Do niedawna metalowe festiwale organizowane co roku w wielu państwach zachodniej Europy były dla mnie czymś abstrakcyjnym. Znałem je z dvd zespołów, ale poza Wacken prawdopodobnie żadnego z nich bym nie wymieniłbym z nazwy, nie mówiąc już o wyjeździe na taki. Człowiek jednak dojrzewa, osiąga słuszny i sędziwy wiek 21 lat i pewne dotychczas nierealne rzeczy stają się namacalne.

Pewnej nocy, gdy leniwie przeglądałem Facebooka oniemiałem, widząc plakat Graspop Metal Meeting 2016. Stężenie świetnych zespołów było wręcz porażające, a jeszcze ciekawsze okazało się, że plakat dodała w jednej z metalowych grup Polka, która zbierała na ten festiwal ekipę. Belgia przecież daleko nie jest… Prawdziwe szczęście dopiero miało nadejść. Okazało się, że mój wieloletni internetowy kolega nie tylko mieszka w Belgii, ale mieszka rzut kamieniem od festiwalu! To był znak od Bogów Metalu, który odczytałem jako „jedź tam, chłopie!”. Jak pomyślałem, tak zrobiłem.

Już pierwszy dzień festiwalu wyglądał znakomicie. Gdy na głównych scenach trwały ostatnie przygotowania, na mniejszej scenie Marquee do rozgrzania publiki wyznaczono Primal Fear, oraz kultowego Udo Dirkschneidera. Niestety, z bólem serca postanowiliśmy odpuścić te koncerty, w końcu nie codziennie Polska gra na Mistrzostwach Europy z Niemcami.

W piątek pierwsze co mnie uderzyło, to skala całego eventu. Ludzi były tysiące, tłumy porównywalne z mojej perspektywy jedynie z występem Wielkiej Trójki Thrashu i Metalliki na warszawskim Bemowie. Ze wstydem przyznaję, że spóźniliśmy się na Raven. Bracia Gallagher nie zdobyli może wielkiej sławy, ale w pewnych kręgach to zespół kultowy, a przede wszystkim kawał dobrego heavy metalu. Niestety ilość kolejek, rewizji osobistych i bramek bezpieczeństwa przywodziła na myśl raczej lotnisko niż koncert i skutecznie powstrzymały nas przed dotarciem na Anglików. Trudno się jednak Belgom dziwić, zamach na brukselskim lotnisku Zaventem miał miejsce ledwie trzy miesiące wcześniej…

Pierwszym zespołem, który zobaczyliśmy tego dnia był Soilwork. Szwedzi dostali około 50 minut na dużej scenie i mimo wczesnej pory konkretnie rozpalili publikę. Chociaż nie pchaliśmy się do pierwszych rzędów, bawiliśmy się naprawdę nieźle. Co ciekawe, za garami zasiadł Dirk Verbeuren, który miał tego dnia jeszcze raz pojawić się na tej samej scenie ze swoim nowym zespołem. Pod koniec ich koncertu ruszyliśmy na małą scenę, by załapać się na końcówkę występu Carach Angren. Nie było źle, ale nie chciałbym oceniać koncertu słysząc dwa utwory, do tego słabo nagłośnione (niestety mała scena znajdowała się w namiocie, więc powstawała ogłuszająca ściana dźwięku, na przykład klawisze były całkowicie niesłyszalne), chociaż światła, scenografia i cała otoczka robiła całkiem niezłe wrażenie.

Trzeci zespół tego dnia to Grand Magus, na drugiej namiotowej scenie, Metal Dome. Było stanowczo za głośno, więc w ruch musiały pójść stopery (a heavy metal z przytłumionymi wysokimi tonami to nie jest coś pożądanego). Kiedy uszy krwawią trudno cieszyć się koncertem, a szkoda, bo Szwedzi to przecież dobra, uznana marka, chociaż dla „I the Jury” warto było się pomęczyć. Wychodząc usiedliśmy by z daleka przyglądać się Sixx:A.M. Nic specjalnego, chłopaki 30 lat temu zrobiliby pewnie wielką karierę, bo melodie wpadały w ucho, a wizerunek sceniczny był idealnie dopracowany. Ponieważ widziałem ich tydzień wcześniej w Łodzi, ponownie poszliśmy do Marquee na Fleshgod Apocalypse. Ponownie, jak to w namiocie bywa średnio słyszalne były wysokie tony i wszystkie numery trochę zlewały się w jedną, monotonną młóckę.

Ponownie kierunek ku dużym scenom, żeby obejrzeć Bad Religion. Punk rock grany przez dziadków nie jest zbyt przekonujący, do tego nie do końca dawał radę wokal. Nie wiem czy to wina nagłośnienia, czy upływający czas odbił swoje piętno na głosie Grega Graffina, ale występ był mocno przeciętny. Bez żalu odpuściłem po kilkunastu minutach i udałem się na Virgin Steele. Amerykanów bardzo chciałem zobaczyć i byli pierwszym tego dnia zespołem, na który naprawdę liczyłem. Niestety poziom decybeli był wręcz niedorzeczny, nawet w stoperach. Momentami ciężko było odróżnić od siebie instrumenty, więc po paru numerach zdegustowany i bardzo zawiedziony opuściłem Metal Dome.

View this post on Instagram

#graspop2016

A post shared by Inkhouse Tattoo Belgium. (@tattoodonporto) on

Mając trochę wolnego czasu postanowiłem się posilić i tutaj organizatorowi należy się kilka gorzkich słów. Ceny jedzenia były wręcz idiotycznie wysokie. Miniaturowa butelka napoju (bez nakrętki) i niezbyt obfity posiłek (kawałek pizzy, mały hamburger, hot dog itd.) kosztowały 10 euro! Pod względem stosunku do jakości, ceny kosmiczne. Niezbyt najedzony ruszyłem na Foreignera. Tak naprawdę ten zespół zupełnie mnie nie interesował, ale po nim na dużej scenie numer jeden miał wystąpić Megadeth, a zaraz potem Black Sabbath, zatem występ nowojorczyków traktowałem jako czas na zajęcie odpowiedniego miejsca. Sprawę ułatwiło udawanie ich fana. Krzycząc, skacząc i skandując „Foreigner” ludzie sami mnie przepuszczali, aż do znalezienia się na barierce. W tym czasie na dużej scenie numer 2 zainstalowało się Disturbed. Zespół ten uważam za do bólu przeciętny, a do tego oglądanie koncertu stojąc pod sceną obok to żadna atrakcja. Dźwięk jest średni, widok kiepski, a kontakt z publiką żaden. Nadszedł jednak czas na Megadeth, czyli pierwszy z licznych zespołów, które skłoniły mnie do przyjazdu na cały festiwal. To właśnie był drugi tego dnia koncert Dirka Verbeurena, ale umówmy się – gdy gra Megadeth, liczy się tylko Dave Mustaine. Gdy usłyszałem riff otwierający „Tornado of Souls” prawie oszalałem, bo w Łodzi tego nie zagrali, co za niespodzianka! Ekipa Rudego zagrała fenomenalnie, ale nie wiem czy na moim poziomie uwielbienia mógłbym ocenić ich koncert inaczej niż 11/10.

Brak festiwalowego doświadczenia dał o sobie znać po Megadeth. Mając fantastyczne miejsce uległem namowom kumpla i poszliśmy w okolice drugiej sceny na jego ulubiony Amon Amarth. Problem w tym, że sceny na Graspop z jakiegoś niezrozumiałego powodu są od siebie oddzielone barierką. Nie da się przejść spod jednej pod drugą, należy wychodzić kilkaset metrów i obejść barierkę. Zatem zamiast trzymać barierkę przed pożegnalnym koncertem Black Sabbath, oglądałem z daleka Amonów. To się nazywa zapłacić frycowe… na szczęście dzięki determinacji i sprytowi udało przebić się niemal tak blisko jak byliśmy wcześniej. Nie mogłem doczekać się na pierwsze spotkanie ze swym idolem, ojcem heavy metalu czyli Tonym Iommim. Mimo, że publika skandowała jedynie „Ozzy Osbourne”, dla każdego kumatego fana ciężkiego grania jest jeden prawdziwy lider. W międzyczasie niestety się rozpadało, więc pod koniec koncertu Sabbath teren festiwalu był całkowicie pokryty błotem. Zamiast pędzić na złamanie karku pod drugą scenę, odziany w trampki (kolejny nowicjuszowski błąd), musiałem obchodzić idiotyczną barierkę wąskim „chodnikiem” z wysypanego drewna. W końcu wymęczony forsownym marszem w wolno posuwającym się tłumie uznałem, że lepiej wywalić trampki niż przegapić choćby minutę występu Kinga Diamonda. Biorąc pod uwagę jak rzadko koncertuje Król, musiałem go zobaczyć. Ostatecznie nie do końca się udało, bo wyczerpany całym dniem i z bezużytecznym obuwiem koncert oglądałem z dużej odległości, głównie na telebimach. Nie umiem bawić się tak daleko od sceny, więc wracając do kumpla nie czułem się w pełni usatysfakcjonowany. Pomysł czekania do trzeciej w nocy na Nightglow (Tribute band Manowar) szybko porzuciliśmy i wróciliśmy do domu.

Sobota.

ZNOWU się spóźniliśmy i przegapiliśmy Municipal Waste. Załapaliśmy się na fragment God Dethroned, a potem raczej integrowaliśmy się ze znajomymi jednym uchem słuchając takich zespołów jak Skillet i Pennywise. Później ruszyliśmy pod pierwszą główną scenę i gdy obok produkowali się Killswitch Engage (słabizna), my czekaliśmy na Testament. Wstyd się przyznać, ale to było moje pierwsze spotkanie z ekipą Erica Petersona. Testament jak na krótki czas i wczesną porę naprawdę solidnie pozamiatał. Moshu oczywiście nie stwierdzono, ale 9-numerowy set upłynął bardzo szybko. Po Testamencie należało wrzucić piąty biegi sprintem pędzić do namiotowej Marquee, gdzie 5 minut po Testamencie grało Obituary. Sorry brodacze z Kadavar, trzeba mieć priorytety. Dźwięk wreszcie nie sięgał poziomu „rozjebiemy Ci uszy!” i był tylko ogłuszający. Jako, że dotarliśmy na miejsce na sekundy przed rozpoczęciem show, barierki były stracone. Skupiłem się więc na pływaniu, rozkręceniu moshu i uwalnianiu drzemiącego we mnie dzikiego zwierzęcia. Co ciekawe koncert otworzył „Redneck Stomp” grany bez Tardy’ego na scenie. Ależ ten kawałek chłoszcze po głowach, ta muzyka sprawia wrażenie potencjalnie niebezpiecznej dla zdrowia i życia. Amerykanie zdołali zmieścić w krótkim secie 12 numerów i kończąc kultowym „Slowly We Rot” opuścili scenę.

Zmęczeni, zlani potem i szczęśliwi posililiśmy się najdroższymi kawałkami pizzy na świecie (a na pewno najdroższymi kawałkami gównianej pizzy) i stanęliśmy przed dylematem. 40 minut Satyricona, czy zabezpieczenie miejsca przed Ghost? Pewnie paru osobom się narażę, ale wybraliśmy Ducha. Wybór był dobry, bo podczas gdy na pierwszej scenie kaleczył Bullet For My Valentine, wypracowaliśmy sobie drugi rząd. Chociaż Ghost w dziennym świetle traci nieco klimatu, to koncert dali bardzo dobry. Papa Emeritus momentami miał problemy wokalne, w wyniku przebytej kilka dni wcześniej choroby (zespół był zresztą zmuszony odwołać kilka koncertów z tego powodu). Zespół zaprezentował set składający się z prawie całej Meliory (ostatnia płyta w dorobku zespołu), uzupełnione dwoma numerami z każdej z poprzednich płyt. „Year Zero” i „Monstrance Clock” to już szlagiery zespołu, które zapewne jeszcze wiele lat będą żelaznymi punktami setlist Ghost.

Niestety ze względu na idiotyczną barierkę dzielącą sceny nie byliśmy w stanie zająć sensownego miejsca na Slayerze. Widoczność żadna, oglądanie koncertu na telebimie… no nie są to Slayerowe warunki. Pod koniec bez wyrzutów sumienia poszliśmy na, jak się później okazało, koncert wieczoru. Dzięki temu, że przyszliśmy przed końcem Slayera, miejsce na barierce cierpliwie na mnie czekało. Gojira całkowicie pozamiatała. Wszystkie wady namiotu francuska załoga przekuła w zalety, dźwięk był monstrualny, potężny i wyniszczający. Okazało się, że nie jesteśmy jedynymi Polakami w okolicy pierwszego rzędu, bo na nasze polskie „Napierdalać!” odezwały się równie swojskie głosy z „Gojira kurwa!”. Intensywność koncertu porażała, widziałem Francuzów ledwie 2 tygodnie wcześniej w Warszawie i nie spodziewałem się takiej mocy, ale Gojira to koncertowa bestia. Różnice między setem w Warszawie dotyczyly m. in „Art of Dying” (na Graspopie nie zdecydowali się go zagrać, a szkoda).

Godzinny koncert dobiegł końca, a my wychodząc odkryliśmy dwa problemy. Pierwszy to ulewny deszcz, a drugi to wciąż grający Nightwish. Po Finach zaplanowane były jeszcze koncerty Abbath i Volbeat. Jako, że pierwszego nie słucham, a drugie budzi we mnie same negatywne odczucia, zgodnie uznaliśmy, że pora wracać do łóżek.

Do trzech razy sztuka. Tak, ponownie spóźnienie. Tyle dobrze, że na nic konkretnego. Plan na ten dzień był bardzo prosty: Overkill na drugiej scenie, a potem łapiemy barierkę na scenie pierwszej i czekamy 6 godzin na Iron Maiden (a czekanie to miały uświetnić Saxon i Anthrax, czyli M1 była zdecydowanie najlepsza tego dnia). Niestety jeden z zespołów, Architects, odwołał swój występ i cały running order został poprzestawiany. W efekcie Saxon grał na drugiej scenie.

Niewiele jest lepszych sposobów na rozpoczęcie dnia niż koncert Overkill. Charakterystyczny głos Bobby’ego Blitza można kochać, lub nienawidzić. Ja należę do zwolenników, koncert rozpoczął się mocnym otwarciem w postaci „Armorist”. Zespół postawił na szybkość, setlista liczyła zaledwie 9 numerów i zabrakło między innymi wspaniałego „In Union We Stand”. Miało być thrashowo, miała być chłosta. „Feel The Fire”, „Ironbound” czy „Hammerhead” szybko złagodziły tęsknotę za „Unionem”. Koncert zakończył obowiązkowy „Fuck You”, stały element koncertów Overkill.

W tym momencie nie jestem pewien, jaka była kolejność zespołów na pierwszej scenie. Wybaczcie, ale rozpiska pozmieniała się w trakcie trwania festiwalu, więc ściągawki w internecie to stare, nieaktualne wersje. Wydaje mi się, że na pierwszej scenie grał Tremonti, gdy czekaliśmy na Saxon. Mimo, że mieliśmy już rok 2016 to miało być moje pierwsze spotkanie z angielskimi Krzyżowcami. Lepiej późno niż wcale! Zaczęło się standardowo na tej trasie, od kawałka tytułowego z nowej płyty „Battering Ram”. Reszta setu to już nieśmiertelne klasyki zespołu takie jak „Heavy Metal Thunder”, „Power and the Glory”, Wheels of Steel”, „Crusader”… lata osiemdziesiąte jak żywe! Dla mnie wspaniałą niespodzianką była obecność „Motorcycle Mana”, pierwszego numeru Saxon jaki kiedykolwiek słyszałem. Set zamknęły „Denim And Leather” i „Princess of the Night”, z których tekstami publika całkiem nieźle sobie poradziła.

Szybki transfer pod pierwszą scenę, pod którą już cierpliwie czekali fani Iron Maiden. Nie było ich jednak na tyle dużo, by nie dało się wskoczyć do drugiego rzędu. Na drugiej scenie kończył grać Powerwolf, a po Niemcach nadszedł czas na Anthrax. Koncert otworzył „You Gotta Believe”, świetny numer z najnowszej „For All Kings” (który to jest jedną z najlepszych płyt w historii zespołu). Drugi numer i od razu emocje rosną, nie słyszałem „Got The Time” na żywo od 6 lat, gdy Bello rozpoczął numer na basie wróciłem myślami na Bemowo w roku 2010, gdy po raz pierwszy usłyszałem Anthrax na żywo. Wow! Jak na festiwal przystało, Wąglik nie dostał zbyt wiele czasu, więc w secie znalazły się w sumie 4 numery z nowej płyty uzupełnione 4 klasykami. Nie zabrakło „Indians”, „Antisocial”, czy „Caught in the Mosh”, ale równie dobrze publika bawiła się na „Evil Twin” i „Breathing Lightning”. Niestety po ledwie ośmiu numerach Anthrax zszedł ze sceny. Biorąc pod uwagę, że po nich na scenie obok grało Trivium… cóż, nie obraziłbym się o dłuższy set Anthrax, w zamian za nieobecność tego czegoś.

W końcu nadszedł wieczór, publika zgęstniała i wszyscy czekali na headlinera. Iron Maiden grało tylko jeden koncert w Belgii, właśnie na Graspop. Pod sceną niemal sami fani Maiden, trudno było znaleźć w tłumie koszulkę bez wizerunku Eddiego. W końcu z głośników rozlegają się pierwsze takty intra. „Doctor Doctor Please….” niesie się po całym Dessel. Nieśmiertelny klasyk UFO dobiega końca, scenę spowija gęsty dym, płoną pochodnie, a z dymu wyłania się Bruce Dickinson zawodząc „Here is the Soul of a Man”. Kurtyna opada, na scenę wbiegają Dave, Steve, Janick i Adrian… „If Eternity Should Fail” to wybitnie koncertowy numer. Świetne tempo, masa gitarowych smaczków i niezwykle chwytliwy refren. Uwielbiam go i nie wyobrażam sobie koncertów Maiden bez niego, a przecież nagrany został tak niedawno! Janick szalał wymachując gitarą, Steve podkręcał fanów do jeszcze bardziej entuzjastycznych reakcji – chociaż i bez tego tłum szalał – Dave jak zwykle łapał kontakt wzrokowy i świetnie się bawił. Scena jednak należała do Bruce’a, przemierzał ją, wzdłuż i wszerz, biegał, a w rzadkich chwilach bez ruchu zajmował miejsce na środku. „Speed of Light” nie jest może największym dziełem Dziewicy, ale to ciągle znakomity, pełen energii rocker, nawet Adrian ruszył się z miejsca. Numery trzy, Children of the Damned, grany przez Adriana na gitarze akustycznej. Nie sądzę, by znalazła się chociaż jedna osoba, która nie słyszała płyty „Number of the Beast”, więc sami wiecie jak doskonały jest to wałek. Czwarty kawałek poświęcony komikowi Robinowi Williamsowi – Tears of the Clown. Dużo mniej przebojowa, znacznie bardziej przejmująca kompozycja. Mam wątpliwości, czy to numer o potencjale koncertowym i czy lepiej nie sprawdziłby się „The Great Unknown”. Po nim napisany w całości przez Steve’a „The Red and the Black”, ponad trzynastominutowy kolos. Bardzo dobry, ale mam wrażenie, że nieco rozwleczony i spokojnie mógłby zamknąć się w ośmiu-dziewięciu minutach. Basowe outro grane przez Harrisa daje czas Bruce’owi na przebranie się i gdy rozbrzmiewa riff „The Trooper” Bruce jest już na szycie scenografii z brytyjską flagą w dłoni i chyba każde z 80 tysięcy obecnych gardeł zakrzyknęło „You take my life, but I take yours too”! Zresztą co tu pisać… Maiden to koncertowe bestie, wszystko mają dopracowane w najmniejszych detalach. Po kultowym Trooperze Maideni odkurzyli klasyka „Powerslave”. Dla mnie to powrót do przeszłości, mój pierwszy koncert w życiu to właśnie Iron Maiden podczas genialnej trasy „Somwhere Back in Time”. Numer ósmy w setliście to „Death or Glory”. Bruce wpada na scenę z małpką przewieszoną na szyi i chociaż numer opisuje „Czerwonego Barona”, to numer kojarzy się wszystkim dzięki „małpim tańcom” przed refrenem. Chwytliwy, porywający numer pełen energii. Po nim Dickinson opowiada o antycznych artefaktach, pochodzących z czasów świetności dawnej cywilizacji Majów. Ten niezwykle stary, skradziony przez British Museum relikt to… Nicko McBrain! Następujący po nim „Boof of Souls”, tytułowy numer z ostatniej płyty to według mnie najsłabszy fragment setlisty. Kawałek jest długi, ale dlatego, że jest po prostu rozwleczony. Zwłaszcza pierwsza część mi się nie podoba. Druga połowa kawałka jest znacznie lepsza, zwłaszcza cześć nstrumentalna, gdy na scenie pojawia się Eddie walczący z Janickiem i Dickinsonem. Bruce wyrywa maskotce zespołu serce, biegnie przez całą scenę i rzuca je w tłum.

Dziesiątka w secie to ścisły top Maiden, epicki „Hallowed By The Name”. Szacunek, że zdecydowali się go włączyć, to nie jest łatwy numer dla Bruce’a, ale mimo upływających lat poradził sobie całkiem nieźle. Mam wrażenie, że grany na 3 gitary brzmi jeszcze lepiej niż w oryginale. Jedenaście najmocniej poruszył publiką, to w końcu nieśmiertelny „Fear of the Dark”. W trakcie usłyszeć można było przez chwile soundcheck z drugiej sceny, co Bruce skwitował krótkim „what the fuck?”. Taka drobnostka nie mogła przeszkodzić zespołowi i pierwszą część koncertu zamknął klasyczny „Iron Maiden” z debiutu. Bez bisów się nie obejdzie. Muzyków ciągle nie ma na scenie, a z głośników rozlega się „Woe to you, oh earth and sea…” . Koncert zakończyły „Blood Brothers” i „Wasted Years”.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *