Rok 1095. Miejscowość Clermont. W aurze nadchodzącej zimy, 27 listopada następca na tronie Świętego Piotra – Urban II, wezwał przed swe oblicze wiernych, by powołać ich do świętej misji, odzyskania grobu Pana, przegonienia islamskiej zarazy. Odpowiedzieli wszyscy. Od chłopa po rycerza. Każdy chciał przelać krew swoją i wrogą, idąc ze znakiem krzyża do ziemi świętej mając na ustach „Deus Vult” – Bóg Tak Chce. Minęły trzy wieki i ta sama krew, która wrzała w rycerskich sercach, użyźniała już pustynną ziemię. Świat zapomniał o wydarzeniach tamtej epoki. Teraz, gdy czuć  zbliżający się upływ millenium od tamtych dni, w skowycie kruków i cieniu katedr, z kapturami na skroniach kroczą oni – Evangelist. Zespół, którego muzyka kruszy mury samej Jerozolimy, trzęsąc krzyżem Zbawiciela. I zawita groza w sercach słabych i fałszywych.

evangelist

W maju 2013 roku światło dzienne ujrzało jedno z największych dzieł jakie dane mi było poznać na przestrzeni mojego życia – druga płyta krakowskiego zespołu Evangelist, zatytułowana „Doominicanes”. Nikt nie był przygotowany na to co miała przyjść razem z nią. Jednak ci mnisi, niosąc swoją pieśń, nie pozwalają przejść obok siebie obojętnie. „Doominicanes” stanowi opowieść o mrocznej stronie chrześcijaństwa, o diabłach ukrytych głęboko w wiernych sercach i czerni opadającej mrocznym płaszczem na karty historii. Od pierwszego utworu zatytułowanego „Blood Curse” towarzyszy nam ciężka, mroczna atmosfera podtrzymywana brudnymi doom metalowymi riffami i przygnębiającą perkusją. Groza bije od pierwszych słów padających w tym utworze „Are you the son of God? ARE YOU THE SON OF GOD?! . . . I am.”, gdy zdamy sobie sprawę, że oto nadchodzi groza gwoździa wbitego w krzyż, i bezowocnej walki Piłata o zlitowanie. Ale tu nie ma miejsca na łaskę. Tu się poleje krew. A nad wszystkim, jak dobosz nad polem bitwy, wygrywać będą wolne, depresyjne bębny i brzmieć będzie podniosły, wysoki głos nadający muzyce majestatu i epickości. Każdy fan Candlemass wyryje sobie to wszystko głęboko w sercu. Jak cień z katedry, wyłania nam się drugi utwór „Pain and Rapture”, prowadzący nas prosto w umysł grzesznika, chcącego wyznać swe winy, dać świadectwo swej czystości. Lecz plugawe jest serce grzesznika. A jednak nawet on szuka „celu swego bólu” z „tysiącem stosów w swoim sercu”. Gdy nadchodzi czas spowiedzi wybrzmiewać zaczyna gitarowe solo. Melodyjne i podniosłe. A jednocześnie mroczne. Moim zdaniem najlepsze na płycie. Coś dla fanów Solstice i Richarda Walkera. Podniosłość i mrok mieszają się, otoczone średniowieczną aurą mrocznej świątyni. Trzeci utwór stanowi niemal traktat o ludziach, których potępił sam papież, od których odwrócił się kościół. Bowiem wsłuchując się w ciężki riff otwierający utwór, marszowe bębny i dudniący bas, oczyma wyobraźni można zobaczyć biczowników i męczenników wijących swe batogi, którzy mogą nie odkupić już własnych plugastw. W refrenie tej pieśni słychać wołanie do Stwórcy o siłę dla słabych, którzy zbłądzili. Lecz czy ona przyjdzie? Sam refren w całej swej melodyjności jest też pełen podniosłości, którą dobrze znają fani nie tylko Candlemass ale także Solitude Aeternus czy Forsaken. Nawiązania do doom metalu z Malty, są tutaj słuszne, nie tylko ze względu na podejmowany rodzaj muzyki. Muzycy, świadomie czy nie przywołują przygnębienie z najbardziej chrześcijańskiego zakątka świata. Przedostatni utwór na płycie „To Praise, to Bless, to Preach”, jest jednocześnie najcięższym jaki się na niej znalazł. Dla wielu będzie też najmroczniejszym. Mroczniejszym nawet od „Pain and Rapture”. Ale nadal nie opuszcza go podniosłość. Utwór stanowi swego rodzaju rozliczenie z Bogiem, za okazywanie łaski najplugawszym, za litowaniem się nad „ziarnem które nie wykiełkowało”. Nad córami Babilonu i szakalami Syjonu. Nad ludźmi, którzy nie słuchają „lamentu do beztroskich obłudników”. Do tych, którzy tłumią dobro. Zespół wręcz perfekcyjnie dobrał tu mrok, ciężar i melancholijność kompozycji, oddając grozę, którą niesie za sobą spisany tekst. Gdy zagłuszone zostaną ostatnie dźwięki gitar, kończące „To Praise, to Bless, to Preach” nadejdzie czas na ostatni utwór, utwór na który wielu oczekiwało. „Militis Fidelis Deus” – wierni Bogu żołnierze. Już sam początek utworu powodować może ciarki na plecach – chóralnie odśpiewana a capella, XII-wieczna antyfona Salve Regina. Dalsza część utworu skąpana jest w krwi krzyżowców, słońcu bliskiego wschodu i cieniu jerozolimskich murów. To pieśń krzyżowców mordujących i umierających za swoją sprawę, ku chwale swego Pana. Utwór jest najdłuższym, bo aż 12 minutowym dziełem na płycie, jest też najbardziej melodyjnym. W czasie trwania gitarowe solo, słuchacz oczyma wyobraźni widzi powiewające na płaszczach krzyże i usiane trupami pole bitwy. Umierających turków, i klęczących templariuszy. W wybrzmiewającym refrenie szczególnie jedno słowo pozostaje w pamięci – „Ierusalem”. A po wszystkim tylko bas. Jak roztrzaskana tarcza i pęknięty miecz.

www.youtube.com/watch?v=A_SRIX02avU

Płyta „Doominicanes” bezsprzecznie stanowi jedno z najlepszych wydawnictw jakie wyszły  w 2013 roku. Muzycy z dawnej stolicy piastowskiej, uraczyli nas 49 minutami najczystszego Epic Doom Metalu, wprowadzając słuchaczy w najmroczniejsze zakamarki średniowiecznej katedry, odsłaniając przed nami czarne karty chrześcijaństwa. Płyta cieszy po dwakroć, gdyż wykonywany przez nich gatunek nie cieszy się sławą w Polsce. A oni zagrali go na najwyższym poziomie. Ta płyta ma wszystko co powinna mieć – ciężkość, mrok, majestat i podniosłość. A przy tym opatrzona jest w fenomenalne teksty, ociekające łaciną. Bezbłędnym pomysłem było także zastosowanie antyfony Salve Regina. Mamy tu długie, melodyjne solówki, nieprzekombinowane, idealnie wpasowane w poszczególne elementy utworów i pełne podniosłości refreny. A temu wszystkiemu towarzyszy melancholia i mrok. Ciężki mrok. Płycie nie można dać innej oceny niż 10/10. A to i tak mało. Za mało. W kraju gdzie Epic Doom Metal nie cieszy się sławą, pojawia się takie wydawnictwo. I jest to wydawnictwo arcymistrzowskie. Rzadko aż tak chwalę płyty. Tutaj inaczej nie potrafię.

 

https://www.facebook.com/evangelistmetal

 

Jeremi „Jerry” Kołecki

2 Komentarze Evangelist – „Doominicanes”: recenzja

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *