Jest coś osobliwego w polskiej scenie heavy metalowej. Z jednej strony tęsknym okiem patrzymy w kierunku brytyjskich i niemieckich mistrzów gatunku, a z drugiej polskie kapele metalowe brzmią bardzo indywidualnie. Nie ma u nas wysypu identycznych kapel heavy/ power jak ma to na przykład miejsce w USA, Włoszech czy Grecji. Powodu takiego stanu rzeczy moim zdaniem należy szukać, w rzadkości powstawania u nas kapel heavy metalowych. Wystarczy przyrównać ich ilość do zespołów black czy death metalowych. Druga sprawa, że u nas heavy metal stoi na wyjątkowo wysokim poziomem. Niech moje słowa poświadczy nowa płyta Divine Weep, nosząca tytuł „Tears of the Ages”!

Divine Weep

1 października 2015 roku światło dzienne ujrzała druga płyta long-play zespołu Divine Weep, nosząca tytuł „Tears of the Ages”. 1 październik to dzień nie byle jaki. Tegoż dnia Aleksander Macedoński rozgromił wojska Dariusza III pod Gaugamelą. Tego dnia generał Francisco Franco ogłosił się szefem państwa i zwierzchnikiem armii hiszpańskiej. W końcu, tego dnia rozpoczęła się sprzedaż legendarnego „Forda T”. W cieniu takich wydarzeń Divine Weep wydało swoja płytą. I wiecie co? Jestem w stanie wpisać to wydarzenie w poczet tych wymienionych wyżej. Panowie Igor Tarasewicz (wokal), Bartosz Kosacki (gitara, klawisze), Dariusz Moroz (gitara), Janusz Grabowski (bass) oraz Dariusz Karpiesiuk (perkusja) zaserwowali nam ogrom najwyższej klasy heavy metalu przeplatanego thrash i power metalem. Chwała im za to! Jednak zacznijmy od początku.

Płytę otwiera pędzący „Fading Glow”. Idealne na początek. Wita nas pędząca gitara, wściekła perkusja i wyniosły krzyk pod samo niebo. Lepszego zaproszenia do dalszego słuchania Panowie nie mogli nam wysłać. Bardzo wyraźnie słuchać od samego początku wpływy Primal Fear, Saxon, sporo Iron Maiden, Judas Priest (szczególnie z czasów „Ram it Down” oraz „Painkiller”), U.D.O, słychać także kapkę Helloween. Mieszanka idealna. W takim klimacie mija nam cała płyta. I bardzo dobrze!
www.youtube.com/watch?v=2Xi5Jv1xTXM
Zdecydowanie cięższy i bardziej thrashowy jest kolejny utwór – „The Mentor”. Utwór o tyle, o ile gitarowo jest raczej przewidywalny, tak zmienny jest wokalnie. Od wysokich partii, przez niższe zawodzenie, aż po partię kojarzące się z Brucem Dickinsonem czy Robem Halfordem. Co jest ważne, podtrzymywana cały czas jest podniosłość i ostrość naraz. Kapela wiedziała doskonale jak zbalansować te dwa czynniki. Rutyna heavy metalu z thrashem zostaje także w pewnym momencie przerwana. Oto nadchodzi czyste, akustyczne przejście, okraszone tajemniczym wokalem, po którym wchodzi potężna solówka z wykorzystaniem „kaczki”. Whoaaaa!

Kolejny utwór to mój zdecydowany faworyt. Melodyjnym szybki, rytmiczny, a przy tym wszystkim nie jest cukierkowy ani monotonny. Mowa tu o „Day of Revenge”. Jego szczególnie mocnymi atutami są refren i solówki. Refren podniosły, solo szybkie i melodyjne, techniczne, ale nie przekombinowane. No i są „patataje”, „galopy” i melodia z podkładem na power-chordach. Ja bym puścił to do radia, ale to ja. Utwór jest zróżnicowany, a przy tym wszystkim nie odrzuca przepychem. Czołówka z płyty!

Czwarty numer – „Last Breath” może nas wprawić w zastanowienie. Intro na basie, mniej nasycone dźwiękami solo, spokojniejszy wokal, wolniejsza perkusja, tłumione gitary. Czy to źle? W  żadnym razie. To po prostu zmiana charakteru płyty, po tym co było wcześniej. I to zmiana bardzo pozytywna.

Mieliście nadzieję, że „Last Breath” podyktuje resztę płyty? Sorry, zapomnijcie. „Petrified Souls” to taki liryczny cios w twarz. Taki karny bolec za bycie niegrzecznym. Z jednej strony mamy tu potężne, w zasadzie speed metalowej intro, z drugiej czyste, heavy metalowe zwrotki i refrren, a potem na uspokojenie czyste przejście. To taka chwila zmęczenia w czasie seksu. A potem dalej, srogo do przodu. I koniec utworu solówką. Kurde, mocny kawałek. Za pierwszym razem mi się nie podobał. Mea culpa maxima!

Macie taki moment, że słuchając dobrej płyty, czekacie na zły kawałek? Nie tym razem. Chciałem się doczepić. Nie mogłem. „Imperious Blade” to cholerny majstersztyk. Zakochałem się w intro. Płynne, melodyjne, w umiarkowanym tempie, jak z resztą cały utwór, z wyjątkiem przejść. Coś świetnego. Prawdziwy hicior. Ma też jeden ogromny plus. Powoduje, że płyta się nie nudzi. Plus szczególnie ważny, zważywszy na fakt, jak bardzo wybredni i niecierpliwi potrafią być fani.

Divine weep

Saxon, Saxon, więcej Saxon, i trochę Iron Maiden. Tak bym opisał „Never Ending Path”. Krótki, zwięzły, żywy utwór. Taka ultra przyjemna „zapchaj dziura”. Idealne na koncerty, na których mam nadzieję, będziemy mieli szansę go wysłuchać. Jakby w kontraście do niego stoi następny, tytułowy „Tears of the Ages”. Utwór „wielowarstwowy”, zmienny i rozbudowany. Obfity w przejścia. Od dynamicznych szybkich riffów, po umiarkowane. Coś świetnego. Jest też w idealnym miejscu na płycie. Szybko wpada w ucho, nie będąc przy tym ani nachalnym, ani słodkim. Heavy metal z pełną klasą.

Przed nami zostały dwa kawałki. Oba bonusy. Oba nietuzinkowe. 8-minutowy długas „Age of the Immortal”. Pełen majestatu i epickości, obfity w melodie i liczne przejścia, mocno melancholijny, co szczególnie słychać w solówkach. Zdecydowanie wolniejszych, precyzyjnie skomponowanych. Jak na ironię w tym utworze jest najszybsza perskusja, jak tak teraz myślę. Nie zabrakło też wolnego przejścia, jednak tym razem pierwsze skrzypce gra wokal, już nie gitara. I na koniec galloping. To taki skondensowany w jeden utwór heavy metal, ze wszystkimi swoimi wytycznymi. A to już sztuka zrobić coś takiego. Drugi to polsko-języczna wersja „Tears of the Ages” – „Łzy wieków”. Bardzo dobry ruch, tym bardziej, że język polski nie dość, że idealnie tu pasuje, to jeszcze panowie genialnie przetłumaczyli tekst pod instrumenty. Nic więcej jednak nie powiem. Płyta się skończyła.

Jestem niemal zawiedziony tym, że nie mogę się do niczego przyczepić, chociaż bardzo próbowałem. Bardzo dobre kompozycje, wysokiej klasy umiejętności, świetny wokal, wyważona długość płyty (50 min), pędząca perkusja, różnorodność utworów. Czego chcieć więcej? Prawdziwy, rasowy heavy metal z naleciałościami power i thrash metalu. Godny reprezentant Polski za granicą. Nie słuchać tu ani krztyny braku autentyczności. Coś zdecydowanie godnego polecenia. Daję 10/10. Mniej nie ma sensu. Mam nadzieję, że nie zawiodę się w przyszłości.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *