Jadąc na Brutala już po raz szósty z rzędu, ma się te swoje sposoby, trasy i sprawdzone pomysły. Tym razem było inaczej. Bardziej mokro i dłużej, bo namioty naszej ekipy stanęły w Jaromierzu już we wtorek. Nie skusiła nas jednak mobilna scena pod wałami, grające na niej ansamble raczej odstraszały. Po prostu: kierowca też chciał się napić piwa, wykonawszy pierwej swe zadanie. Wesoły wieczór w Józefowie miał punkt kulminacyjny pod lipami koło kostela, gdy część ekipy udała się na dalsze zajęcia w podgrupach, pozostali zaś – w kimę. W pewnym wieku odpowiednie rozłożenie sił jest piekielnie istotne.

Organizacyjnie wszystko dopięte było na ostatni guzik. Żadnych niepotrzebnych kolejek, system czipowy działający idealnie. Piw dostatek, i to z kilku różnych browarów. Pojawiły się nawet krafty. Żarełko zróżnicowane, choć ekspansja burgerowni trochę mnie zmartwiła. Dobrą bułę z krową zjem i w Bydgoszczy, od Czech oczekuję lokalnej kuchni.

Festiwal został wyprzedany, więc nie mogły zaskakiwać dzikie tłumy. Szczęśliwie zabrakło supergwiazdy, a rozrzut stylistyczny tradycyjnie był wielki. Tym samym każdy mógł uciec przed muzą, której nie chciał słuchać, i wszyscy byli zadowoleni.

 

Środa

Basen, obiadek i inne rytuały zajęły kilka godzin, ale namówiony przez redakcyjnego kolegę, nie spóźniłem się na The Lurking Fear. Szwedzka ekipa to At The Gates-bis, oglądało i słuchało się nieźle. Zaraz potem szybka ewakuacja na wywiad.

 

Czaiłem się na Gorguts, lecz występ spisuję na straty. Ciężko się słucha tak pokręconej muzy, co chwilę zmieniając miejsce pobytu. Po nich scenę opanował kultowy Root. Gdyby nasz Kat był dziś w takiej formie, pomarzyć można… Czesi łoją heavy-black metal i robią to doskonale, a wokalizy Big Bossa są równie potężne jak on sam.

Madball zniszczył, jak zwykle. Długowłosy obecnie Freddie szalał po całej scenie, reszta składu dokładała do pieca. Tuż po nich Metal Church. Jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Instrumentalnie miazga, a wokalnie… Mike Howe mógłby zawstydzić niejednego młodzieniaszka. Nie tylko fantastycznym śpiewem, ale i formą fizyczną. Był wszędzie!

Dillingerów już kiedyś widziałem, uciekając w popłochu. Wróciłem zatem na Master’s Hammer. Takiego black metalu nigdy za dużo. Czeska legenda zaprezentowała teatralny szoł z cyckami, ogniem i znakomitą muzą. Słychać było wprawdzie, że Franta Storm i spółka potrzebują więcej wspólnych występów, ale w tym podgatunku znacznie gorsze wykonania uchodzą za udane.

OverKill nie zwykł zawodzić. Nie był to wprawdzie tak obłędny show jak parę lat wstecz, lecz Blitz tradycyjnie rządził całą publicznością, a instrumentaliści nie dawali ciała. To był koniec początku. Spać!

 

Czwartek

Drugi dzień koncertowy okazał się najmniej intensywnym. Późna pobudka, przegapienie Exorcizphobii, a potem przedłożenie basenu nad Nervosę. Ech, te trudne wybory. Powrót na Havok. Amerykanie zagrali jeszcze lepiej, niż w 2013. Nowy basista o śląskim nazwisku wymiatał, zresztą w tej kapeli nie ma słabeuszy.

Występujący po nich Terror umie w hardkory bdb, ale wciąż miałem w pamięci znacznie lepszy koncert Madball.

Przerwa wywiadowcza, a potem Samael. Koszmar. Disco-metal pełną gębą. Nie dało się tego słuchać ani oglądać, co gorsza trudno było rozpoznać stare numery.

Zamiast Hatebreed był langosz, czego trochę żałuję, ponoć zamietli. Nie da się tego ostatniego napisać o chałturnikach z Emperora. Nie spodziewałem się występu pozbawionego energii, a właśnie taki był. Poprawnie odegrane klasyki to jednak za mało.

Opeth na żywo zawsze mnie męczył, a opad deszczu skutecznie wypędził z terenu.

 

Piątek

Zaczął się późno, od Sacred Reich, i o mały włos nie skończył po jednym numerze. Nawałnica uszkodziła telebim, zerwała bannery ze sceny, a ją samą zalała wskutek niemal poziomo padającego deszczu. Przerwa potrwała do końca szaleństw atmosferycznych. Kwartet z Arizony wrócił na deski i zagrał porywająco. Obyśmy doczekali się nowej, po 20 latach, płyty. Forma jest.

Intensywne opady rozmiękczyły glinę Josefova, więc poruszanie się po terenie stało się wymagające. Odpuściwszy z bólem serca Possessed, po powrocie ze strefy wywiadów zainstalowałem się na tarasie podczas występu Trivium. Wcale nie chciałem ich oglądać. Koszmarna kapela, choć to dobrzy muzycy. Gdy już wyczyściłem się z błota (wejście było trudne), obserwowanie kolejnych upadków parę metrów niżej było całkiem dobrą rozrywką.

Carcass wypadł znakomicie. Odpowiedni balans ciężaru i melodii, radość z gry i kontakt z publiką. Mniam.

Za to gdy na scenę wyszedł Electric Wizard, pozostała ewakuacja. Jak kocham doom, ta kapela męczy mnie i nudzi. Wywinąwszy dwa popisowe orły, zjechałem ostatecznie na dół niczym skoczek narciarski. Końcówka wieczoru upłynęła na oczyszczaniu ciuchów z kilkucentymetrowej warstwy błocka. Najgorzej.

 

Sobota

Wypoczęty i świeżutki zjawiłem się na koncercie Artillery. Duńska legenda thrash metalu zaskoczyła na wiele sposobów, niestety głównie negatywnie. Z klasycznego składu pozostał już tylko gitarzysta Michael. Pozostali, z wyjątkiem basisty, okazali się dramatycznie słabi. Zresztą lider również położył występ. Wstępu do „By Inheritance” nie rozpoznałem. Półtoraminutowa harmonia udała im się przez jakieś 2 sekundy.

Zaraz po tym fatalnym koncercie na scenę wyskoczyło trio zwane Prong. Wprawdzie od dawna nie budzą już mej ekscytacji, ale oglądało się ich dobrze. Ciekawa setlista, duże zaangażowanie.

Kolejna przerwa wywiadowcza, w efekcie spóźniłem się na pierwszy kawałek Demolition Hammer. Co wyczyniali na scenie ci niemłodzi przecież kolesie, zasługuje na specjalne honory. Ku mojemu zaskoczeniu nowojorscy thrashers zagrali najlepszy koncert festiwalu. Niewiarygodne połączenie precyzji i szaleństwa.

Nikt nie spodziewał się, że zapowiadane odegranie „Wildhoney” w całości przerodzi się w kabaret. Lider Tiamat przyjął bowiem stanowczo zbyt dużo narkotyków. W wieku 46 lat powinien już był znać swe możliwości. Johan Edlund nie wiedział gdzie jest, co grać i śpiewać. Klękanie na scenie, całowanie basisty, czego tam brakowało… Nie da się zapomnieć tego występu, z pewnością najśmieszniejszego jaki widziałem, odkąd jeżdżę do Jaromierza. Cały zespół doszczętnie się skompromitował.

Po tym wyjątkowym występie udałem się na łączkę w celach konsumpcyjnych i zakupowych, wracając na chwilę na Devin Townsend Project. Sorry Devin, za wcześnie było na pójście spać.

Mayhem. Ahem. Nie wiem, czym oni się uraczyli, ale wszystkie numery z „De Mysteriis Dom. Sathanas” brzmiały identycznie. Identycznie źle. Doceniłem tym samym koncert Emperora, oni przynajmniej zagrali poprawnie.

Na sam koniec nareszcie odwiedziłem scenę namiotową, gdzie niewdzięczna rola zamykacza przypadła Revocation. Amerykanie wypadli bardzo dobrze, wzbudzając u słuchaczy tęsknotę za… przyszłorocznym Brutal Assault. Taka już ta nowa, świecka tradycja.

Nie udało się zaliczyć nic, poza samą końcówką, z małej sceny, nad czym ubolewam. Trochę martwi też fakt, iż stoiska z płytami nie kryją już przede mną niespodzianek, niewielkie zakupy zrobiłem tylko u wyprzedażowych Niemców. Uwielbiam Brutala, nie wyobrażam sobie sierpnia bez tego wyjazdu, ale pora wybrać się też na jakiś inny zagraniczny spęd. Tylko czasu brak… z pewnością do zobaczenia za rok w tym samym miejscu.

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

????????????????????????????????????

Zdjęcia dzięki uprzejmości Leszka Wojnicz-Sianożęckiego

 

3 Komentarzy Dramat Tiamat i struktury poziome nawałnicy – relacja z Brutal Assault 22

  1. Her

    Będzie brutalnie-w tej ‚recenzji’ tak naprawdę nic nie ma.
    Żadnego komentarza odnośnie tego, co poszczególne bandy grały, a określenia typu ‚disco-metal’ do mnie nie trafiają.
    Za dużo filmików, za mało konkretów, za dużo biadolenia.
    Chyba czas zmienić festiwal.

  2. Ergo

    Tak tendencyjnego i ociekającego zramoleniem artykułu dawno nie czytałem – może Autor zamiast na festiwal metalowy powienien jeździć na mecze brydża? Tam prawdopodobnie byłaby odpowiednia ilośc emocji i profesjonalizmu do wieku duchowego Twórcy

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *