Zaznaczę na wstępie – piszę ten tekst z perspektywy fana Dream Theater. Zagorzałego fana, który kocha ten zespół miłością prawdziwą, doznaje ekstazy przy lwiej części jego nagrań i w końcu fana, czekającego na premiery ich nowych płyt z pełnymi spodniami już od długiego czasu. Nie inaczej było w przypadku „The Astonishing ‘’– wielkie nadzieje, niezliczone myśli na temat tego, co panowie mogą zaprezentować na nowym krążku, radość, że do premiery coraz bliżej i w końcu będzie można rozkoszować najnowszymi dźwiękami, powstałymi spod palców boskiego kwintetu.

 

Dream Theater - band photo, 2015

 

4. dzień grudnia, godziny wieczorne – jest! Puścili singla, kawałek poetycko zatytułowany „The Gift of Music” miał pewne punkty styczne z „The Looking Glass” oraz „This is the Life” i nie wnosił absolutnie niczego nowego do ich twórczości, ale nic to – słuchało się go wyśmienicie, a ja niczym Nostradamus wyrokowałem, że album będzie zabójczy. Potem nadchodziły kolejne newsy, wydawnictwo dwupłytowe, koncept-album. Myślę sobie – świetnie, nawiązania do legendarnych „Scenes from a Memory” i „Six Degrees of Inner Turbulence” zawsze mile widziane. Jakiś czas potem w sieci pojawiła się tracklista, aż 34 kawałki. Od tamtej chwili zacząłem powątpiewać, co to za liczba? Czy Teatr Marzeń postanowił złożyć hołd dla Anal Cunt, Napalm Death lub innej grindcore’owej hordy? Wydało mi się to co najmniej niepokojące, aż nagle chłopaki puścili w internety kolejny premierowy utwór, „Moment of Betrayal”. Słuchałem go z kilkadziesiąt razy i niestety, ale za każdym razem jego wtórność w postaci riffów podpieprzonych z „The Count of Tuscany” i brak jakiegokolwiek elementu, który przykułby moją uwagę na dłużej, powodowały, iż przesłuchanie go od początku do końca, było dla mnie sporym wyzwaniem, a to już jest bardzo zły znak.

 

www.youtube.com/watch?v=CdPn1mCmqoE

 

Z pewnymi obawami, ale przesłoniętymi  bezgranicznym uwielbieniem dla Nowojorczyków, czekałem spokojnie, aż album wyjdzie i będę mógł zacząć go w myślach analizować, rozbierać na części pierwsze oraz ekscytować się zawartością tegoż. Jest! Już dzień premiery! Nakładam słuchawki, wciskam „play” i… dostaję 2 godziny kompletnie bezpłciowego, pozbawionego jaj grania poprzetykanego zupełnie bezsensowymi przerywnikami. Panowie? Jak tak można? Czekam 3 lata, a wy mi wydajecie jakąś karykaturę swoich dokonań oraz śmiecie nazywać ją swoim największym dziełem? Słucham raz, drugi, trzeci – nie, to nie jest zły sen, tylko brutalna rzeczywistość, która bezpardonowo wrzuciła moje oczekiwana do dworcowego kibla, spuszczając je i zamaszystym ruchem trzaskając zardzewiałą klapą.

 

Dream Theater, band photo, 2015

 

Dobra, ja tu tak lamentuję, a Wy z pewnością chcecie wiedzieć, co znajdziecie na „The Astonishing”. Cóż, jest to krążek wyjątkowo dziwny, muzycznie mamy tutaj do czynienia z najdelikatniejszym wcieleniem Dreamów od czasów wielce niedocenianej „Falling into Infinity”. Jeśli jednak sądzicie, że którakolwiek z tych 34. kompozycji dorównuje luzem i mnogością ciekawych pomysłów temu, co pojawiło się na krążku ww., to jesteście w błędzie większym niż sam Nil(e). Utwory na 13. długograju chłopaków są najczęściej łzawymi balladami, ciągnącymi się w nieskończoność i nie mają one absolutnie nic wspólnego z chwytającymi za serce „The Spirit Carries On” czy „Take Away My Pain”. Od czasu do czasu zamiast łzawego pitolenia dla ubogich, pojawiają się cięższe riffy, ale cóż mi z tego, skoro gitara Petrucciego jest schowana, jak nigdy dotąd i zamiast selektywnego, mięsistego ryku, słyszę rzężenie dogorywającego staruszka? Oprócz smędzenia jest tutaj coś jeszcze, a mianowicie  mnóstwo orkiestrowo-bajkowo-dożynkowych wstawek, które czasami bawią, czasami nieumiejętnie kopiują muzykę Ayreon, a często brzmią, jak żywcem wyjęte ze „Shreka” . Wszystko „bardzo ładnie” dopełnia syntetycznie brzmiąca perkusja (wsłuchajcie się w centralę, cyka gorzej niż kuchenny zegar) oraz wokal, ale LaSerowi poświęcimy osobny akapit.

 

www.youtube.com/watch?v=0yhFSTAyHWs

 

James LaBrie jest wyjątkowo kontrowersyjną personą. Nie chodzi tu bynajmniej o szalone łóżkowe ekscesy, narkotyki lub też konflikty z prawem. Po prostu – od roku 1995 jego wokale brzmią dosyć  średnio, ale wszystko to mu wybaczałem. Dostrzegałem swojego rodzaju urok na kompletnie spartolonym przez niego „Once in a Livetime”, nic nie robiłem sobie z komentarzy ludzi wyśmiewających jego dramatyczną barwę na „Live at Budokan”, zupełnie nie widziałem problemu w wielokrotnych fałszach zanotowanych podczas zbieraniny gigów z „Chaos in Motion”, ale bądźmy poważni, wszystko ma swoje granice. Na „The Astonishing” James wciąż stara się udowodnić wszystkim, że dalej jest w formie z czasów „Images and Words”, emitując z siebie wysokie dźwięki, które z każdym albumem są coraz bardziej wymuszone i rozpaczliwie obrabiane w studio. Teraz oprócz tego Seru swoimi partiami zasugerował, że naprawdę świetnie nadawałby się do wiejskich musicali, ale nie tylko, bo kariera w świecie horrorów klasy B także stoi przed nim otworem. Wsłuchajcie się w jego ekwilibrystyki w takim „Lord Nafaryus” albo „Brother, Can You Hear Me”. Gdy nasz kochany śpiewak zacznie lawirować między różnymi tonacjami, wydawać z siebie złowieszcze śmiechy oraz udawać pacjenta zakładu psychiatrycznego, to ja naprawdę nie mam pojęcia, czy mam płakać, śmiać się, a może napisać podanie z prośbą o wyrzucenie go na zbity pisk z zespołu?

 

Dream Theater, Spodek, Katowice, 2015

 

Warto poświęcić także trochę miejsca Jordanowi Rudessowi, w mojej opinii najgorszemu klawiszowcowi Dream Theater. Nigdy nie byłem wielbicielem jego dzikiego zasuwania po klawiaturze, solówek na iPhone’ach i miliarda aplikacji, które tylko pomagają mu w uskutecznianiu swoich masturbacyjnych popisów. Na najnowszej płycie zrobił jeszcze więcej złego, niż kiedykolwiek. Wspomniane wstawki ze Shreka i innych bajek, to jego robota. Robota, z której, jak mniemam, jest dumny. Łysol nie tylko zaprezentował całą paletę brzmień z zeszłorocznych dożynek  Sterławkach Małych, ale kompletnie zrezygnował z klawiszowych brzmień, w miejsce których dostajemy fortepian. Mnóstwo fortepianu w kiepskim guście, który kompletnie obrzydził mi ten instrument. Co tym ludziom dzieje się z głowami? Może to naprawdę jest zły sen, nie wiem…

 

www.youtube.com/watch?v=WHAhZsSbxUc

 

W tym punkcie recenzję kończę, ze zwykłej litości. Nie wiecie nawet, jaki ból sprawiło mi pastwienie się nad ukochaną kapelą, od której zaczęła się moja muzyczna podróż, trwająca po dzień dzisiejszy. Cóż, nie zostaje mi nic innego, jak poczekać kolejne 2–3 lata z ogromną nadzieją, że chłopakom wróci rozum do głowy i nagrają znowu album, który rozwali mnie bogactwem pomysłów. Na razie jest słabo, dramatycznie.

 

1.5/10

46 Komentarze Dream Theater – „The Astonishing”: Recenzja

  1. Agnieszka

    Witaj :)
    Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę jaką hipokryzją pokryte są tutaj Twoje słowa.
    Zaczynasz od tego, że jest to zespół, który kochasz bezwarunkowo, od którego zacząłeś przygodę z poważniejeszą, ambitną progmetalową muzyką itd., itp., a potem przez trzy-cztery akapity ładujesz same bardzo przykre i wyolbrzymione słowa na temat płyty, by na koniec znów napisać jak to Ci przykro, że musisz to pisać, ale coś tam, coś tam, coś tam. No to jak jest, człowieku? Albo jesteś prawdziwym fanem i wskutek sentymentów i wspomnień związanych z zespołem szanujesz ich pracę nawet, jeśli Ci się nie podoba i może chociaż PRÓBUJESZ odnaleźć w tym coś dla siebie, albo stajesz się zwykłym „hejterkiem”, który po niespełnionych własnych oczekiwaniach odwraca się od zespołu i idzie posłuchać innego, żeby ukoić nim ból uszu wywołany przez DT.
    Wiesz co Ci powiem? Właśnie w ten sposób weryfikuje się DreamTheaterowych fanów. Są zapatrzeni i zakochani do czasu, aż im coś nie przeszkodzi w muzyce. A jak się coś skiepści, to dawaj! Stanę się wielkim fanem jakiegoś innego zespołu na chwilę, a „chłopakom [może] wróci rozum do głowy i nagrają znowu album, który rozwali mnie bogactwem pomysłów. Na razie jest słabo, dramatycznie.”.
    Przegiąłeś, wylałeś na „swój ukochany zespół” wiadro pomyj. Naprawdę uważasz, że na to zasłużyli?
    Mimo wszystko pozdrawiam :)

    Reply
    1. Krzysiek

      Albo jest obiektywnym redaktorem i swoje uczucia względem zespołu odkłada na bok, żeby napisać sensowną recenzję :)

      Reply
      1. Agnieszka

        Tak wracając z pierwszego komentarza, jaki się tu pojawił… Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak siedemnastolatek może nazywać się recenzentem i porywać z motyką na Słońce, chcąc oceniać tak kontrowersyjne, wymagające dużego doświadczenia płyty zespołu nazwanego legendarnym w zakresie muzyki progmetalowej. Sądzę, że brak Ci obycia i nawet, jeśli „chłoniesz muzykę jak gąbka”, jesteś jeszcze za młody, by wysnuwać tak odważne opinie. Jest ona małowiarygodna właśnie ze względu na Twój wiek, bo fani DT wahają się (dajmy na to) od 5 do 80 lat i ten starszy, w ‚recenzję’ kogoś, kto ma jeszcze mleko pod wąsem, nie uwierzy.

        I nie chcę powiedzieć, że jesteś zwykłym gówniarzem, który za szybko chce wskoczyć na miejsce szanowanego, kontrowersyjnego krytyka/recenzenta i powinieneś najpierw dojrzeć, by móc się za to zabrać. Rób swoje chłopaku, ale wyważaj bardziej opinie. Staraj sie budować je na czymś więcej, niż tylko na Twoich osobistych odczuciach i Twoich własnych oczekiwaniach względem opisywanych zespołów. Może na warsztat weź sobie na razie płyty mniej kontrowersyjne, które, w napisaniu dobrej recenzji, nie będą wymagały od Ciebie większego zaangażowania i doświadczenia i jako recenzent, i jako słuchacz.

        Reply
        1. h-a-r-v

          Nasz redakcyjny kolega słyszał w swoim 17-letnim życiu więcej płyt niż Ty prawdopodobnie kiedykolwiek przesłuchasz. Ale jeśli potrzebujesz oceny kogoś 2x starszego, kto swego czasu pałał do DT szczerą miłością, znając wszystko na wylot, itd. (głęboko pojęty prog-metal jako gatunek zresztą też), to proszę, oto moje zdanie: zgadzam się z tą recenzją. Dla mnie zaczęli odgrzewać kotlety już na Black Clouds… i wtedy z nich „wyrosłem”. Być może tekst ująłbym inaczej, ale co do zasady się zgadzam: jedno przesłuchanie tej płyty na jedno życie wystarczy. Istnieją 10x lepsze koncepcyjne albumy. The Human Equation, The Absolute Man, Days of Rising Doom, An Absence of Empathy, Scenes From A Memory (oczywiście) i in. To są opery z prawdziwego zdarzenia. The Astonishing to odtwórczy, miałki bubel z mało interesującym story, z dozą kilku dobrych momentów.

          Reply
  2. Andrzej

    Najpierw odniosę się do osoby recenzenta. Otóż wyzywanie kogoś mianem ,,łysola,, jest w recenzji ukochanego ponoć zespołu ,poziomem poniżej krytyki. Dno, syf i kilo mułu, jeżeli mam się zniżyć do Pańskiego poziomu. Takie określenia przekreślają całą recenzję , która chwilami nie mijała się z prawdą. A szkoda , bo mogło być merytorycznie.Proszę sobie komentować płyty disco polo, albo inne takie , tam takie słowa pasują jak ulał. Myślę tak, Pańskie pisanie jest tyle warte co i ta płyta.
    A płyta , rzeczywiście dobra nie jest. Może ,powtarzam może wystarczyłoby na jeden krążek, a i to byłby słaby. Płyta ckliwa , bez powodu patetyczna ,widać , że rozmiar wydawnictwa przerósł Chłopaków. Dla tych co uważali , że Flower Kings nagrywają przydługie płyty , niech posłuchają Paradox Hotel. Tamta płyta FK miażdży obecne dzieło DT siłą potęgi muzyki. A Dreamy ?? Ja również kocham ten zespół za Octavarium ,SDOIT , Train of Thought i wiele innych. Ten zespół otworzył mi oczy ( uszy ) na nowe kierunki , bo kiedyś byłem zatwardziałym prog-rockowcem. Tu niestety wieje nudą i ogranymi , wtórnymi melodiami. Bardzo rzadko krytykuję jakieś płyty , bo sam w życiu nie nagrałem żadnej, ale tu jest strasznie wtórnie. Pozostaje wierzyć , że i DT przyjdzie nagrać jeszcze swoje dzieło w stylu Magnification, czy Brave, bo wiele zespołów miało okresy słabe, po to by potem nagrać dzieło absolutne, czego i Dreamom życzę.
    Na koniec La Brie. To jest taki wokalista , który absolutnie nie przeszkadza mi na płytach, nie wyobrażam sobie tego zespołu bez Jego wokalu. Na koncertach jednak modlę się , żeby Dream Theater było zespołem instrumentalnym. Na tej płycie śpiewa całkiem poprawnie.
    P.S. Płyta leci w tle i moją żona bynajmniej niezbyt wielka fanka metalu , mówi ,, o nawet to wpada w ucho!!! ,, Może właśnie o to chodziło …….zdobyć parę nowych fanów, bo starzy prawdziwi Panie Recenzencie , WYBACZAJĄ jak mawiał Shrek .

    Reply
    1. matka1973

      jeśli zona nie jest fanką metalu, a DT wpada jej w ucho, to wygląda na to, ze kawałki na płycie są (jak mawiała moja babcia) „pod nóżkę”

      Reply
  3. Krystian

    Szczerze to przegiąłeś z tymi wokalami,(nie wspominając o grze klawiszy) bo jak na niego śpiew jest najmniej drażniący od lat, fakt nie jest to oczywiście najwspanialsze ich dokonanie ale jechać po tym jak po kupie gnoju to przesada. Album zdecydowanie jest za długi i to jest jego grzech ale porównanie takiego wydawnictwa do biesiady na dożynkach i deklarowanie się jako ich wielkiego oddanego fana trochę gryzie się ze sobą.
    Płyta nie jest mocna ale czy to źle, prezentuje się dla mnie równie przyjemnie jak „Octavarium” i „Falling…” Co dalej w mojej opinii jest to płyta o klasę lepsza niż „A Dramatic Turn Of Events” która rzeczywiście była dramatycznym zwrotem w nudę i wtórność.

    Reply
  4. Karol

    Witam,

    Ja wiem że z definicji słowa „recenzja” wynika przedstawienie SUBIEKTYWNYCH wrażeń, ale problem tu polega na tym, że autor nie ocenia tu ZAWARTOŚCI albumu, lecz płacze nad tym że DT zniszczyło mu marzenia. Sytuacja przypominająca małe dziecko płaczące bo mama nie kupiła mu zabawki.

    Co do płyty – nie jest zła, nie jest też najlepszym dziełem DT. Trzeba jednak docenić to, że zdecydowali się zrobić coś nowego. Sam fakt ile nad tym się napracowali powinien zostać choć trochę doceniony. „Metropolis pt 2”, „6DOIT”, „Train of Thought” , „I&W”, „Octavarium” – świetne albumy, ale autor recenzji spodziewa się chyba że dostanie na tacy znowu to samo. Problem tkwi w tym, że te płyty już BYŁY. Dream Theater zdobyli tym albumem moje uznanie, ponieważ pokazali, że najważniejsze jest wypuścić to co w danym momencie czuje, że chce wydać. Na tym polega artyzm. Podobna sytuacja jak Opeth – ludzie płaczą, bo Akerfeldt nie growluje – a pan Mikael ma w głębokim poważaniu te opinie – robi swoje. I zakładając hipotetycznie że Ja byłbym np. członkiem DT – tak samo bym potraktował taką błazenadę bo recenzją tego nie nazwę. Zero merytoryki, zero konkretów, sam płacz.

    DT róbcie swoje bo robicie to dobrze.

    Pozdrawiam.

    Reply
  5. Bon

    Ja zaskoczę wszystkich, dla mnie płyta jest wielka! I tradycyjnie już stwierdzilrm to nie po pierwszym przesłuchaniu a którymś kolejnym. Płyta długa, musicalowa wręcz, nie pitolcie że nic odkrywczego tylko posłuchajcie kilka razy w całosci a znajdziecie sens!

    Reply
    1. Piotr

      Mnie już uzalezniła. Działa jak narkotyk, chcę więcej i więcej. Nie ma tu mowy o dłużyźnie, jest smutek że się skończyła.
      To arcydzieło… Czytałem komentarze ludzi po koncercie w Palladium, nie ma tam pomyj, jest wielki zachwyt. Wykażcie więcej cierpliwości, nie sugerujcie się opiniami innych, a na pewno zmienicie zdanie na tak.

      Reply
  6. matka1973

    Drodzy Państwo
    Recenzja jest to analiza dzieła, może być nakłaniająca lub zniechęcająca, jest to subiektywna ocena osoby piszącej, z którą ktoś się może zgodzić lub nie.
    Na Boga ! Nie traktujmy artystów jak nadludzi, którym nie można przypiąć żadnej łatki, choćby wydali największe g…świata
    Znam zespół Dream Theater, jednak nie na tyle, aby z Państwem polemizować na temat czy płyta jest dobra, zła, czy kompletnie do bani, natomiast od ponad 20 lat jestem wierną fanką Roberta Smitha i zespołu The Cure, kocham ich bezgranicznie, a jednak wiele ich wypustów oceniam bardzo negatywnie.To jest własnie ten ból artysty, wydaje płytkę, a ona okazuje się marnością nad marnościami i nietety musi się liczyć z tym, że fani po nim pojadą
    Nie bronię recenzenta (jak widzicie jet to dla mnie osoba bliska), ale bronię recenzji, która zawiera wszystkie elementy jakie recenzja powinna zawierać, a, że jest dość ostra no cóż…nie można klęczęc przed zespołem, nawet kiedy cos nam się w nim nie podoba
    Odnosząc się do słowa „łysol” – no jest tak strasznie obraźliwe, że padłam…ludzie nie przesadzajcie -ja Roberta S. uwielbiam, ale nazywałam go różnie i co z tego? przestałam być jego fanką? Przestałam kochać The Cure?No nie
    Zluzujcie więc gumę Kochani, artyści to nie bogowie, to po prostu ludzie.Jeśli płyta się nie udała, to kżdy ma prawo do krytyki, czyż nie?
    Co do marzeń, kiedy dowiadujemy się, że kapela wypuszcza dzieło, to właśnie marzy nam się coś niesamowitego, jeśli jest to kupa, jesteśmy zawiedzeni – norma.
    Pozdrawiam wszystkich i życzę więcej luzu, a co niektórym proponuję zdjęcie klap z oczu (i chyba też uszu)
    miłego dnia

    Reply
    1. Andrzej

      Bzdura. Pan Kaczyński ( nie Jarosław) pewnie mógł przed divą operową nie padać na kolana , bo to taka sama osoba jak my i mógł spokojnie w recenzji nazwać ją Wieprzowinką, Baleronem albo coś w tym guście. Litości!!! Otóż artyści to nie taki sam gatunek ludzi jak My, niestety albo na szczęście nie. Jedzą , oddychają jak inni , ale dostali dar – TALENT ,czego niektórym brakuje i odreagowują to w obraźliwych komentarzach. Tak więc zespół Dream Theater tworzą wg Recenzenta od dziś : Łysol, Żółtek,Paker, Karzełek i Dżingis. Gratuluję poziomu pobłażliwości. Ja widzę różnicę między krytyką a chamstwem.
      Pozdrawiam Panią i Pani idola z The Cure ksywa ZGUBAS ( Zniewieściały Grubas Umalowany Beznadziejną Agresywną Szminką ) Pasi ??

      Reply
      1. matka1973

        Panie Andrzeju oczywiście, że pasi. Powiem nawet, że mam na to wywalone:) To, że nazwie Pan Roberta S. zniewieściałym grubasem nie ma wpływu na muzykę, którą tworzy.
        Jeśli stworzy g… to mam prawo stwierdzić, że to g… właśnie (jako wierny fan), jeśli coś dobrego – jestem w siódmym niebie.
        Faktycznie w tej chwili Robert wygląda dokładnie tak jak Pan to napisał- jest gruby i nierówno umalowany, tylko jakie to ma znaczenie i czy ja mam się teraz na Pana śmiertelnie obrazić, że napisał Pan prawdę? Nie bądź Pan dzieckiem.
        Polecam wziąć piątkę relanium, bo widzę, że nerwy szwankują, albo kupić bilety na najbliższy koncert Dream Theater i tam odetchnąć.

        PS
        Chciałabym zauważyć, że resztę ksywek dla członków zespołu wymyślił Pan – nieładnie

        Reply
    2. Krystian

      „Analiza dzieła” przeczy „subiektywnej ocenie” Recenzja może być zakończona subiektywną opinią, zawartej w dwóch, góra trzech zdaniach.

      Reply
  7. Heinz Dundersztyc

    Z poprzedniej płyty DT pamiętam tylko „Through The Looking Glass”, ale głównie dlatego, że ten kawałek był dla mnie bezczelną kopią „Limelight” Rush. Przesłuchajcie te dwa utwory i powiedzcie mi, że to nie jest to samo. Z najnowszej płyty nie pamiętam już nic – ot zwykły brodwayowski wodewil nie najwyższych lotów. Recenzenta zaś podziwiam za wytrwałość, że dał radę to wysłuchać do końca, i że w ogóle śledzi jeszcze poczynania zespołu, który ostatnią płytę zasługującą na ocenę powyżej 4/10 nagrał w 2003 r.

    Reply
    1. Stefan

      Panie Dunder coś tam, skoro nic Pan nie pamięta z nowej płyty to skąd ocena 4/10?? zabawny Pan…:) Ktoś wyżej już napisał, płytę trzeba słuchać, słuchać…słuchać a nie z nastawieniem że poszczególne kawałki zostaną oparte na jednym mega riffie którego będziemy od razu pamiętać. Żeby było śmieszniej, tych mega riffów jest naprawdę całe mnóstwo i naprawdę dziwię się, że tak jedziecie po Astonishing, to naprawdę dobry album, inny niż dotychczasowe i może to Was odpycha? Album nagrany z pomysłem, z całym mnóstwem smaczków, szukajcie a znajdziecie! Opowieści słucha się naprawdę dobrze, to nie jest prog metalowe rżnięcie tylko musicalowa płyta jakiej Dream Theater dotąd nie nagrali, amen.

      Reply
      1. lukaszbrzozowski

        Jeśli dla Pana, Panie Stefanie, dotychczasowa twórczość DT ma cokolwiek wspólnego z rżnięciem, to ja nie chcę wiedzieć, jak nazwie Pan muzykę kapel pokroju Malignancy, Viraemia, Origin…

        Reply
      2. Heinz Dundersztyc

        Musicalowa płyta… Chyba już bardziej nie mógł mnie Pan zniechęcić do ponownego przesłuchania tego „dzieła”. Przesłuchałem tą płytę jak dotąd trzy razy i obecnie muszę żyć ze świadomością, że nikt mi nie zwróci tych bezsensownie straconych chwil. Na tym albumie wychodzą ze zdwojoną siłą wszystkie wady tego zespołu, które irytują mnie już od czasu słabego „Octavarium”, przede wszystkim próba tuszowania kompozytorskiej impotencji pseudo-wirtuozerską ekwilibrystyką, „natchnione” wokale Labrie`ego i odpustowy patos. W tego typu stylistyce zdecydowanie lepiej wypada obecnie Symphony X, który pół roku temu wypuścił świetny krążek, zresztą trzy ostatnie płyty SX miażdżą wszystko co Dream Theater wypuściło po 2003 r. choć wcale nie uważam SX za jakichś bogów. Nowy Dream Theater to odpustowy wodewil sprawiający wrażenie, jakby nagrali go jacyś tandetni cekiniarze. Od słuchania tego albumu zaczyna mi gnić cebula w ogródku. Podoba się to Panu to OK, nic mi do tego. Ja może posłucham kiedyś jeszcze nowego Dream Theater jak wreszcie wywalą Sera i tego łysego żyda – zdecydowanie najsłabsze ogniwa obecnego DT.

        Reply
  8. Maciek

    Wreszcie ktos to powiedział. Straszny syf!!! Brzmi to bardziej jak operetka! Te same patenty kopiowane po raz nie wiem ktory. Galopada klawiszowa miałka aż do bólu. Gary odkąd przyszedł Mike brzmią jakby grał na kartonach. Zalążki melodii urywane jakimś pseudopopisowym ględzeniem na instrumentach. Żenada…ten band się dla mnie skończył. I też piszę z perspektywy fana który katował scenes from a memory tysiące razy!!! Bida z nędzą. Dobrze ze LaBrie ma jeszcze solowy projekt bo tam jest konkret pierdolnięcie dzięki Wildoerowi na garach i Sfogli na gitarze!!!

    Reply
  9. Andrzej

    Piszę jeszcze raz w sprawie płyty. Pierwszy odsłuch zrobiłem na słuchawkach i płyta kompletnie mi nie podeszła. We wtorek miałem trasę autem i w samotności słuchałem i słuchałem. I wiecie co ? Właśnie zjadłem swój krawat. Płytę zjechałem z góry na dół , a okazuje się , że wcale nie jest taka zła. Ma swoje świetne kawałki i tak choćby When Your Times Has Come zachwycił mnie w kulminacyjnej 3 minucie , a o Heaven’s Cove to nie mówmy, super !!! W ogóle płyta składa sie z całego mnóstwa smaczków . Muzyka na pozór wydaje sie trochę wtórna bo sam tak uważałem na początku. Teraz twierdzę , że to nie wtórność , a STYL zespołu, a to już nie to samo. Osłuchajcie płytę parę razy , a zobaczycie że Was zachwyci.

    Reply
  10. Marcin

    Zgadzam się z recenzentem w 100% plyta do bani. Katastrofa. Nigdy nie sadzilem ze tak wielki zespół nagra taka kupe. Zawiodlem sie pierwszy raz na ich muzyce ale jakże ogromnie. To juz nawet nowy Riverside mimo ze wydali najslabszy material w swoim dorobku to jest o niebo lepszy.

    Reply
    1. Bartek

      Akurat Riverside nagrali chyba najlepszy album:) A tą płytę dopiero zaczynam słuchać . Po pierwszym przesłuchaniu zupełnie nic nie mogę jeszcze powiedzieć.

      Reply
  11. Krystian

    Słowami wstępu, nie widzę nigdzie Pana podpisu pod recenzją, a że nie lubię zwracać się bezimiennie, będę się do Pana pisał „Panie Januszu”, gdyż tak mi się skojarzyło z Pańskimi porównaniami muzyki Dream Theater do dożynek.

    Prawdziwy fan zespołu DT, Panie Januszu, doskonale wie, iż aby ocenić ich album, trzeba go przesłuchać wiele razy. Nie mam na myśli trzech, czterech seansów. Być może Pan nie wie, ale Dream Theater serwuje swoim słuchaczom dość mocno ambitną muzykę, której nie można, a nawet nie wolno oceniać pochopnie. Czytając Pana recenzję (kilka razy, aby umknęło mi tylko niewiele rzeczy) śmiem wątpić, że jest Pan w ogóle czyimkolwiek fanem, nie mówiąc już – recenzentem.

    Myślę Panie Januszu, że za bardzo się Pan skupił w swojej „recenzji” na mocnych i kontrowersyjnych komentarzach. Wyrzucić wokalistę z zespołu? Jordan najgorszym klawiszowcem Dream Theater? Jak te stwierdzenia mają się do kompozycji utworów, zabawy harmonią i innych zabiegów muzycznych, które niewątpliwie powinny pojawić się w Pana recenzji, i których Pan najwyraźniej nie zauważył (nawiązuję tutaj do Pana nierzetelności). Może warto podjąć się innego zajęcia, niż niesprawiedliwie „hejtować” muzyków, którzy na to nie zasłużyli.

    W Pana wypowiedzi nie ma nic konstruktywnego, co w recenzji powinno się zawrzeć. Widać, że jest Pan jedynie zły, bo nastawił się Pan na jedno, a dostał drugie. Stawia Pan tylko tezy, podparte chaotycznie opisanymi odczuciami. To nie jest zespół, który recenzuje się w ten sposób, bo „nie wpadł Panu w ucho”. Disco Polo wpada w ucho, Panie Januszu. Trzeba było raczej napisać post na blogu.

    Zachęcam do posłuchania The Astonishing jeszczez kilka razy :). Pozdrawiam.

    Reply
    1. Piotr

      Nic dodać, nic ująć. Doskonałe podsumowanie „recenzji” Janusza. Żadna, ale to żadna płyta DT nie podobała mi się po pierwszym wysłuchaniu, ale zawsze było to coś, co powodowało słuchanie ponowne, i ponowne, aż do zachwytu. Jest to taka muzyka przez duże M, która się nie nudzi. Niewiele jest takich zespołów. Nowa płyta jest doskonała, i basta :)

      Reply
  12. Andrzej

    Krytykanci , posłuchajcie takie ,, Three Days,, Toż to REWELACJA !!!!! Kto nie dopuszcza takiego oblicza Dreamów, ten na zawsze zostanie przy starych fragmentach gdzie Petrucci tylko tak sobie popier….na gryfie oby szybciej. To ja powiem , że wolę to nowe oblicze ,bo tamte stare już mi się przejadło. Ludzie , przecież krytykowaliście ostatnie 3 płyty Dreamów za zjadanie własnego ogona. No to proszę , zespół pokazał, że może zagrać jakiś freak i uwierzcie, ten utwór mnie porwał. Trochę przypomina mi atmosferę Sądu z IV części The Wall ( w 3:27 słyszę nawet imprezę w podziemiach z Seksmisji , ha, ha ) Myślę tak , fani- fanatycy prog-metalu odrzucą tę płytę , Ci którzy lubią Pink Floyd, Queen,Kansas i atmosferę patosu rocka symfonicznego, są otwarci na eksperymenty, uznają tę płytę za najlepszą od wielu lat. Sam na początku dawałem 4/10, dzisiaj to jest już 8/10, za parę dni może będzie 9/10. Petrucci pisał to 2,5 roku, a Wy już macie wyrobioną opinie po 2 dniach ? To pachnie ignorancją. Płyta będzie miała opinie 0/1 -kową. Od uwielbienia po nienawiść. Opinii pośrednich nie będzie.

    Reply
  13. Cato

    Janusz, nie Janusz… Ale strzelił prawdą (a raczej serią bolesnych prawd) między oczy ślepców prowadzonych przez upadły Dream Theater. Zacznijmy od spraw personalnych, bo zespół to zespół – tworzą go ludzie w końcu. James – tembr głosu charakterystyczny i idealnie pasujący do progowego składu, lecz cóż z tego, kiedy już od dawna doznaje słyszalnej degradacji. To nawet nie trzeba się znać „na śpiewie” by czuć zażenowanie popisami wokalnymi tego pana. Jordan – właściwie mógłbym tu zacytować stosowne fragmenty powyższej recenzji, bo lepiej już nie można było scharakteryzować „wkładu i zaangażowania”. Ale co boli najbardziej, to stany twórcze Petrucciego. Ja mam taką teorię, że on (właśnie On) powinien zrobić sobie przerwę od DT, wyjechać na pięć lat do Nepalu, Japonii, albo Polski, odnaleźć siebie na nowo i powrócić do komponowania. Albowiem, to co się już od lat dzieje w jego głowie ma katastrofalny wpływ na kolejne wydawnictwa studyjne. No i teraz jak się zbierze do kupy powyższe sprawy, to otrzymamy właśnie… kupę idealnie opisaną w recenzji. Przy takim wykwicie, wspomniany „Falling into…” jest dziełem. W recenzji mogą razić te osobiste wycieczki – że Seru, albo łysol, no ale po tym poznaje się Fana – że ma stosunek emocjonalny i daje temu wyraz. Bo to jest tak, że Fan albo kocha albo nienawidzi i cierpi. Ja aktualnie cierpię. Taka ta płyta.

    Reply
  14. lukaszbrzozowski

    Kurczę, tak zaślepionych fanów Dream Theater jeszcze nie widziałem.

    Pozdro – autor recenzji, Łukasz Brzozowski

    Reply
  15. Bartek

    He:) Zabawna ta recenzja, bardzo. Nie jestem wielkim fanem DT. Znam 5 czy 6 pierwszych albumów naprawdę dobrze, a potem już po łebkach. Trochę straciłem serce do tej kapeli. Słuchałem nowszych płyt, ale się już nie wgłębiam. Nie jest to dla mnie atrakcyjne. Ciągle mam wrażenie, że to przerost formy nad treścią. Kompozycje zawsze były słabością tego zespołu. Niestety technika też w coraz większym stopniu. Kiedyś dało się tego słuchać.”Images and words” to najlepszy album jeśli chodzi o kompozycje. Najmniej technicznych ściem jest na „Awake” I tylko te dwie płyty naprawdę polubiłem. Ten zespół nigdy nie był „wielki”. Nigdy nie nagrał rewelacyjnej płyty (nie znam dobrze wszystkich no, ale raczej nie ma szans by któraś z tych ostatnich rozłożyła mnie na łopatki. Znacznie więcej ciekawych rzeczy można usłyszeć w jazzie, w którym coraz bardziej się rozkochuje. Całe mnóstwo artystów przy których członkowie DT to zwykli przydrożni grajkowie. Sorry, wiem że mają wspaniałą technikę, ale tylko jak na rockowy zespół a poza tym na tej technice u nich już wszystko się kończy. Ludzie JAZZ ma duszę. Skosztujcie. Naprawdę warto:)

    Reply
    1. Andrzej

      Panie Bartku, fajnie , że Pan pisze o jazzie, ale nie o tym tu mówimy. Mam w domu całe mnóstwo płyt jazz – rockowych od Mysterious Traveller przez Birds of Fire po Imaginary Voyage , jednak sprawa dotyczy Dreamów i zjechanej prawie przez wszystkich Ich najnowszej płycie. I po co pisać , skoro zespołu , jak sam Pan przyznaje ,nie lubi Pan i mało zna. Ja tam o death metalu się nie rozpisuję, bo to nie moje klimaty. Chociaż melodyjny death metal też występuje :-) Wciąż zadaję sobie pytanie dlaczego Amerykanie są zachwyceni tą płytą , a Polacy nie. I wymyśliłem sobie właśnie, że to jest amerykańska muzyka. Trochę to tak jak amerykańskie filmy, zawsze trochę kiczowate, pod publiczkę ….ale fajnie je się ogląda. Idąc tym tropem europejski to jest Steven Wilson, dołujący, nostalgiczny, depresyjny. Po The Wall to zawsze idę podciąć sobie żyły. Na tej płycie chłopaki grają więcej melodyjnego AMERYKAŃSKIEGO prog- rocka niż metalu. Tak więc uważam , że zawartość nie trafiła w nasze Polskie !!! gusta , gdzie muszą być wierzby , powstanie , dół i smutek. Jako jedyny chyba naród świętujemy Powstania i wszystkie za wyjątkiem jednego, przegrane. Amerykanie świętują dni chwały. Nawet Dzień Niepodległości obchodzą w lipcu , kiedy My w najsmutniejszym z miesięcy, listopadzie. Już się na tym forum wypowiadałem i na początku płytę skrytykowałem. Od tygodnia jednak pracuję , odpoczywam i z nią prawie śpię. Płyta jest po prostu inna, to już nie Train of Thouht i zaryzykuję , że już takiej nie zagrają . W końcu to już 50 letni Panowie i młodzieńczy bunt mają za sobą. Bardziej skupiłem się tu na genezie i przyczynach krytyki niż na zawartości CD. Ja po totalnej negacji zachwyciłem się tą płytą . Przynajmniej potrafię przyznać się do błędu . Bilet na koncert w Bochum kupiłem 10 minut temu, będę siedział w drugim rzędzie i uważam , że Ci co krytykują będą mieli czego żałować. Negacja wynika nie z faktu , że płyta jest zła tylko , że jest nie taka na jaką fani prog METALU czekali . To jest płyta PROG – metalowa. Malkontentom współczuję , bo najzwyczajniej w świecie nie załapali i mam prośbę, nigdy , ale to nigdy nie słuchajcie tej płyty, po co się denerwować. A jeżeli zespół przyjedzie do Polski to macie zaoszczędzoną kasę na piwo , bo będą grali CAŁĄ PŁYTĘ. Jeszcze tylko idźcie do kąta i odgryźcie sobie na złość palec. I wiecie co? Nikogo to nie obchodzi!!!!! Ja tam wolę tych opty niż pesymistów. Wolę takie towarzystwo. Po ostatnim koncercie Dreamów na Metal Hammer w Katowicach powiedziałem, że już nigdy na Nich nie pojadę . Zmieniłem zdanie i czuję , że będzie to Ich najlepszy koncert, a widziałem już cztery. Pozdrawiam wszystkich , którym płyta przypadła do gustu, a tym którzy ją skopali współczuję. Od nienawiści wolę radość ze słuchania, tak jest zdrowiej.
      P.S. Panie Łukaszu dla odmiany chciałbym się dowiedzieć jakie płyty uważa Pan za godne Pańskiego ucha. Tak po prostu ciekawi mnie, może czegoś się nauczę.

      Reply
      1. lukaszbrzozowski

        Mnóstwo takich płyt jest, chłonę muzę jak gąbka, ale o niej możemy więcej podyskutować na Facebooku tudzież przez maila, jeśli ma Pan ochotę, to z wielką chęcią swojego użyczę.
        Przedstawię może swoje absolutne TOP 10 najlepszych płyt, jakie dane mi było przez 16 lat życia usłyszeć:

        1.Dream Theater – „Awake”
        2.Nevermore – „Dreaming Neon Black”
        3.Megadeth – „Rust in Peace”
        4.Death – „The Sound of Perseverance”
        5.Paradise Lost – „Gothic”
        6.Morbid Angel – „Blessed are the Sick”
        7.Alice in Chains – „Dirt”
        8.Dream Theater – ”Falling into Infinity”
        9.Vio-Lence – „Eternal Nightmare”
        10.Cynic – „Traced in Air”

        Reply
  16. Cookie

    Bardzo dobra recenzja; merytoryczna i w sposób rzetelny ukazująca słabe punkty „The Astonishing”. Trafia dokładnie w punkt, demaskując twórczą degrengoladę, jaka od kilkunastu lat eskaluje w tym zespole. Wiele jest czynników, które na ten galopujący kryzys twórczy DT się złożyły, ale niewątpliwie jednym z kluczowych jest obecność w składzie Jordana Rudessa, który – i tu zgadzam się z autorem recenzji – bez cienia wątpliwości jest najgorszym klawiszowcem w historii zespołu. Jego ciągotki do neoklasycznych motywów, fatalny gust w kwestii doboru brzmień (vide; nadużywane żenujące chóry z klawisza) oraz niczym nieutemperowane inklinacje do grania onanistycznych kilometrowych solówek najczęściej rozbijających dramaturgię kompozycji, stawiają go raczej w jednym rzędzie z licznym gronem niespełnionych absolwentów konserwatoriów. Co znamienne, wraz z jego rosnącą pozycją w zespole (na „The Astonishing” był już głównym obok Petrucciego kompozytorem materiału) wszystkie negatywne elementy takie jak; patos w niemożliwym do zniesienia stężeniu, pretensjonalność, wspomniane ciągotki do pseudoklasycznych harmonii, uległy intensyfikacji. Nawet solówki i riffy Petrucciego zostały tym wszystkim zainfekowane. „The Astonishing” stanowi swoiste apogeum upadku Dream Theater, wielki tryumf muzycznej bufonady nad autentyczną kreatywnością oraz dobrym smakiem.

    Pozdrawiam!

    Reply
  17. Marcin

    Starałem sie byc twardy i ledwo na raty odsłuchałem to coś az dwa razy…TRAGEDIA
    Zeby pozbyc sie smrodu po tej kupie odpaliłem z 6 albumów i kazdy naprawde kazdy po tym czyms jest cudowny…
    Muzycznie jest dno brak tu soczystosci dzwieków, pomysłów, melodyjnosci, pazura, brak tu dreamtheaterowania…Jest smętnie, nudno, strasznie i co najgorzej psychodelicznie…Nie wiem jak mozna w dwoch godzinach nie wsadzic jakiegos kolorowego trudnego do zagrania czegos w stylu the dance of eternity…
    Historia to moze i jakas tam jest niestety brak muzyki…
    Pierwszy raz mam tak ze nie odpalam nowej plyty z radoscia raz za razem jak napaleniec…Po prostu nie chce psuc sobie dnia tym strasznym wynalazkiem

    Reply
  18. piotr

    Przede wszystkim recenzja.Kolego,nie pieprz za przeproszeniem,żeś wielkim fanem DT.Im bardziej pochłaniałeś się jadem w stosunku do nowej płyty,tym częściej wspominałeś historię zespołu z naciskiem na tzw. „złe” strony”. Najgorszy klawiszowiec,od 1995 r. wokalista do d…,itd.,itd.Ty i cała horda tzw.znawców muzyki,w przypadku tej kapeli,musicie sobie uświadomić (a raczej za mało wam dojrzałości),że zespół robił i robi swoje.Nie będzie drugiej „Imagines…””Fallin'”,”Scenes…”.Tylko tyle.Jak każda nowa płyta DT,ta również jest dla inteligentnych i cierpliwych.I myślę,że prawdziwi fani pozostają przy swoich idolach.Wydawnictwo wspaniałe,w formie koncept albumu;słucha się,jak opowieść o długiej przygodzie.Bo przygodą jest „Astonishing”.
    A niedojrzałym życzę po prostu słuchania czegoś prostszego w odbiorze.

    Reply
  19. mario

    Szanowny Piotrze
    Napradę wspòłczuję Tobie że doszukujesz sie w nowej płycie Dream Theater opowieści która może i faktycznie gdzieś tam jest. Zapewne niedługo jakiś reżyser nakręci dla Ciebie i nie tylko jakiś wspaniały o tym film przygodowy.
    Ja osobiscie oceniam muzykę bo to zespół od którego się wymaga pięknej poplątanej zabawy na istrumentach a tu nie ma praktycznie nic. Sorry jak mam dostać od nich tylko opowiadanie to dziękuje bardzo wolę książkę.Także proszę nie wyjezdzaj tutaj z niedojrzałoscią bo to nie recenzja ksiazki i obawiam się ale ta niedojrzałosc bije od Ciebie…
    pozdrawiam

    Reply
    1. piotr

      „bo to zespół od którego się wymaga pięknej poplątanej zabawy na istrumentach „-zdaje się,że właśnie to większość krytyków zarzucała DT na poprzednich albumach.
      Przykre:denna recenzja,przepojona niechęcią,złośliwością,zawiścią…To takie „made in poland”,widoczne,niestety,w każdej dziedzinie życia w polskiej rzeczywistości.
      „And The Band Plays On”.I tak 3mać;)

      Reply
  20. marcin

    Umarł król niech żyje KRÓL-HAKEN !Teraz stefany z DT mogą czyścić buty takim jak HAKEN.Z CAŁYM SZACUNKIEM DO PIERWSZYCH PŁYT DT.

    Reply
  21. darek

    Słowem wstępu : DT „poznałem” 15 lat temu i od tamtego czasu zapoznałem się ze wszystkim co nagrali, w ciągu pierwszego roku niektóre ich płyty zupełnie „zdarłem” od słuchania.
    Podpiszę się pod opinią, że po Octavarium(i też by można z tym dyskutować) ten zespół się „skończył”.
    Na ich koncert odważyłem pójść się ostatni raz w 2009r(wcześniej byłem 5 razy) po wydaniu BC&SL, który w moim odczuciu – choć dosyć wtórny – zawierał „słuchalne” kompozycje i summa summarum nawet go polubiłem. Później było już tylko gorzej…na recenzowanej płycie to już apogeum…przedmówca napisał już wszystko co trzeba. Dotrwałem do połowy cd 1 i …usnąłem…Raczej już nie spróbuję ponownie. Doceniam,że spróbowali nagrać coś innego, ale to się nie udało…
    Coś jest na rzeczy, że od 10ciu lat ich płyty „leżą” kompozycyjnie.Portnoy chyba wiedział co robi odchodząc. BTW posłuchajcie The Winery Dogs, chociaż nic porażającego to Richie Kotzen robi świetną robotę komponując i grając, ale to „stary” mistrz…

    PS. I nie mam już 17stu lat jak coś…

    Reply
  22. ANDRZEJ

    rózne opinie i rózne odczucia.
    Ludzie , to jest majsterszyk muzyczny w cudownym wydaniu…
    Przesłuchajcie to może ze 3 razy , to dojdziecie:))) może i 5 razy???
    Płyta inna, ale z sensem i tyle.
    zagrana po mistrzowsku..
    KOCHAM TE PŁYTY I TĄ MUZĘ !!!!

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *