Swój powrót Godsmack reklamuje pod hasłem odrodzenia z popiołów, nawiązując do mitologicznego feniksa. Porównanie jest trochę naciągane i tylko częściowo trafne, bo w przypadku zespołu z Massachusetts przede wszystkim nic nie spłonęło, nie było też żadnych zmian personalnych ani tym bardziej zagrożenia rozpadem.

Jeśli mamy mówić o odrodzeniu w tym wypadku, to chodzić może przede wszystkim o określenie się pod względem kierunku artystycznego. Chłopaki z Godsmack nigdy nie narzekali na brak popularności, w swojej karierze wprowadzając ponad 20 singli do top 10 amerykańskich list przebojów i ciesząc się sporą frekwencją na koncertach nie tylko w USA, jednak od czasów post-„Faceless” czuć było, że nie do końca wiedzą, które miejsce sceny (heavy)rockowej tak naprawdę chcą zajmować.

Wydaje się, że przez 4 lata od wydania „1000hp” zdążyli to przemyśleć. Tu należy stwierdzić najważniejsze – „When Legends Rise” to najrówniejszy, najbardziej zdecydowany artystycznie album Godsmack od 2003 roku. Sully et consortes postawili przede wszystkim na jeszcze prostsze niż dotychczas struktury, których kluczowym elementem są mocne, niezwykle chwytliwe refreny. Erna zawsze miał do tego dryg, jednak teraz zupełnie przeszedł siebie – zarówno pod względem świetnych melodii, jak i w ogóle energii pakowanej w wokale. Przy „Bulletproof, „Unforgettable” czy „Say My Name” publika na koncertach raczej będzie chętnie mu wtórować.

Wspomniane uproszczenie muzyki nie oznacza jednak, że chłopaki grają teraz lżej. Owszem, raczej nigdy nie wrócą czasy ponurych, jawnie inspirowanych dawnym Alice in Chains płyt „Godsmack”, „Awake”, czy nawet „Faceless”, jednakże nowy krążek wciąż ma w sobie dużo ciężaru. Co prawda jest tu mniej riffów jako takich, solówek zresztą jeszcze bardziej, a singlu „Bulletproof” nawet słychać syntezatory, ale całość jest o wiele bardziej skondensowana niż na ostatnich studyjnych dokonaniach. Jest krócej, żywiej, bez rozmieniania się na drobne, a brzmienie instrumentów i wokali od lat nie było tak soczyste i mocne. Dodam tylko, że najdłuższy kawałek na płycie trwa 4 minuty i 45 sekund, choć tylko 2 z pozostałych numerów przekraczają 3:30.

Należy też wspomnieć, że na nowym albumie znalazła się pierwsza w karierze Godsmack pełnoprawna rockowa ballada, niemal żywcem wyjęta ze złotych lat Guns N’ Roses. Piękne „Under Your Scars” nie kryje inspiracji klasykami takimi jak „November Rain” i „Dream On”, a grę zespołu uzupełnia dobrze zaakcentowana sekcja smyczkowa, w środkowej części stanowiąca tło dla solówki à la Slash. Można sobie wyobrazić las zapalniczek na koncertach, bo numer ten na pewno wejdzie do setlisty.

Reasumując, nie sądzę, by „When Legends Rise” miało przejść do historii rocka jako coś przełomowego i raczej nie taki był jego zamysł. Godsmack zerwał z ponurymi klimatami na dobre i postawił na to, co od lat wychodziło mu najlepiej. Wyszła z tego bardzo równa i solidna płyta, która powinna zadowolić zdecydowaną większość fanów zespołu, a przy okazji pozwolić zdobyć i nowych.

7/10

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *