Wszedł nam już nowy rok, kilka podsumowań zrobionych, czas na reckę! Dzisiaj pod lupę weźmiemy ledwie dwuletnią teksańską załogę o bardzo ładnej i pokojowo usposobionej nazwie – Exhortation. Co młócą amerykańskie młokosy?  Niby thrash metal, ale nie jest to taki znowu zwykły thrash metal, o który można posądzić nowofalowy zespół.

Exhortation, thrash metal, band photo, 2015

Muzyka młodzianów jest dosyć szybka, agresywna, pałająca wręcz gniewem i chęcią rozszarpania słuchacza wpół, ale bezcelowy zapierdziel do przodu nie należy do cech charakterystycznych owego materiału. Oprócz typowo thrashowej jazdy mamy tutaj bardzo zawiłą i zagmatwaną technicznie pracę gitar w postaci bardzo pokomplikowanych riffów, zmian metrum i łamanych rytmów, aczkolwiek puste i irytujące pseudoprogowe też nie są tym, o co można posądzić Exhortation. Nie, tą muzyką rządzą emocje i swojego rodzaju eklektyzm. Spójrzmy na same wokale chociażby, jest tu wszystko, od niechlujnie thrashowej maniery do czystych, patetycznych wokaliz, core’owego wrzasku z samych trzewi (akurat w tym przypadku dosyć udanego, nie zaburzającego całości) aż po głęboki growling, którego nie powstydziłby się sam Frank Mullen z Suffocation. W warstwie instrumentalnej, jak już częściowo wspominałem, także uświadczymy wiele kolorków, które po połączeniu w spójną i sensowną całość dają naprawdę intrygujący efekt.

Exhortation, logo, thrash metal, 2015

Thrash metal teksańskich chłopaczków jest bowiem poprzetykany całą masą deathcore’owych wpływów. Zaskoczeni? Ja również. O czym mowa? Mnóstwo typowych dla gatunku breakdownów, a wielce nowoczesne riffy idealnie zgryzające się z thrashową rzeźnią w połączeniu z wysmakowanymi partiami na centrali (nie nadużywają podwójnej, patrzcie ich, da się? Da!), powodują, że robi mi się całkiem mokro, co jest ogromnym plusem, ponieważ świadczy o wysokim poziomie materiału (raczej oczywiste) i o tym, iż nawet nowoczesny metal może czymś przyciągnąć takich, jak ja – zapalonych fanów oldschoolu, dramatycznego brzmienia, częstych pomyłek muzyków (na „Show No Mercy” King nie trafiał niejednokrotnie w progi) i mało profesjonalnego podejścia do sprawy.

www.youtube.com/watch?v=Ddi1LTQAEz8

Kolejną zaletą „Oracle of Bones” jest niesamowita przebojowość. Nie dość, że panowie niemalże idealnie wymieszali staroszkolny thrash z deathcorowymi patentami, to w dodatku sprawili, iż rzeczony materiał niesamowicie szybko wpada w ucho dzięki melodyjnym fragmentom (kłania się chociażby początek „Blood of the Chosen Ones” albo niesamowicie podniosły, ale srogi i rozrywający mosznę w pół refren utworu tytułowego). Słucham sobie tej EP-ki już któryś z kolei raz, a te wszystkie świetne urozmaicenia, wstawki i inne tricki nie nudzą – wręcz przeciwnie, z każdym odsłuchem odkrywam coś nowego. Cudo.

 

Cóż by tu jeszcze można dodać w ramach wyrazistego i pamiętnego zakończenia tego tekstu? Szczerze? Nie mam bladego pojęcia, dlatego wolę wystosować do Was, Drodzy Czytelnicy, pewien komunikat – posłuchajcie „Oracle of Bones”, serio! Jeśli jesteście zdania, że thrash metal zakończył swój rozwój 20 lat temu, odpalcie sobie ów materiał i pomyślcie, w jak wielkim byliście błędzie!

9/10

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *