Legendarny perkusista, Gene Hoglan, znany m.in. z Death, udzielił wywiadu magazynowi Antihero (pełny klip poniżej), w którym zapytano go m.in. o Chucka Schuldinera – współpracę z nim i jego wpływ na death-metalową scenę. Poniżej tłumaczenie jego wypowiedzi:

Chuckowi nigdy nie podobała się łatka „ojca chrzestnego death metalu”, którą mu przyklejono; zawsze starał się wskazywać na jego poprzedników. Chuck nie czuł, by zasługiwał na to miano i ja zresztą też, bo death metal… Słuchaj, powiem ci coś: death metal w 1985 r. był martwy. Pojawił się w 1984 i w 1985 zaczął już siebie parodiować na śmierć – bez zamierzonej gry słów. Więc Chuck był zasadniczo częścią wskrzeszenia death metalu – przynajmniej w światku. Dla wielu ludzi „Scream Bloody Gore” jest niejako ich pierwszym death metalowym albumem. Być może nie znali „Seven Churches” od Possessed.

Dla mnie to Slayer stworzył death metal. Myślę, że wszyscy naśladowali wokal Toma, a Tom próbował naśladować Cronosa. Więc sięgamy aż do Venom. Sięgamy aż to Lemmy’ego. Ale dla wielu ludzi, to Chuck i Death stworzyli death metal, bezwzględny, brutalny death metal, ze strasznymi tekstami, paskudnymi konceptami itd. A potem, kilka lat później, choć nie oni byli pierwsi, pomogło to niejako położyć kamień węgielny pod techniczny death metal. I to trzeba im oddać. Powstały dwie sceny. A potem przytrafił się melodyjny death metal, choć nie było celowego działania, by wytworzyć nową scenę.

Mieć popularny zespół i robić swoje to jedno. Ale Death, kurwa, oni stworzyli 3 muzyczne style, które są wciąż żywe nawet dzisiaj – bardziej niż kiedykolwiek, naprawdę. Absolutnie ich za to doceniam.

(…)

Praca z Chuckiem pod względem muzycznym to była całkowita bułka z masłem, bo zawsze byliśmy po jednej stronie. Chuck był bardzo złożonym gościem – miał swoje dobre dni i miał swoje gorsze dni. Denerwował się rzeczami, na które zwykli ludzie nie zwróciliby nawet uwagi. Ale tak działała jego złożóna osobowość. Ale był zajebistym gościem. Był bardzo delikatną duszą. Ale wiem, że męczył go fakt… Miał ogromny problem z przemysłem muzycznym. Naprawdę sądził, że branża nagraniowa chce go zniszczyć.

Kiedy dostatecznie często jesteś oszukiwany w umowach i kontraktach, i [nawet] ludzie, którymi się otoczyłeś czasami wbijają ci nóż w plecy, łatwo wyobrazić sobie, jak coś takiego może u kogoś wywołać duże rozgoryczenie. Ja zawsze starałem się nie być zgorzkniały. Wiesz, „Hej, to mi nie wyszło, ale nie pozwolę, żeby to mnie sterało, czy jątrzyło. Spróbuję iść dalej, być jeszcze bardziej pozytywnym, czy coś.” Ale rozumiem, dlaczego Chuck miał problem z branżą muzyczną. To z tego powodu rozwiązał Death pod koniec trasy „Symbolic”. Pewne rzeczy zaszły między nim a Roadrunner, przed którymi ich przestrzegał wchodząc z nimi w układ, w stylu, „Tak długo jak nie robicie tego, tego i tego, będziemy mieli dobre stosunki.” A potem to zrobili, a Chuck zareagował w stylu, „Nie pozwolę na to, wolę rzucić koktajlem Mołotowa we własną karierę, wolę zbombardować własny zespół i nas rozwalić niż zaspokoić wasze zachcianki, wytwórnio muzyczna.” Za to darzę go szacunkiem. Trzeba było sporych jaj, żeby powiedzieć, „Prędzej upadnę na własny miecz niż oddam go tobie.” A więc Death się rozpadło do czasu wydania „The Sound Of Perseverance” 3 lata później. Nie było Death.

Jeffrey Becerra, frontman Possessed, w tym samym magazynie rok temu wspominał, że Schuldiner wielokrotnie wskazywał na jego zespół jako „główny wpływ” w „niezliczonych” wywiadach. Na potrzeby „Scream Bloody Gore” wykorzystał nawet tego samego producenta, Randy’ego Burnsa. Nagrał też cover „The Exorcist”. Dodał jednak, że mimo tego Death „poszli w swoją stronę i stworzyli własny styl.”

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *