. W filmie niektórych utworów nie usłyszy się w całości z powodu montażu czy też narracji, ale na albumie wszystko jest kompletne. Ciekawym doświadczeniem były dla mnie próby uzyskania dźwięku tak zbliżonego do koncertu Metalliki, jak to tylko możliwe, a nie był to lekki wysiłek. Zazwyczaj siedzisz podczas oglądania filmu, ale nie wtedy, gdy jesteś na koncercie Metalliki. Zmieniasz więc nieco to miejsce występu, dlatego interesujące były próby podtrzymania tej wrzeszczącej, szalenie głośnej energii, a jednocześnie sprawienie wrażenia, że ogląda się film. I wiesz co? Daje czadu!

Czy byłeś zaangażowany w to jakby od innej strony, od strony obróbki dźwięku? Jest to coś, czym się zajmujesz, jeśli chodzi o –

Nie robiłem zbyt dużo takich rzeczy. Po części to jakby nadzorowałem, ale najczęściej zostawialiśmy obróbkę dźwięku ludziom, którzy się tym zajmują. Kiedy już zrobili swoją działkę i wprowadzili w życie, to moim zadaniem było, jako że miksowaliśmy film, przeanalizowanie go i sprawienie by brzmienie, przynajmniej w tych fragmentach, gdzie jesteśmy na koncercie, przypominało jak najbardziej to, które można usłyszeć siedząc na tej arenie.

Czy w skład albumu będzie wchodziła jedna płyta, która odzwierciedli kolejność utworów, jaka jest w filmie i druga płyta, która będzie zawierała setlistę w takiej kolejności, w jakiej została zagrana tamtych dwóch wieczorów?

Nie. Na albumie znajdują się utwory z filmu i to w takiej kolejności, w jakiej są w filmie, lecz stanowią one ciągłość bez wyciszeń na początku i na końcu. Tak się składa, że to ścieżka dźwiękowa z filmu, która została nagrana na żywo w Vancouver.

Greg Fidelman o pracy nad dźwiękiem do filmu "Through the Never" [So What! vol. 20 3/2013]

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *