Współczesny metal niejedno ma imię. Dla innych będzie się on kojarzył z Mathcorem i Djentem. Dla innych z Metalcorem i Groove Metalem. Jeszcze inni nazwą go Melodic Death Metalem (z tą nieznośną tendencją przeładowywania go elektroniką, z czym można spotkać się dość często ostatnimi czasy). Nie jest jednak tajemnicą, że ogrom młodych zespołów w swej twórczości nawiązuje wprost do dokonań klasyków gatunku, może nie tyle chcąc powielić ich styl, co wszczepić jego część swojej muzyce. I nie jest to zabieg w żadnym wypadku zły. Chociaż nie wszyscy potrafią zachować przy tym indywidualność (Pozdrawiam wszystkie kapele z nurtu Thrash-Aż-Się-Zesrasz). Jeden z zespołów potrafił jednak  nie tylko zaczerpnąć z klasyków thrash metalu, dodając odrobinę amerykańskiego groove’u, przy jednoczesnym zachowaniu własnej tożsamości, ale także wytyczyć sobie kierunek na kolejne lata. Mowa tu o DoomsDay!

Pochodzący z królewskiego miasta, byłej stolicy Polski zespół Doomsday swoją karierę oficjalnie rozpoczął w roku 2012, wydając pierwsze EP „Cortege of Doom” w 2016. Trzy lata przyszło czekać na kolejną płytę. We wrześniu 2019 roku światło dzienne ujrzał pierwszy long-play zespołu, noszący tytuł „Gates of Sanity”. Mówiąc całkowicie uczciwie, nie mam bladego pojęcia co o niej sądzić. Z jednej strony jest to bardzo zdecydowany materiał, świetnie pokazujący co zespół chce grać, z drugiej strony próba wciśnięcia całych ostatnich trzech lat na jedną płytę, jest pomysłem tak durnym, że współpraca Braci Figo Fagot z Stachurskim wydaje się całkiem rozsądna. Przyjrzyjmy się temu!

Rzadko kiedy wspominam o intrze nagranym na potrzeby poszczególnych płyt, ale tutaj muszę to zrobić. Gdyż….nieco odstaje ono od reszty utworów. Jest w zasadzie doom metalowe. Z taką lekka nutką melodeath metalu. Niesamowicie wpada w ucho i aż chciałoby się, by stało się długim utworem. Dobre rozpoczęcie płyty, bo pozostawia niedosyt, a taka przecież jest funkcja intra, tutaj noszącego tytuł „Madness (intro)”. Dalej płyta oferuje nam…..14 utworów. CZTERNAŚCIE (w tym całkiem przyzwoite instrumentale „Corrupted Happines” oraz „XIII” i „World of Ruin„)! Słuchacz dostaje strzał w….buzie muzyką wybitnie inspirowaną Testamentem z czasów „The Gathering” (i w zasadzie wszystkim od tej płyty „w górę”), Machine Head, Sepulturą (I o dziwo nie tylko z czasów „Chaos A.D”, bowiem słychać tutaj sporo „Arise” a nawet „Beaneath the Remains”, czy „Roots Bloody Roots”, szczególnie w utworze „Closed„), Soulfly (A jakże…), gdzieś tam przebija się melodeath w stylu Dark Tranquility oraz At The Gates, jest nawet Illusion (Pozdro Lipa, a kawałek „Crook” mógłby równie dobrze nazywać się „Lipa my serio nigdy nie słuchaliśmy „Noża” i „Vendetty”….serio!”), czy Pantera (utwory „Lemmings” oraz „Call To war„, brzmią trochę jak wyrwane z „Reinventing The Steel„). Niezłe wzorce co? Tylko jest problem!

Słuchając płyty odnoszę wrażenie, że miała ona osiągnąć ten idealny balans między ciężkością, melodyjnością i ostrością. Między wolnym, ciężkim, rytmicznym groovem, a dynamiką. Nie można jednak powiedzieć, że się udało. Przynajmniej nie w pełni. Ostatecznie mamy 15 (No…..11, pamiętajmy o intrze i instrumentalach), ciężkich walców przeplatanych wyżej wspomnianymi wstawkami, które słuchane ciurkiem, pod rząd, mogą zwyczajnie zmęczyć. Nazwijmy to „Syndromem Exhibit B Exodusa (płyta pełna hitów, męcząca gdy słucha się jej w całej naraz)„. Mamy do czynienia z płytą, gdzie każdy kawałek słuchany osobno jest świetny, treściwy i przemyślany, puszczany jednak pod rząd ze wszystkimi innymi, jest tylko jednym z wielu walców. Ta płyta w zasadzie zawiera materiał, który bez przeszkód można by rozbić na dwa oddzielne krążki. I serio, wiem jak długie są ostatnie płyty Machine Head, ale nie oszukujmy się – podejrzewam, że sam Robb Flynn (Polecam z całego serca jego Instagrama, czytanie jego postów to mocny kandydat na najbardziej elitarne Guilty Pleasure na świecie) wie, że męczy już ludzi, skoro zamiast robić kolejny krążek, odgrzewa „Burn My Eyes„. I co teraz?

Myślę, że to czas na refleksję. Zespół nie gra od wczoraj. To dobrzy muzycy, dobrzy kompozytorzy. Cała płyta nagrana jest surowo, o co (prywatnie) nigdy się nie doczepię, zrażony wszendobylską sterylnością. Co nie znaczy, że brzmi źle. W żadnym wypadku! Brzmi nowocześnie, po prostu nie jak Nuclear Blast (Czego osobiście wcale bym nie uznawał za minus…). Myślę, że pierwszym co powinni zrobić to nie zapychać płyty na siłę. I dać więcej przestrzeni kompozycjom. Nie mniej kierunek, który obrali….bardzo na plus! Kwestia monotonii nie mogła jednak być tu ominięta. Pozostaje czekać, co przyniesie przyszłość. I trzymać za chłopaków kciuki!

 

Ocena: 7/10

Skład:

Karol  Wójcik – Gitara/Wokal

Wiktor Chojnacki – Gitara/Wokal wspierający

Kamil Bagiński – Perkusja

Adam Drewniak – Bas

Utwory:

  1. Madness (Intro)

  2. Gates of Sanity

  3. Call to War

  4. Well of Darkness

  5. Crook

  6. Corrupted Happiness

  7. Breath, Exhale

  8. Lemmings

  9. Facing the World

  10. Just

  11. Closed

  12. Holy

  13. XIII

  14. Goddamn

  15. World of Ruin

Jeremi „Jerry” Kołecki

 

1 Comment DoomsDay – „Gates of Sanity”: Recenzja

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *