Niedługo po ukończeniu swojego ambitnego arcydzieła inspirowanego kulturą Majów Iron Maiden otrzymali wiadomość, która groziła przerwaniem ich działalności. Teraz po raz pierwszy Steve, Bruce, Janick, Adrian, Dave i Nicko opowiadają nam, jak poradzili sobie z problemem życia i śmierci.

Siedzicie wygodnie? Nadszedł czas na kolejną nieprawdopodobną opowieść z najwspanialszej i najbardziej szanowanej sagi w historii heavy metalu. Po 35-letnim grasowaniu na tej planecie jak jakiś władczy wielokończynowy kolos napędzany kreatywną werwą, niezmordowanym zaangażowaniem w ciężką pracę i bezkompromisową wyobraźnią, zespół Iron Maiden przybywa w 2015 roku unoszony na powierzchni swoją godną pozazdroszczenia reputacją i uwielbieniem milionów ludzi, choć jednocześnie obciążony przerażającym poziomem oczekiwań.

Niezaprzeczalnie, odkrywanie każdego nowego albumu Iron Maiden jest niezwykle ważnym wydarzeniem. Tym razem jednak opisywana płyta – „The Book of Souls”, 16. studyjne dzieło Maiden – prawie została przyćmiona wydarzeniami, które miały miejsce po tym, jak muzyka została utrwalona w muzycznym granicie. W lutym tego roku rozniosła się wiadomość, że wokalista Bruce Dickinson leczył guza nowotworowego z tyłu języka i nagle, po raz pierwszy kiedykolwiek, niezniszczalna stalowa fasada Iron Maiden zaczęła wykazywać pewne słabe punkty. W standardach metalowych Iron Maiden są nieśmiertelni. Żyjące legendy. Bohaterowie. Jednak pod koniec 2014 roku musieli nagle zmierzyć się z wizją straty swojego wokalisty i, w rezultacie, uderzeniem w ścianę z przerażającym hukiem zwiastującym finał kariery. Ale z drugiej strony – to oczywiście Iron Maiden. Ci goście są zrobieni z twardszego materiału i ani myślą kończyć swoją kadencję na stanowisku najbardziej uwielbianego zespołu metalowego. Teraz rozmawiamy ze wszystkimi sześcioma członkami kapeli o zamieszaniu z zeszłego roku i stworzeniu czegoś, co może być najwspanialszym albumem, jaki Iron Maiden kiedykolwiek wyprodukowali…

„Miałem guzek z boku szyi, taki jak ci się pojawia, gdy masz naprawdę mocne przeziębienie lub grypę i twoje węzły chłonne wystają”, mówi na szczęście zdrowo wyglądający Bruce Dickinson kilka miesięcy po potwierdzeniu wyleczenia raka. „Myślałem tak jak każdy, że to po prostu jakieś cholerne zarazki. Ale nie rozwinęło się to w przeziębienie czy grypę, a śpiewało mi się dobrze. We Francji do studia przyszedł miejscowy lekarz pierwszego kontaktu i zerknął na to, zajrzał mi do gardła i powiedział «Cóż, musisz wykonać rezonans magnetyczny tego guza, potrzebujesz też tomografii klatki piersiowej i płuc, a potem musimy wkłuć igłę w to, co jest tam w środku…». A ja na to «O, cholera!». Bruce zostaje wbity w fotel, bierze głęboki wdech przywołując to przykre wspomnienie, lecz z jego twarzy nie znika uśmiech, bo, jak wszyscy teraz już wiemy, ta historia kończy się szczęśliwie.

„Jak na ironię, poszedłem i zakopałem się w Google, Wikipedii i wszystkim innym”, kontynuuje. „A sześć tygodni przed pójściem do lekarza, postawiłem celną diagnozę, nawet jeśli chodzi o rodzaj guza. Kiedy już otrzymałem diagnozę, powiedziałem tylko «Nie robię teraz nic przez resztę mojego życia, dopóki się tego nie pozbędę. Teraz to moje pełnoetatowe zajęcie!»”.

U Bruce’a stwierdzono raka płaskonabłonkowego, stosunkowo częsty rodzaj raka i na szczęście taki, który jego onkolog uważał za wysoce uleczalny, choćby dlatego, że jego pacjent cieszył się dobrym zdrowiem i był zdecydowanie bardziej żwawy niż większość mężczyzn po pięćdziesiątce. Naturalnie reputacja Bruce’a jako wszechstronnego metalowca i niepowstrzymanej siły natury sprawiła, że nikt na świecie nie spodziewał się, że zostanie przygwożdżony taką chorobą. „Nikt z nas nie wiedział”, wzrusza ramionami Steve Harris, wciąż sfrustrowany nieszczęściem przyjaciela. „On nie wiedział. W studiu śpiewał fantastycznie. Brzmi lepiej niż kiedykolwiek, nie było żadnych oznak problemu z gardłem, ale ku naszemu zaskoczeniu poddał się badaniu i okazało się, że ma guza. To było przerażające. Biorąc pod uwagę jego najmłodszy wiek i prawdopodobnie najlepszą formę z całego zespołu, był to dla niego i dla wszystkich innych ogromny szok. Ale jest bardzo pozytywną osobą, jak wszyscy wiemy. Tryska energią i jest w dobrej formie, więc przetrwał to”.

Mimo że brzmi to niedorzecznie, przynajmniej z zewnątrz, wyczekiwana rekonwalescencja Bruce’a była prawie pewna, a jego legendarnie żywiołowe nastawienie napędzało go przez tygodnie wyczerpującego, osobistego i skomplikowanego leczenia aż do szczęśliwej wiadomości, że jego guz zniknął, a jego prognozy na przyszłość są świetne. Zadanie wykonane. Wygląda na to, że Bruce stawił czoła tej burzy dzięki zagłębieniu się w naukowe podstawy swojego leczenia – częstuje nas niesamowitą liczbą szczegółów wszystkich swoich przeżyć z oczami błyszczącymi nerdowskim entuzjazmem – niemniej pokonanie raka to wyczerpująca sprawa i radośnie przyznaje się do wielu trudnych momentów. „Ostatnie dwa czy trzy tygodnie były szczególnie ciężkie”, twierdzi. „Byłem na morfinie i diecie opartej na płynach, a wtedy tracisz zupełnie swój zmysł smaku. Wszystko smakuje jak tektura, plastelina lub piasek. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, jak niezbędny dla apetytu jest smak, dopóki go nie straciłem. To, co pomogło mi przetrwać, to budyń! Wnętrze jamy ustnej rozpada się na pewien czas… zwie się to zapaleniem błony śluzowej i nie jest zbyt przyjemne. Nie mogłem więc mówić, ponieważ używanie języka sprawiało mi ból, ale każdego dnia byłem w stanie brać wielkie łyki budyniu. Leczenie to kończy się metabolizmem kolibra, bo jesteś gotowany od środka, ale twoje ciało próbuje też się szybko same uleczyć i zaczyna wariować. Myślę, że to jeden z powodów, dla którego traci się wagę. To po prostu dlatego, że twój system wypala się, a później w końcu wraca do normy. To fascynujące. Tak naprawdę sam jestem swoim projektem naukowym!”.

Przejdźmy kilka miesięcy wstecz do jesieni 2014 roku. Maiden zaszyli się w Paryżu w Guillaume Tell Studio razem z odwiecznym producentem Kevinem Shirleyem, aby rozpocząć prace nad następcą powszechnie wychwalanego „The Final Frontier” z 2010 roku. Wróciwszy na stare śmieci byli w dobrym nastroju po ukończeniu kolejnej rundy przełomowej trasy, która miała swój kulminacyjny moment podczas niezwykle żywiołowego występu na Sonisphere na otaczanej czcią murawie Knebworth. W odróżnieniu od swoich kolegów zapełniających areny, wszyscy członkowie Maiden rwali się do pracy, uzbrojeni w świeże pomysły i zachwyceni kolejną możliwością wspólnego tworzenia muzyki.

youtu.be/ePod91qOxhc

„Pobyt w studiu w Paryżu miał duży wpływ na album”, stwierdza gitarzysta Adrian Smith. „Od razu poczuliśmy się jak u siebie w domu. Studio się nie zmieniło – nadal była tam ta sama wykładzina! Przerażające było to, że minęło 15 lat odkąd tam byliśmy i zaczerpnęliśmy tam ciężki oddech, myśląc «O, cholerka…», ale kiedy już się wkręciliśmy, było to wspaniałe otoczenie. Uwielbiałem ten kilkumiesięczny pobyt w Paryżu. Był koniec lata, a wokół było przepięknie i inspirująco. Każdy z nas to poczuł i to naprawdę zaskoczyło”.

„To dobre studio nagraniowe”, zauważa jeden ze współwioślarzy Adriana, Dave Murray. „To stare francuskie kino przerobione na studio, więc atmosfera jest tam niezrównana. To piękne Art Deco z wielkimi naściennymi głośnikami, aurą starości i klimatycznym dębowym wykończeniem. I było to znajome terytorium, co bardzo pomaga”.

„Prawdą jest, że zespół nie był za bardzo gotowy, kiedy przybył do studia”, wyznaje Kevin Shirley, „ale Iron Maiden to niepowstrzymana siła i nie jest łatwo zmienić ich plany, kiedy wszystko już poszło w ruch! W życiach ludzi dzieją się rzeczy, które to komplikują, ale nie możesz zatrzymać takiej potęgi. Jednak w studiu był wspaniały klimat. Każdy przynosił pomysły, nagrywaliśmy utwory, gdy byli na świeżo i każdy grał zadziwiająco dobrze. To są wymagające kawałki, ale poradzili sobie z nimi doskonale. To album Maiden, z którego jestem najbardziej dumny”.

Zaiste, kiedy sześciu gości zgromadzi swoje talenty, dzieje się coś wyjątkowego. Cztery poprzednie albumy nagrane przez ten prawdopodobnie najbardziej charakterystyczny skład były bardzo dobrze przyjęte, co nadało kapeli pęd do ciągłego podbijania planety. Maiden konsekwentnie przeciwstawia się typowym prawom weteranów scenicznych zbliżających się do końca swojej kariery muzycznej. Jeśli chodzi o samych zainteresowanych, 16. album został nagrany z taką samą pasją i intensywnością, jaka cechuje jego 15 poprzedników. „Prawdziwą magią było to, że byliśmy racy szczęśliwi będąc znów razem w studiu, jak dzieci w sklepie z zabawkami”, mówi perkusista Nico McBrain. „Kwintesencją tej kapeli jest wspólne tworzenie muzyki. To wspaniałe jest mieć za pasem 30 lat współpracy i te wszystkie fantastyczne koncerty na całym świecie, ale wciąż zależy nam głównie na kreatywności i tworzeniu kolejnych arcydzieł. I właśnie to uczyniliśmy”.

Istnieje dość zakrzywiona symetria do tego, jak udał się rozwój prenatalny i narodziny „The Book Of Souls”. Mimo iż nie da się mówić o tym bez ponurego cienia w postaci lęku Bruce’a przed rakiem w tle, nowy album Maiden sam wygenerowałby aż nadto tematów do rozmowy. Po pierwsze, jest to pierwszy prawdziwy podwójny album – trwający piorunujące 92 minuty. Po drugie, jest to oczywiste, że to najbardziej odważne i imponujące wydawnictwo, jakie Maiden kiedykolwiek stworzyło. Po trzecie, i co najważniejsze, „The Book Of Souls” zaczyna się i kończy utworami napisanymi w całości przez Bruce’a – ‘If Eternity Should Fail’, właściwie najcięższy otwieracz w historii Maiden, oraz ‘Empire Of The Clouds’, zamaszysty, skomplikowany i śmiały hołd dla tragicznej ostatniej podróży sterowca R101 w 1930 roku… który to trwa zdumiewające 18 minut i 1 sekundę i jest najdłuższym utworem, jaki kiedykolwiek Maiden utrwaliło na taśmie. Jeśli cokolwiek podsumowuje potężne pokłady energii Bruce’a i zachwyt w jego oczach na samą myśl o rozpoczynaniu najbardziej szalonych projektów, to jest to właśnie ten utwór.

„Wszystko zaczęło się od tego, jak wygrałem na loterii pianino!”, mówi Bruce. „Ha ha! Naprawdę! Wygrałem na loterii elektryczne pianino. Przytargałem je do domu i zacząłem trochę na nim grać. To było mniej więcej w czasie, gdy zachorował John Lord. Rozmawialiśmy wtedy o możliwej współpracy, więc zacząłem coś majstrować. Niestety John nas opuścił, ale ja dalej majstrowałem przy tym pianinie. Taka była geneza tego wszystkiego. Pierwotnie próbowałem napisać kawałek o pierwszej wojnie światowej i o trójpłatowcu, ale później poszedłem do Adriana i napisaliśmy ‘Death Or Glory’. To utwór o trójpłatowcach z pierwszej wojny światowej, więc udało nam się z tym. Nagle pomyślałem: «A może R101?»… i pomysł ten coraz bardziej dojrzewał”.

Osiemnaście minut niezwykle poruszającego i teatralnego heavy metalu, który opowiada tragiczną historię R101, ‘Empire…’, to nadprzyrodzone i przejmująco nieustraszone dzieło, nawet jak na wyśrubowane standardy Maiden. Prawie tak, jakby Bruce’owi było przeznaczone znaleźć się tym razem w centrum zainteresowania.

„Patrzyłem, jak ‘Empire…’ rozwija się od samego początku”, wspomina Kevin. „Nakreśliliśmy wszystkie pomysły Bruce’a i urósł z tego taki potwór! Wielką niespodzianką było to, jaką ostatecznie niosło to w sobie teatralność. Ale to tak mocny utwór. Nic nie znalazło się tam przypadkiem. Wydaje mi się, że Steve miał na początku co do tego obawy, na zasadzie, «Jak my to zrobimy?», ale wszystko pięknie do siebie pasowało”.

„Miał te wszystkie rozmaite urywki napisane na pianinie, jak jakiś szalony profesor”, wspomina Steve, najwyraźniej rozbawiony tym wspomnieniem. „Powiedziałem «Pewnego dnia to będzie jak Monty Python, wejdę, a ty będziesz siedział przy pianinie bez ubrań, patrząc na mnie przez ramię jak szaleniec»… Ha ha! Cieszę się, że tak się nie stało! Ale kiedy to nagrywaliśmy, mieliśmy kilka momentów, kiedy patrzyliśmy się na siebie myśląc: «I co u diabła teraz będzie?». Ale to tylko nadało temu charakter. Tak naprawdę powiedziałem mu «Ja pierdolę, przewyższyłeś mnie, ty mały gnojku! To jest absolutne arcydzieło…», i tak jest w rzeczywistości. ‘Empire…’ to praktycznie opera rockowa… Przypomina mi West-Endowy musical. Tylko lepszy. Ha ha ha!”.

youtu.be/rHOmXTBTBFs

„W czasie, kiedy trudniej niż kiedykolwiek jest przykuć uwagę ludzi na dłużej, podoba mi się, że jesteśmy zespołem, który może wydać 18-minutowy utwór”, stwierdza gitarzysta Janick Gers. „Nigdy nie wiesz, jak to się potoczy z Maiden. Wiesz, że będzie to brzmiało jak Maiden, bo to po prostu my, ale możliwości są nieskończone. Możesz spytać: «Jak długie mogą być utwory klasyczne?» Cóż, ‘Empire…’ jest właśnie tak długi. Nie boimy się robić takich rzeczy”.

Jeśli cokolwiek jest w stanie oddać pokornego lecz nieugiętego ducha Iron Maiden, to to, jak formacja niezwłocznie przełożyła na później premierę „The Book Of Souls” i jakiekolwiek plany związane z trasą, gdy na światło dzienne wyszła diagnoza Bruce’a. W przeciwieństwie do wielu innych weteranów, Maiden wciąż stanowią bardzo zjednoczoną siłę, zarówno na scenie jak i za kulisami – przyjaciele do samego końca i wszyscy na 100% zaangażowani w sprawę. Podczas samej rozmowy z którymkolwiek z nich oczywiste staje się, jak wielkim uwielbieniem, szacunkiem i wzajemnym podziwem obecnie się darzą. Dzięki temu wszystko idzie gładko w świecie zespołu. Jednak mimo że każdy z sześciu członków był zachwycony doświadczeniem związanym z nagrywaniem, „The Book Of Souls” nie powstał bez niewielkich turbulencji, które nadały utworom mroczny klimat.

„Zazwyczaj wybieramy okres, w którym chcemy tworzyć album, dajemy sobie ‘x’ tygodni na napisanie go i to wszystko”, wyjaśnia Steve. „Zawsze do tej pory to dobrze działo, ale naturalnie nie da sie zaplanować nic, gdy dzieją się nieprzewidziane rzeczy. Nie będę was raczył łzawymi opowieściami, ale straciłem dwie ważne mi osoby, starego przyjaciela ze szkoły i członka rodziny, dokładnie w czasie, gdy mieliśmy pisać. A kiedy starasz się być kreatywny, jest to bardzo trudne. Jednak możesz zmienić to w pozytyw. Szczerze mówiąc, był to jeden z najtrudniejszych okresów w moim życiu, ale chłopaki naprawdę byli dla mnie dobrzy i pozytywni, i pomogli mi to przetrwać. Zawsze to robiliśmy. Każdy przeżywał na przestrzeni lat jakieś traumy, ale zawsze sobie pomagaliśmy, a to umacnia zespół. Każdy przechodzi przez trudny czas i jeśli na koniec tego wszystkiego dostajesz coś tak pozytywnego jak ten album, to jest naprawdę w porządku”.

Trudny czas, który opisuje Steve mógł uniemożliwić de facto liderowi Maiden tak duży wkład jeśli chodzi o kompozycje, z czego był znany w całej historii działalności zespołu. Niemniej jasnym punktem na tym ciemnym tle jest to, że „The Book Of Souls” jest dużo bardziej wspólnym dziełem niż większość, w którym każdy poza Nicko ma udział w przynajmniej jednym utworze. Jednak poza drobniejszymi szczegółami, najbardziej uderzające w tym albumie są jego spójność, solidność, przyciągająca siła i, co najważniejsze, wzbudzana przez niego ekscytacja. Są tam wielkie melodie, refreny od razu zapadające w pamięć i momenty potrójnej gitarowej maestrii, a 92 minuty albumu mijają tak szybko jak połowa tego czasu. Wszystko od 13-minutowego ‘The Red And The Black’ autorstwa Steve’a przez podwójną dawkę zwięzłej górnolotności w wykonaniu Adriana i Bruce’a – pierwszy singiel ‘Speed Of Light’ i wcześniej wspomniany hymn na cześć trójpłatowca z pierwszej wojny światowej ‘Death Or Glory’ – tryska tą witalnością i spontanicznością, które są rzadko pielęgnowane przez zespoły z tego nurtu.

youtu.be/-F7A24f6gNc

„Tak, jest fantastyczny. Jako podwójny album, jest dokładnie taki, jakie powinny być podwójne albumy!”, mówi Bruce szczerząc zęby. „Jest to podwójny album, ponieważ musi nim być. Rod na początku mówił: «Och, podwójny album to naprawdę wrzód na dupie… nie możesz zrobić z tego jak [Guns N’ Roses] „Use Your Illusion I” i „Use Your Illusion II”?», a my na to: «Nie, to podwójny album!». Jako pomysł jest nieopisanie fajny. Nikt ich nie robi, więc jest to coś, co powinniśmy zrobić my. Na litość Boską, zmierzaliśmy w tym kierunku od lat! Ha ha ha!”.

I znowu, w „The Book Of Souls” znajduje się dziwna symetria. Emocjonalna podróż Steve’a podczas nagrywania może i nie była bezpośrednią inspiracją dla żadnego kawałka z albumu, jednak począwszy od tytułu i grozy nie z tego świata spozierającej z kapitalnej okładki, przez egzystencjalne eksploracje na ‘If Eternity Should Fail’ oraz ‘The Great Unknown’, jest to album, który szaleje pomiędzy siłą a ożywieniem jego autorów, jednocześnie wgłębiając się w pytania ludzkości, które na zawsze pozostaną bez odpowiedzi.

„Kiedy się starzejesz, zaczynasz częściej myśleć o swojej własnej śmiertelności i tym podobnych rzeczach”, zauważa Steve. „Zawsze mnie intrygowały takie rzeczy. Gdy się starzejesz, to coraz bardziej do ciebie dociera. Ludzie umierają i wiesz, że przeżyłeś więcej życia, niż ci pozostało. To po prostu fakt. Musisz to ogarnąć w swojej głowie i przez to zaczynasz czuć się inaczej, jeśli chodzi o rzeczy ważne i nieważne… co jest prawdopodobnie powodem tego, że w Maiden już nie kłócimy się o głupie rzeczy! Ha ha!”.

Teraz idąc pewnym krokiem po drodze do rekonwalescencji, Bruce Dickinson jest żywym dowodem, że nigdy nie należy lekceważyć wytrzymałości ludzkiego ciała… czy też, dokładniej, niecodziennej umiejętności Iron Maiden do dążenia naprzód, niezależnie jakie pociski, strzały i nieoczekiwane eksplozje pojawią się im na drodze. Trzymając się zespołowej pokory i stoickiego podejścia w tworzeniu muzyki, Bruce po prostu nie chce rozwodzić się nad swoim nieszczęściem czy pozwolić jakiejkolwiek jego części stanąć na swojej drodze.

„To doświadczenie w pewnym sensie zmieniło moje życie, tak… ale też nie!”, śmieje się frontman. „Myślisz sobie: «To był prawdziwy wrzód na dupie!», czy też wrzód na szyi, jak dosłownie w moim przypadku, i cudownie jest mieć to za sobą, więc po prostu trzeba rozpocząć resztę swojego życia. Moja determinacja, by sobie radzić ze wszystkim, jest większa niż kiedykolwiek”.

Na tym etapie radzenie sobie ze wszystkim prawdopodobnie oznacza zabranie „The Book Of Souls” w trasę w 2016 roku – cel, który musiał dodać Bruce’owi nieco motywacji do wyzdrowienia. Szczegóły kolejnego koncertu Maiden wciąż są dopracowywane, jednak oczywiste jest, że jaskrawa obrazowość „The Book Of Souls” poprowadzi do prawdziwie spektakularnej produkcji scenicznej, przez utrzymanie tych samych oszałamiająco wysokich standardów, które w lipcu tego roku zapewniły zespołowi nagrodę Silver Clef Award od fundacji Nordoff Robbins zajmującej się muzykoterapią za ich „wybitny wkład w muzykę brytyjską”. Wybitny? Musimy, kurwa, się z tym zgodzić. Jednak jeśli będziemy trzymać kciuki i modlić się dużo do bogów metalu, za rok lub trzy lata wciąż może pojawić się kolejna niesamowita historia zwycięstwa. Naprawdę postawilibyście w zakładach przeciwko nim?

“Bycie z tymi ludźmi i tworzenie z nimi tej wspaniałej muzyki po tych wszystkich latach, jest niesamowitym uczuciem”, kwituje Nicko. „Wciąż jako zespół mamy ten wspaniały przekaz, który fani Maidenów znają i uwielbiają, i nadal nowe dzieciaki przychodzą też na nasze koncerty, a kiedy odkrywają, że robimy to już od 35 lat i mamy na koncie 16 albumów studyjnych… cóż, co za wspaniały dziedzictwo, rozumiesz?”.

Robimy to, co chcemy robić, a niewielu ludzi może coś takiego powiedzieć o sobie”, dodaje Steve. „Dostawać pieniądze za, w gruncie rzeczy, swoje hobby przez tak długi czas jak my… to najlepsza praca na świecie. Stworzyliśmy trochę wielkiej muzyki i ta pozostanie wiecznie żywa, prawda? Jednak to, co się teraz liczy, to wyjście stąd i granie ponownie dla fanów”.

„Nic mnie nie powstrzyma przed wejściem na tę scenę”, konstatuje Bruce, buntowniczo marszcząc czoło. „Musiałbyś mnie zastrzelić! Nawet wtedy pozostali przytargaliby zwłoki na scenę! Ludzie pytają: «Czy kolejne wyjazdy w trasę nie stają się dla ciebie nudne?». Nie! Nigdy więcej nie powiem, że nudzą mi się wyjazdy w trasę z Iron Maiden. Jedziemy z tym koksem, rozumiesz?”.

Źródło: Metal Hammer

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *