Wakacje dobiegły już końca, nam zostały jedynie wspomnienia przebytych kilometrów, wysłuchanych koncertów i piwa wypitego na festiwalach. Poza tym kilka relacji do napisania… Najodleglejszym miejscem, które udało mi się odwiedzić tego lata, była niewielka miejscowość niedaleko Hamburga, której nazwa powinna być znana każdemu szanującemu się czytelnikowi tego portalu. Miejsce, które od lat nazywane jest Metalową Ziemią Świętą, swoim klimatem (oraz składem – czasami…) przyciąga co roku tysiące fanów metalu, piwa, biwakowania, plażowania na leżakach. Czego jeszcze?

Podróż do Wacken była dla nas prawdziwym piekłem. Zbieg okoliczności sprawił, że zafundowano nam 9-godzinną podróż załadowanym samochodem bez klimatyzacji. Nie kłamali ci, którzy ostrzegali mnie, że pielgrzymki do Ziemi Świętej nie odbywają się bez ofiar. Wadą festiwalu jest z pewnością lokalizacja, będąca nie tylko niezwykle odległa od całej reszty świata, ale i błotniście-deszczowa. Za stare błędy organizatorów płacą dziś uczestnicy… których mimo to nie brakuje. Jest nas tyle, by zapewnić coroczny sold out. Wraz z polskimi dziennikarzami na miejsce festiwalu przyjechało słoneczko, które, ku zdziwieniu tłumów uzbrojonych w kalosze i płaszcze przeciwdeszczowe, utrzymało się do samego końca imprezy.


Pierwszy dzień rozpoczęłam entuzjastycznie nastawiona i gotowa na zwiedzanie miejsc muzycznych i tych rozrywkowo-zakupowych. Teren festiwalu jest duży, ale wszystko ustawiono tak, że przemierzanie odległości między scenami w suchą i słoneczną pogodę nie było trudne. Wacken to nie tylko główne sceny Faster, Harder i Louder, ale także ogromny namiot (mogący z powodzeniem udawać oddzielny festiwal), sceny Wackinger oraz Wasteland, kameralna scena w ogródku piwnym oraz namiot Welcome to the Jungle. Wszystkie te miejsca grają cały dzień, co, będąc jednocześnie pozytywem, staje się największym programowym mankamentem. Rozpiska godzinowa to coś, nad czym Wacken musi pracować, bo skala nieprzemyślenia tematu aż boli. Raz nie ma na co iść, zaraz potem gra pięć zespołów na raz. U uczestników nakładanie się występów wywołuje egzystencjalne dylematy, bo jak tu pójść jednocześnie na Running Wild i Lee Aaron? Jak pogodzić Ghost i Soen? Dirkschneidera i Gruesome? Jak żyć… jak żyć?

Pierwszy dzień mijał raczej spokojnie, bo otwarcie głównych scen miało nastąpić dopiero drugiego dnia. Zajęłam się zatem oglądaniem zmagań zespołów biorących udział w corocznym Metal Battle – kopalni młodych, undergroundowych zespołów. Poranek spędziłam oglądając w namiocie Phrenetix, Tarchon Fist i Centuries of Decay. Na kilka pozytywnych słów zasługuje pierwszy z wymienionych, reprezentujący techniczny thrash z agresywnym, damskim wokalem. Nie brakuje u nich energii, melodyjnych zagrywek, dynamicznych przejść. Po kilkugodzinnej przerwie thrashmetalową scenę Wasteland otworzył Traitor. Tego dnia zagrali tam także Rezet, Dust Bolt, Evil Invaders oraz Toxic Holocaust, tworząc pod względem programu paradoksalnie najlepszą miejscówkę koncertową dnia. Muszę szczerze przyznać, że naprawdę dobrze bawiłam sie jedynie na Evil Invaders, którzy, jako jedni z nielicznych przedstawicieli nowej fali thrash/speed metalu, potrafią grać z energią, a nie zmuloną odtwórczością. Ruch sceniczny? Check. Dynamika? Check. Thrasherskie grzywki i bullet belty? Check.

Bieganiny między scenami nie było rownież następnego dnia, ale i czasowych dziur między występami odnotowałam zdecydowanie mniej. Zaczęłam od wizyty w namiocie. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że Chińczycy z Die From Sorrow zostaną zwycięzcami Metal Battle. Jednocześnie nie jestem zaskoczona, bo dali naprawdę dobry koncert, a grany przez nich melodic death metal z nowoczesnymi elementami to obecnie bardzo promowany typ muzyki.

Program na głównych scenach rozpoczął się od coverbandu Skyline. Tradycyjnie, na oficjalnym otwarciu festiwalu zagrano kilka hitów zespołów takich jak AC/DC, Dio, Airbourne czy Van Halen. Zaraz potem, na sąsiedniej scenie zagrało Dokken. Nie trafili do mnie tak jak bym tego oczekiwała. Darzę dużą sympatią dokonania grupy, ale na scenie obecnie prezentują się blado. Don Dokken sprawia wrażenie wypalonego dziadka rock’n’rolla, jego kondycja wokalna jest już po prostu słaba, a to wystarczy, by zrujnować występ. Po tej glamrockowej katastrofie psychicznie podbudowały mnie dwa występy, które miałam okazję zobaczyć wieczorem w namiocie. Deserted Fear zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, jako osobę, która death metalu na codzień nie słucha. Klimat, technika, zniszczenie -tak było. Z kolei Gruesome, propagatorzy i kontynuatorzy dorobku Chucka Schuldinera z wczesnego okresu działalności Death, zagrali nieprzeciętny, klimatyczny i technicznie świetny koncert. Nie należy ich mylić z żadnym coverbandem. Kalifornijczycy tworzą całkowicie autorski materiał, którego nie powstydziłby się sam Mistrz.


Największym rozczarowaniem dnia okazał się Danzig. Kolejny obiecujący punkt lineupu okazał się niewypałem, bo Glenn do występu był nieprzygotowany, nie wspominając już fatalnej formy, w jakiej obecnie jest jego głos. Bez wahania odpuściłam większość występu na rzecz Watain, które doszczętnie zniszczyło wszystko w promieniu stu metrów od namiotu. Świetna, ognista scenografia, muzyczna dynamika i mrożąca krew w żyłach atmosfera utwierdziła mnie w przekonaniu, że na jesienną trasę warto kupić bilet.

Ogień gaśnie, w uszach szumi jeszcze blackmetalowa surowość, a ja zmierzam na swój ostatni tego dnia koncert – headlinerów zarówno dnia, jak i festiwalu. Judas Priest na trasie Firepower miałam okazję oglądać z pierwszego rzędu wcześniej już 3 razy. Za każdym razem byłam pod wrażeniem jakości występu oraz formy muzyków, ze szczególnym uwzględnieniem Halforda. Na Wacken było równie dobrze… chociaż tym razem nieco dalej. Nawet lata świetlne od barierek, w miejscu, gdzie raczej bliżej było do wyjścia, niż do sceny, Firepower równie skutecznie rozpala, a Night Comes Down tak samo wzrusza. Prawdziwym szczęściem dla mnie było zobaczenie Glenna na żywo. Wreszcie!!! Tym pozytywnym akcentem zakończyłam godnie swoją przygodę z trasą Firepower i kolejny dzień na festiwalu.

Dzień trzeci rozpieszczał śpiochów. Ja jednak do nich nie należę i raczej nieciekawy muzycznie poranek spożytkowałam na eksplorowanie stoisk z merchem. Nie kupiłam finalnie nic. Ciężkie życie Polaka na obczyźnie… Podczas gdy reszta redakcji Heavyrocka testowała zasięg dźwięku głównych scen z leżaczków w strefie prasowej, ja udałam się na chwilę na Cannibal Corpse, skąd zmuszona byłam wyjść przed końcem ze względu na pokrywający się z nimi Attic. Kto nie słyszał, zostaje natychmiast oddelegowany na YouTube. Stylistyczne dziecko Kinga Diamonda i Mercyful Fate, jednocześnie zachowujące w tym wszystkim ogrom indywidualności i przestrzeni na zabawę swoją muzyką. Zachwyciły mnie solówki, perfekcyjnie odśpiewane nawet najbardziej wymagające partie wokalne, mroczne, tajemnicze riffy i niebanalna scenografia. Ci panowie wiedzą, jak się robi heavy metal. Koncert Attic uważam za jeden z najlepszych, jakie miałam okazję oglądać na Wacken. Mam tylko nadzieję, że kojarzenie ich twórczości z ich oczywistą inspiracją, nie przekreśli im drogi na większe sceny festiwali, na które niewątpliwie zasługują.


Tempo nie zwalnia. Zaczął się właśnie dla mnie najintensywniejszy czas. Po krótkiej przerwie na scenie W.E.T pierwszy kawałek zagrał Firewind, jednak nagłośnienie (przy scenie przynajmniej) nie spełniło ani moich oczekiwań, ani festiwalowych standardów. Opuściłam namiot przed końcem występu, by zdążyć na dużą scenę, na której już zaraz miał zacząć się koncert Children of Bodom. Melodic death metal może być bardzo dobry albo bardzo zły, dodam też że w lineupie znaleźli się przedstawiciele zarówno jednych, jak i drugich. Mimo, że COB oglądałam ze sporej odległości, zająwszy dobre miejsce, w oczekiwaniu na wieczorne gwiazdy, to i tak zrobili na mnie dobre wrażenie. Nie dziwne, że ich utwory będące istną kopalnią riffów i technicznych solówek, stanowią inspirację dla licznych kapel ze środowiska rozwijającego się wciąż melodic death metalu.

Rozpoczęło się kolejne, imponujące show w wykonaniu Doro. Setlista była mi znana z Masters of Rock, jednak spora część występu była udziałem jej gości i przyjaciół, a, jak na królową przystało, niemiecka wokalistka ma ich wielu. Wśród nich znaleźli się między innymi Jeff Waters (Annihilator), Johan Hegg (Amon Amarth), czy Andy Scott. Wspomniany wcześniej wokalista Amon Amarth nagrał z Doro kawałek, który znalazł się na płycie Forever Warriors – Forever United. Nie powiem, żeby brzmiało to sensownie. Kooperacja muzyków jest zawsze mile widziana, ale takie drastyczne mieszanie stylistyk, no cóż… miejscami nie klei się, choć może i spektakularnie wygląda na żywo scena, na którą co drugi kawałek wchodzi ktoś nowy. Królowa Heavy Metalu to jedna z najbardziej charakterystycznych dla Wacken artystów, a publiczność ją kocha. Tym naturalniejsze, że to właśnie na Wacken otrzymała jedną ze swoich najważniejszych statuetek. Po koncercie nastąpiło oficjalne wprowadzenie Doro Pesch do Hall of Heavy Metal History.

Po raczej krótkiej ceremonii nastąpił drastyczny przeskok od uwielbianej przeze mnie klasyki do Nightwish. Na temat symfonicznego metalu wypowiadałam się już nie raz, i żaden zespół nie zdołał jeszcze zmienić mojego zdania na ten temat. Na Nightwish męczyłam się strasznie, ale na szczęście przynajmniej nie była to Epica, która została całkiem fortunnie umieszczona w planie wtedy, gdy znajdowałam się poza zasięgiem ich rażenia.

Trochę pobolało i przestało. Mi przy okazji trafiło się miejsce przy barierce, zatem zwarta i gotowa wystałam te ostatnie minuty przerwy przed Running Wild. Na piratów w obecnych czasach ciężko trafić, nie tylko na morzu. Nie uświadczycie ich również na trasie koncertowej, bo najwyraźniej tam skarby się nie zgadzają. Tym bardziej cieszyłam się na widok załogi Kasparka. Bo jak nie na Wacken, to gdzie?

Jako że koncert odbył się bez, nazwijmy to – spektaklu, bo ruch sceniczny muzycy ograniczyli niemal do zera, skupię się głównie na aspekcie muzycznym. Widać, że Running Wild co roku stara się, by setlista stanowiła przegląd ich twórczości, chociaż fani każdego lata mogą słuchać ich jedynie na kilku większych imprezach. A skoro tak, to dlaczego zespół regularnie nagrywa nowy materiał, odmawiając fanom obszerniejszych tras, na których granie więcej niż jednego kawałka z Rapid Foray w repertuarze miałoby sens? Żeby nie było, że znowu narzekam – w porównaniu do poprzedniego roku było zdecydowanie więcej numerów z Port Royal, sporo odświeżonych, dawno niegranych kawałków, między innymi Uaschitschun, Blazon Stone czy też Port Royal. Po raz pierwszy fani usłyszeli nowy utwór Stargazer wraz z zapowiedzią kolejnego albumu. Za to niezagranie Konkwistadorów to jak niezagranie Painkillera przez Judas Priest, Symphony of Destruction przez Megadeth, a nastrój słuchacza, który widzi ich pierwszy raz (w tym przypadku mnie) spada ruchem jednostajnie przyspieszonym, gdy setlista kończy się, a on otrząsa się z napięcia i zdezorientowany zastanawia się, co jest nie tak. Dla równowagi powiem, że mimo kilku wad było przyjemnie. Po prostu dobrze jest być na koncercie takiej legendy, szczególnie, że muzycznie było nienagannie. Jedyne, czego brakuje Running Wild, to tras, tras i jeszcze raz tras.

Dzień się kończy, a mi zabrakło sił i odpuściłam koncert Ghost, ale słysząc z namiotu niewyraźne urywki bardzo żałowałam swojej decyzji, jednocześnie tłumacząc sobie, że Ghost to nie Running Wild, a trasa Prequelle uwzględni Polskę. (Niestety zamiast tego dostaliśmy kolejny spęd sezonowych, czterdziestoletnich kuców, wszystko jedynie w cenie (co najmniej) kilku biletów na porządne koncerty).

W sobotni, ostatni już festiwalowy poranek, jak na złość na mniejszych scenach oraz (niesłyszalnej spod Harder i Faster) scenie Louder grały miedzy innymi Lovebites, Riot V i nieco później Night Demon. Jednak obsesyjna miłość do Helloween kazała mi pilnować w tym czasie barierki. Dzień zatem zaczął się od Wintersun, jednego z moich ulubionych fińskich zespołów. Ubiegłego roku grupa wydała koncepcyjny, nieco eksperymentalny album The Forest Seasons, puszczając tym samym oko do fanów z utęsknieniem wyglądających Time II. Zamiast tego doczekaliśmy się z całą pewnością największej trasy, jaką zespół kiedykolwiek zagrał. Oczarowana koncertem, który odbył się jesienią w warszawskiej Progresji, postawiłam sobie za cel bezwzględną obecność także na Wacken. Nie zawiodłam się, mimo że setlista była mocno uszczuplona, do tego stopnia, że zostawiono tylko sztandarowe utwory, takie jak Sons of Winter and Stars, Time, czy Awaken from the Dark Slumber.

Festiwalowy klimat tworzy nie tylko klasyka, ale i typowo festiwalowe zespoły. Podczas Alestorm można wyluzować się przy piwie w oczekiwaniu na kolejne koncerty i poobserwować dziesiątki skaczących i crowdsurfujących ludzi, ale dla mnie muzycznie są zbyt banalni i komercyjnie wygładzeni. Z perfekcyjnym festiwalowym nagłośnieniem zabrzmieli dokładnie tak, jak studyjnie, ale nawet najskoczniejsza muzyka nie wybroni się, jeśli jest powtarzalna.

Krańce alternatywnej ekstremy podbił Skindred, prezentując dosyć osobliwą mieszankę reggae, metalu, hip-hopu i prawdopodobnie jeszcze wszystkiego pozostałego, co da się zagrać na gitarze. Zaraz potem po raz pierwszy w życiu usłyszałam na żywo Gojirę oraz Steel Panther.


Fenomen współczesnych glammetalowców polega na ich absurdalności, którą, co już robi się dość niepokojące, fani (a szczególnie fanki) biorą na serio. Ci panowie tworzą dobry duet z Alestorm. Na grupę docelową obu składów składają się głównie sezonowi festiwalowicze, glaniastokopytni miłośnicy pogo, jednorożców i dziwnych strojów. Nie zapominajmy też o cyckach i piwie. Nie udało mi się zliczyć wszystkich crowdsurferów, którzy spadli mi na głowę w ciągu tej godziny. Głupawy wizerunek to bynajmniej nie dzieło przypadku, ale czy każdy sposób na wybicie się jest dobry? Muzycznie Steel Panther stawiam zdecydowanie wyżej, niż wizerunkowo, bo pomijając całą szopkę, którą odstawiają, są to utalentowani muzycy.

HAPPY HAPPY HELL… a nie, jeszcze Arch Enemy. Największym plusem ich występu było to, że odciągnęli trochę ludzi spod sceny, pod którą stałam dając więcej przestrzeni do oddychania. No, i może oprócz tego jeszcze Ravenous. Pomijając fakt, że Alissy White-Gluz nie darzę sympatią, przekonałam się nieco do stylistyki Arch Enemy. Ściszając wokal do zera i wyłączając gwiazdorzenie, wychodzi z tego wszystkiego bardzo przyzwoity melodic death metal.

Wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak oto festiwal zmierzał powoli ku zamknięciu. Dla mnie został jeszcze tylko główny Headliner. O Helloween mogłabym pisać długo, ale niestety piszę teraz relację, a nie książkę. Stanie przy barierce na Wacken widokowo niewiele różni się od podpierania tylnej ściany na koncercie w Progresji. Mimo to zostałam jakimś cudem rozpoznana przez Kaia Hansena. Był to mój najdłuższy dotychczas koncert na trasie Pumkins United, bo jako headlinerzy zagrali ponad dwugodzinny koncert, na którym zabrakło dosłownie pojedynczych kawałków, które uwzględniają setlisty z halowych koncertów. Nie będę jednak płakać nad Forever and One, skoro po raz pierwszy usłyszałam Why?, pełną wersję Keepera i Tale that wasn’t right. Dla mnie był to koncert tego festiwalu i ewidentnie ważne wydarzenie dla samych muzyków, którym raczej nieczęsto zdarza się headlinować na tej imprezie. Kontakt z publicznością był znikomy, czemu nie ma się co dziwić, za to widać było, że siedmioosobowy skład bawi się świetnie. Kai nawet przespacerował się na drugą scenę, ku uciesze fanów, którzy zostali pod barierką po drugiej stronie po Arch Enemy. Żaden rozmiar sceny nie jest im straszny, zawsze wypadają znakomicie, a cała trasa Pumpkins United to arcydzieło dopięte na ostatni guzik. Jedyną wadą był tu język niemiecki, w którym sprechał do fanów Kiske. Halo ziemia, tu Argentyna, Chile, Finlandia, Polska, Hiszpania… (oraz pozostała wielonarodowa publiczność) . Na szczęście większość ich tekstów znam już na pamięć! Każdy dyniowy koncert jest dla mnie magicznym i absolutnie niepowtarzalnym doświadczeniem, tym bardziej cieszę się, że mogłam zobaczyć ich w tak klimatycznym (praktycznie historycznym) miejscu.

Tym optymistycznym akcentem kończymy wycieczkę krajoznawczą. Wszędzie dobrze, gdzie Dynie, a jak nie tam, to na Wacken. Mam nadzieję, że w przyszłym roku także uda mi się dotrzeć na ten drugi koniec świata, szczególnie, że od jubileuszowej 30. edycji fani oczekują dużo. Miejmy tylko nadzieję, że natychmiastowy sold out nie rozleniwi organizatorów, a za rok przejechanie tych kilometrów odbędzie się w nieco lepszych warunkach klimatyzacyjnych, niż te, jakich doświadczyliśmy.

Zdjęcia: Michał Jóźwik

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *