Nie wiem za bardzo, co się ze mną dzieje. Trzydzieści pięć lat na karku, z czego przynajmniej ponad 20 przewalone na słuchaniu totalnej ekstremy. Od klasyków Cannibal Corpse, Deicide, Morbid Angel począwszy, na piewcach pancernej śmierci ze  Sturmgewehr 666 kończąc. I proszę bardzo. Spada gwiazdka z bombardującego metalem nieba, i przez opary gazów bojowych przedziera się kolejna „autoniespodzianka” na przestrzeni ostatniego miesiąca. Znów płyta (tfu!) z wyściełanej alcantarą szuflady pt. „progresywność”, w której muzyka zazwyczaj leży zaraz obok golarki do swetrów, wymiętolonego zdjęcia ukochanej z czasów liceum i fiolki ze łzami, które wylała odchodząc z kolegą Mariuszem, przed którym była przyszłość. Jak widać jestem takim znawcą, że ja pierdolę, do czego wszem i wobec się przyznaję.  Gdyby w „1 z 10” padło pytanie o taki rodzaj grania, wybąkałbym pewnie nazwę Dream Theater i w zasadzie tyle. Gdyby z kolei w finale „Jaka to melodia” zrobili quiz tematyczny i dali do wyboru dyskografię Bayer Full oraz tych wspomnianych wcześniej, chyba więcej mógłbym powiedzieć na temat autorów „Majteczek w kropeczki” niż kapeli Johna Petrucciego. O, a jednak zapamiętałem jego nazwisko.

Tak, czy inaczej, ten durny, przydługi wstęp, obnażający moją niewiedzę i ignorancję, traktujcie jako wielką rekomendację najnowszej płyty Fates Warning  – „Theories Of Filght”. Nie chodzi oto, że jest przaśna niczym pantalony frau, gdzieś na bawarskiej wiosce, lub z drugiej strony, „chuj wie – nie wiadomo jaka” z punktu widzenia gatunku. Tego nie powiem, bo na tym zwyczajnie się nie znam, a dyskografię Fates Warning mam zaliczoną wyrywkowo, tak samo jak kurs szycia płotkiem, hodowli plechy i autohipnozy. Rzadko jednak się zdarza, że będąc „nie-abla”, zasłyszysz coś z boku, być może gdzieś w knajpie, być może w autobusie u jakiegoś współpasażera, gotującego sobie mózg i receptory zbyt pogłośnionym ejfonem, i nagle sam zaczynasz to rejestrować. Ani nie olewasz, ani cię to nie wkurwia, a zwyczajnie zaciekawia. Taka jest właśnie ta płyta. Schwyciłem ją przypadkowo, po opadzie szczęki, w jaki wprowadził mnie zapuszczony od niechcenia utwór „From The Rooftops”. Nie wiedziałem co to, tym bardziej z czym to się je, ale zwyczajnie pozwoliłem uwodzić się kolejnym dźwiękom. I choć słuchając „Theories Of Flight” czuję się jak obrzygany świniopas, który zarywa do Królewny Śnieżki, to abstrahując od własnego progresywnego dyletanctwa, śmiało stwierdzam: kawał muzyki przez wielkie „M”!

Press_Cover_01

Zacznijmy jednak od opakowania, które ściśle nawiązuje do tematyki tekstów tej płyty. To coś znajomego na froncie to chyba grafika modelu heliocentrycznego Mikołaja Kopernika, a raczej formy potwierdzenia przez niego teorii Arystarcha z Samos. Na tym oczywiście też znam się na tyle, na ile podstawówka pozwoliła, więc dalej nie brnę. Fates Warning, wzorem warmińskiego kanonika, również niczego nowego nie odkrywają, potwierdzają natomiast, że sferyczna harmonia, płynność, zrozumiałość i logika w tworzeniu tak rozbudowanej tematycznie muzyki, jest kluczem do zawładnięcia uchem słuchacza. Począwszy od singlowego „From the Rooftops”, ruszamy w wielką podniebną i „ponadniebną” podróż, uporządkowaną i podporządkowaną prawom kosmosu. Od lirycznego, rozmarzonego startu, przez pokonywanie oporów powietrza kanonadami riffów, po płynne szybowanie chwytliwym refrenem, aż po kres horyzontu.

Dzieje się tutaj bardzo wiele, ale mimo natłoku pomysłów i rozwiązań, nie mamy wrażenia przesytu i sztucznego klejenia niepasujących puzzli do kupy. Mimo pokładów natchnienia i patosu Fates Warning unikają ocierania się o wiejskie pitolenie, zaś dowódca tego Zeppelina, Jim Matheos, co rusz dokłada do pieca obłędnymi solówkami. Solówkami ani za długimi, ani za krótkimi, doskonale wpływającymi na dynamikę kompozycji. No właśnie dynamika ruchu wydaje się tutaj najważniejsza, stąd nie bez kozery zaraz za początkiem płyty wlatuje oczywisty hit z przebojowym refrenem – „Seven Stars”, mi osobiście przypominający obłędne lata amerykańskiego rocka filmowego z lat 80–tych. Słuchając tego znów chcę być jak Tom Cruise wyrywający Kelly McGillis w Top Gun i nosić skórzaną kurtkę z naszywkami, z giełdy, wiecie, jak chłopaki w „Żelaznym Orle”. Zajebiste, łza w oku się kręci, także za sprawą podobnie unoszącego emocjonalnie „White Flag”, dodatkowo upiększonego epickimi popisami Matheosa.

Jak głosi legenda zespołu i nalepka na pudełku pt. „Prog Masters Are Back”, czy coś w tym stylu, nie mogło zabraknąć tzw. mega-wałków, czyli kompozycji przekraczających swoim trwaniem 10 minut. I jak w tych krótszych, Fates Warning zgrabnie kurczy wielość muzycznych tematów, do rozmiarów zgrabnej pigułki, tak w niepokojącym „The Light And The Shade Of Things”, czy rozmarzonym „The Ghosts Of Home”, bardzo wdzięcznie poskramia demona wszelkich progresów jakim jest nuda i dźwiękowa chińszczyzna. Tutaj nie ma mowy ani o jednym, ani o drugim. Przed oczami przewalają się, raz mniej, raz bardziej upstrzone dźwiękami landszafty, jednak dominuje zrównoważona, melodyczna prostota, nie mylić z prostactwem. I o to chodzi. Masz wrażenie degustowania szlachetnej, wielobarwnej potrawy, która w żaden sposób nie jest w stanie cię przesycić – a co więcej, łapiesz się na nadziei, że uczta nigdy nie dobiegnie końca.

Najważniejsza jednak dla wielbiciela muzyki jest nadzieja, jaką ta płyta w nim pozostawia. Nadzieja, że mimo upływu lat, ogromnego stażu i doświadczenia, obyte niczym Teresa Orlowsky z branżą porno zespoły wciąż potrafią zachwycić. Podać zajmująco i na świeżo coś, co w zasadzie ludzie znają już od lat, lub po mistrzowsku zbalansować w swoim przekazie bogactwo środków, podając je w bardzo atrakcyjnej, przyjaznej formie, w pozytywnym rozumieniu tego słowa. „Theories Of Flight” to płyta, która zachwyca swoją przemyślaną formą, i mnie osobiście, biednego, maluczkiego, nieuświadomionego po prostu uwiodła. Kręcić nosem będą zapewne spece od tego typu grania, ale skoro potrafiła „ziluminować” takiego Józka jak ja, czyli kolesia o zakutym łbie, w spranych gaciach, lubującego się w muzycznych chuciach, względnie czysto konsumpcyjnych (bij – zabij), to chyba już coś znaczy. „Piękna rzecz” powiedział Pan, bo usłyszał, że było dobre!

Megakruk

Ocena: 9/10

Data premiery: 1 lipca 2016 r.

Wydawca: Inside Out Music

 

Twórcy:

  • Ray Alder – wokale
  • Jim Matheos – gitary
  • Frank Aresti – sola gitarowe w kompozycjach „From The Rooftops” oraz „White Flag”
  • Mike Abdow – solo gitarowe w kompzycji „White Flag”
  • Bobby Jarzombek – perkusja
  • Joey Vera – gitara basowa

 

Lista utworów:  

  • „From the Rooftops”         
  • „Seven Stars”         
  • „SOS”           
  • „The Light and Shade of Things”
  • „White Flag”        
  • „Like Stars Our Eyes Have Seen”  
  • „The Ghosts of Home”    
  • „Theories of Flight”          

 

 

 

 

2 Komentarze Fates Warning – „Theories of Flight”: Recenzja

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *