W wywiadzie z 1998 r. zmarły niecałe 2 lata temu Prince zapytany został o to, czy kiedykolwiek zagrałby u boku hologramu jakiegoś nieżyjącego muzyka. Odparł wtedy:

To najbardziej demoniczna rzecz, jaką można sobie wyobrazić. Wszystko jest jakie jest i takie być powinno. Gdyby było mi pisane jammować z Duke’em Ellingtonem, to żylibyśmy w tych samych czasach. Ta cała wirtualna rzeczywistość… jest doprawdy demoniczna. A ja demonem nie jestem.

Również to, co zrobili z tym utworem Beatlesów [„Free As A Bird”], w którym zmanipulowali głos Johna Lennona, by zaśpiewał zza grobu… ze mną nigdy tak nie zrobią. Zapobieżenie takim rzeczom to kolejny powód, dla którego dążę do artystycznej kontroli.

Według świeżych doniesień podczas przerwy w nadchodzących finałach Super Bowl Justin Timberlake wystąpi u boku… hologramu Prince’a.

To pomysł jego siostry. Mówiła o nim już w pierwszą rocznicę jego śmierci…  Warto też wspomnieć, że przy okazji zezwoliła właśnie na sprzedaż alkoholu w należącym do Prince’a kompleksie Paisley Park Studios, mimo iż on sam nie pił i był temu za życia przeciwny.

Czy to zatem ważne, czego chciał? Nie ma go, więc pieprzyć go. Przepraszam. Trzeba „dbać o jego spuściznę”. Być może nawet „tak naprawdę on by tego chciał”, ale wiedzieli o tym tylko najbliżsi? A może to „prezent dla fanów”? Oni to już na pewno tego chcą! (e-e)

Znajdą się argumenty. Znalazły je dzieci Zappy, znalazła je wdowa po Dio, spadkobiercy Jacksona, 2Paca, Sinatry, Elvisa… Zresztą, co za różnica. Nie chodzi o to, by wierzyła w to garstka najbardziej oddanych fanów, ale cała reszta konsumentów. I tak wszyscy chcą słuchać tylko dawno nagranych, największych hitów, więc z gwiazdą żywą, czy martwą, biznes kręci się dalej. Jak gdyby nigdy nic.

W edukacji – super sprawa, każdy się chyba zgodzi. Takie medium ma ogromny potencjał (podobnie jak rozszerzona i wirtualna rzeczywistość). A w rozrywce? Gdzie leży granica, jeśli jakaś w ogóle jest? Może 2 lata po śmierci artysty to za krótko, ale czy 50 lat jest już ok?

Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie i to, czy się nam to w ogóle podoba, możliwe, że tego trendu technologicznego nie unikniemy i show z hologramami na żywo staną się w końcu ekwiwalentem dzisiejszego oglądania koncertów w kinie.  Po co je tam oglądamy, skoro za te same pieniądze co za bilet i popcorn można kupić DVD i obejrzeć sobie w domu, i to w dodatku wiele razy? Odpowiedź jest prosta: chodzi o wzmocnione doznania. Więcej, głośniej, ładniej… Ale zaraz. Czy nie da się jeszcze lepiej? Czy w kinie czegoś nie brakuje? Owszem. Sceny, trójwymiaru, publiki, żywych instrumentów… Nisza ta wbrew pozorom okazuje się więc ogromna.

Grecki miliarder, Alkiviades David, który dorobił się na butelkowaniu coca-coli, jest teraz w samym centrum holograficznego biznesu jako współwłaściciel i prezes firmy Hologram USA. To on odpowiadał za hologram 2Paca w trakcie festiwalu Coachella 2012 – wystarczy poczytać komentarze pod tym wideo, by zauważyć, ilu fanów – prawdopodobnie urodzonych już po śmierci rapera – chciałoby całej trasy. Minęły 22 lata.

Ale wizja Davisa sięga dalej. Chciałby na scenę przywrócić m.in. The Beatles. Nie wyklucza, że i samego Jezusa.

Z jego usług korzystają już nawet gwiazdy za życia.

Mariah Carey zarobiła zapewne niemałe pieniądze od T-Mobile, „dając” dla nich koncert, na który nie musiała nawet przyjechać – równocześnie odbył się w Krakowie i w miastach kilku innych państw. Powiedziała nawet ze sceny, że „jest zimno”! W istocie był to plan filmowy – operator komórkowy w ten sposób kręcił sobie świąteczne reklamy, nie musząc fatygować gwiazdy w te wszystkie miejsca. Po prostu nagrali ją raz tam, gdzie było jej wygodnie, a potem wyświetlili ją sobie tam, gdzie chcieli nagrać spoty.

Jack Black promując swój nowy film udzielił holograficznie wywiadu na innym kontynencie. Normalnie Star-trek!

Jimmy Kimmel co rok pojawia się na scenie w kilku miastach równocześnie, prowadząc swój show ze studia.

PSY z kolei otwarcie oświadcza, że „teraz chce być znany ze swoich hologramowych koncertów”.  To oczywiste. Kilka koncertów jednocześnie, nieporównywalnie mniejsza logistyka… Nawet jeśli cena biletów jest niższa to i tak się to niesamowicie opłaca. W dodatku takie występy, nawet darmowe – wzbogacone efektami specjalnymi, odpowiednią dawką humoru i interakcji z publiką – stanowią świetny sposób na budowanie marki, czyli zwiększanie popytu na bilety na prawdziwe koncerty. Serio, obejrzyjcie to wideo. Skrycie pstrykają fotki ludziom z publiki i w pewnym momencie pokazują je nad jego głową jak w jakimś Raporcie Mniejszości, a on wybiera, która osoba dostanie prezent. To jest genialne!

Może się nam w naszej małej, metalowej bańce wydawać, że to wszystko to jakieś absolutne novum na rynku i że takie występy to wciąż rzadkość przyciągająca co najwyżej liczone w tysiącach tłumy ludzi, w ramach jakiejś dziwacznej, acz sporadycznej trasy, czy kampanii, ale to nieprawda.

W Japonii i Korei Południowej to już niemal standard. Mają tam holograficzne hale koncertowe i zespoły występujące tylko jako hologramy. To kwestia czasu, aż Zachód podłapie. Wszak telewizory 8k pokazywali tam na targach, gdy w naszych sklepach „nie dla idiotów” Full HD wciąż stało na górnej półce.

Zresztą Hologram USA już też mają swój specjalny „kinoteatr” przy  6656 Hollywood Blvd w Los Angeles, w którym przez całe dnie, przez cały miesiąc można oglądać holograficzne występy. Aktualnie (w lutym) „zaszczyt ten” przypadł zmarłej w 1959 r., słynnej wokalistce jazzowej, Billie Holiday.

W połączeniu ze streamingiem i tranmisjami w TV (również płatnymi PPV) liczby generowane przez te wszystkie „spektakle” robią wrażenie. Mówimy o ponad 2 miliardach wyświetleń miesięcznie.

Tak – ludzie dosłownie oglądają na komputerze / tablecie / smartfonie / telewizorze „występ” „na żywo” nieżyjącej od dawna gwiazdy i z jakiegoś powodu „na żywo” wystarczy im jako bodziec, by za to zapłacić (pieniędzmi lub czasem wykorzystywanym przez reklamodawców). Nie potrzeba im wcale wielkiego nagłośnienia, publiki i in. bodźców wzmacniających doznania sensoryczne, by woleć to od DVD. Traktują to zupełnie tak, jakby oglądali transmisję z czegoś prawdziwego. Jak gdyby hologram był żywy.

A to wszystko tylko dzięki tej jednej firmie, która przecież ma równie ambitnych i szybko rozwijających się konkurentów na całym świecie.

Jak mówi Davis, „technologia z czasem gorsza się nie robi” i dodaje:

Biznes holograficzny już jest większy od pornograficznego. Będzie równie duży co przemysł filmowy.

Cholera wie, może to kiedyś tak spowszednieje, że my też zobojętnimy, zapomnimy, „jak to było kiedyś” i za 10-20 lat nie będziemy mogli się doczekać streamu holograficznego koncertu Slayera – wielkiego powrotu z Lombardo i Hannemanem? Czy nie byłoby to spełnieniem napędzanych nostalgią, niemożliwych marzeń?

Ja się „zdecydowanie raczej” na to nie nabiorę, ale gra nie toczy się tylko o moją duszę. Moje dzieciaki nigdy nie zobaczą Slayera. Są jeszcze za małe na koncertowy tłok finalnej trasy, ale już lubią posłuchać. One mogą więc nie mieć wyboru. Jeśli Benante ma rację i zostaną „same gówniane zespoły”, jeśli nie będzie już nowych ikon w metalu, które zajmą ich miejsce, to rynek i siwobrody już Kerry King, potrzebujący nowego zastrzyku wydawanej zbyt szybko na emeryturze gotówki, nie odpuszczą takiego popytu. Dla moich synów to po prostu może być rzeczywistość.

A ja za to zapłacę.

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *