Każdy z nas był kiedyś w takim stanie, że jakiegoś zjawiska nienawidził do tego stopnia, że każde skojarzenie z nim budziło obrzydzenie. Jedni dawali się pochłonąć tej antypatii, jeszcze inni nad danym zjawiskiem usiedli i pobadali, a jeszcze inni BACH! Dali się nawrócić, a przynajmniej nie było w nich już takiej niechęci. Ja tak miałem z nowoczesnym metalu, który do mnie nie dociera totalnie przez swój brak autentyczności, przerost formy nad treścią oraz absolutną powtarzalność i rutynę. Niestety, Deadpoint nie pozwoliło mi siedzieć sobie w pokoju i przeklinać współczesny metal. Oni pokazali mi i wielu innym sceptykom jak go dobrze zagrać. Panowie i panie zapraszam was do zagłębienia się w treść słów spisanych przez człowieka, który musiał zrewidować własny pogląd na temat współczesnego nam łojenia. Niech ta recenzja da sceptykom do myślenia.

www.youtube.com/watch?v=8GTYruPxqt4

W sierpniu 2015 roku polska ekipa z Wrocławia – Deadpoint wypuściła w świat swój debiutancki longplay – The Art of Deception. Mimo pierwotnego sceptycyzmu jaki towarzyszył mi w czasie puszczania tej płyty, stwierdziłem: A dobra. Niech stracę. Jazda. No zdecydowanie nie straciłem. Nikt kto to puści nic nie straci. Zyska za to dobrze zagraną muzykę z pogranicza groove metalu, metalcore’u a nawet thrash metalu. Można by pewnie stwierdzić, że w sumie nic nowego, bo żyjemy w czasach gdy metalcore i groove metal mają się jak najlepiej i tego typu wydawnictw ukazuje się sporo. No prawda. Ale nie każde jest TAK dobre. Ale po kolei. Pierwszym utworem jest intro zatytułowane „Origen”, opływające w tapping i mroczną aurę, która ma nas wprowadzić w następujący po tym kawałek „Lapidus”. I tu już nie ma przebacz. Ciężko, agresywnie, nowocześnie i bez litości. Idealny utwór na początek płyty. Jak lubicie Soulfly albo Fear Factory, szczególnie za ich ciężar, tym lepiej. Dobrym akcentem utworu jest kobiecy chór, nasuwający na myśl skojarzenia orientalne, wkomponowany w ciężkie riffy autorstwa Michała Rybaka i Łukasza Jurkiewicza. Styl grania tych panów to wypadkowa ciężaru i gęstości. Oni nie dadzą nam odpocząć. Będą tak długo łoić riffy aż będziemy mieli głowy przy samej ziemi. Dalej natrafimy na utwór „Dead Nation”. Bardzo różnorodny. Wokalista zespołu – Cristian Alex Segura raczy nas szerokim spectrum możliwości własnego głosu. Serio. Czego ten człowiek nie potrafi. Głębokie growle, wyraziste screamy, czyste wokale, wycieczki w stronę gutturalu. Dla mnie bomba. Gitarzyści też tu nie próżnują. Budując utwór na zasadzie kontrastu pomiędzy, ciężkim wolnym intro, dynamicznymi zwrotkami i mocarnym, ciężkim przejściem, nakreślają w pełni kierunek, do którego płyta zmierza. Ciężki i agresywny groove metal z naleciałościami thrash metalu i metalcore. Z resztą skoro o agresji mowa, to warto przyklęknąć nad utworem „Deceiver”. Toć to co tu się dzieje, to muzyka na pole bitwy albo ring bokserski. Czysta agresja i gniew. Moim skromnym zdaniem najlepszy utwór na płycie, i najdłuższy, bo 6 minutowy. Dużo tu thrashu, ale nie to przykuwa najbardziej uwagę. Tylko mocarna perkusja Michała Wasilewskiego i bas Marka Kordasa. Gdyby nie oni, ten otwór jak i płyta w ogóle, byłby po prostu mdły. Wasilewski ma diabła w nogach a Kordas palce z tytanu.

Deadpoint

Kolejne dzieło zawarte na płycie nosi wdzięczny tytuł „Sick & Tired”. Dobra rzecz. Pierwsze skojarzenia idą zdecydowanie w stronę Meshuggah. Potem wchodzą thrash metalowe sympatie, zwieńczone potężnym wokalem Segura. Ale żeby nie było, że „drze on tylko japę” to dorzuca czyste partie, zresztą bardzo dobre. W tym utworze gra on główne skrzypce, zdecydowanie. Bardzo wiele można też tu znaleźć z Machine Head, szczególnie z czasów „The Blackening”. W ogóle po którymś już z kolei odsłuchaniu można mieć uczucie, że ta płyta położyła swój cień na całym debiucie Deadpoint.

Pamiętacie jeszcze w ogóle kapelę z Ohio – Chimairę? Jeśli tak, to „Over the Masses” potężnie się wam spodoba. Nieśmiało też do tego utworu wkrada się potężna dawka melodii, oraz genialne, czyste wokale. Ale za krótko! Będę się czepiał do śmierci, to powinno trwać dłużej, chociaż o 4 wersy! To perfidnie pobudzanie głodu. Tak się nie robi! Swoją drogą, jest jakiś urok w tym, że leci sobie potężny metalowy wałek, bez żadnej litości a tu nagle BACH! Melodyjny, piękny fragment. Jak wyrwana kartka z książki, którą wklejono gdzie indziej. Ale udało się! Ciekawa sprawa jest z kawałkiem „Dominated”. Dynamika i prędkość to jego synonimy. Poza tym ostrość. Ogromna ostrość. I energia. Kawałek stworzony wręcz na koncerty. Wyczuwam w nim pewną analogię, pewne nawiązania do Lamb of god. Jeśli kojarzycie płytę „Ashes of the weak” i kawałek „Now you’ve got somethinf to die for”, to wiecie o co mi chodzi.
Kolejny utwór na płycie to dla mnie w ogóle zagadka. Fani ostrego, nowoczesnego łojenia będą pewnie na to dzieło przeklinać strasznie, ktoś może nawet się obrazi. Jeśli ktoś taki się znajdzie, to mam dla niego wiadomość: P……l się. Choć nie powiem, sam musiałem się upewnić czy w czasie przesłuchiwania płyty mi nie przeskoczyły. Otóż nie. O tym utworze, wszystkie negatywne opinie jakie się pojawią Deadpoint powinni mieć głęboko w dupie. Mowa tu o „Black Arrows”. Groove, groovem. Ale tu są potężne nawiązania do Opeth, Porcupine Tree czy Riverside. Szczególnie w linii wokalnej. Spokojny, lekko melancholijny, swobodnie płynący wokal, stonowana perkusja, plumkający bas. Oczywiście, nie brakuje tu potężnego, metalowego gitarowania czy głębokich, gardłowych screamów. Ale „Black Arrows” to niesamowity wyjątek na płycie. Nie skłamię, jeśli powiem, że wiele w nim progresji. Wiele różnorodności. Są tu nawet nawiązania do Alter Bridge, co wielu prawdopodobnie odrzuci. Trudno. Są pewne gatunku muzyczne, do których trzeba się mentalnie dostosować, nastawić swoją psychikę. I z tych gatunków właśnie tu czerpie Deadpoint. Jak dla mnie – rewelacja.

Ale lecimy dalej. „The Blinding Sanity”. Jak ktoś powie, że to powrót do normalności, to ma rację. A jak ktoś po „Black Arrows” przestał słuchać płyty, to niech żałuje. „The Blinding Sanity” jest jak cios w twarz po wiosennym spacerze. Lepszego miejsca na płycie nie mógł zająć.
No i zbliżamy się do końca. Zostały dwa utwory. Z pierwszym z nich jest problem. Nie ma tu tego WOW, które było przy poprzednich, bo jest on jakby przedłużeniem „Lapidus” albo „Deceiver”. Szybko, ciężko, agresywnie. Na płytę pasuje idealnie, pytanie tylko czy był niezbędny. Wielkim plusem opisywanego „Slave-Reborn” jest refren. Rytmiczny, melodyjny, agresywny. Poza tym mocny w słowach. Korzystając z prawa cytatu, pozwolę sobie przytoczyć jego fragment:

„New incarnation of your god, outside your crust, transfer your soul”

Jestem ciekawy ile osób się przez ten utwór obrazi. Swoją drogą, jak trzeba być słabym by czyjeś poglądu mogły obrażać. Ale to temat na inną dyskusję. Pozostał nam ostatni utwór. Z jednej strony mamy tu spuszczenie z tonu i zwolnienie tempa, dużo melodii, dużo czystych wokali, melodyjne solo, a z drugiej dużo łomotu i ciężaru. Poza wspomnianymi przeze mnie wcześniej naleciałościami, słychać tu trochę Mastodon. Utwór „The Grand Oppressor” stanowi podsumowanie całej płyty, skumulowanie tego co w niej najlepsze. Idealnie nadaje się na koniec tego 49 minutowego dzieła.
Dotarliśmy szczęśliwie do końca. Płyta była dla mnie zaskoczeniem i to dużym. Jako oponent wielu odłamów współczesnego grania nie byłem w stanie przejść obok niej obojętnie. Deadpoint stworzyło dzieło, które może zarówno spodobać się sceptykom jak i przypaść do gustu fanom tego typu grania. Problem mam jednak z oceną. Pierwotnie planowałem ocenić płytę na dwóch płaszczyznach: w stosunku do ogółu rozwoju polskiej sceny metalowej, oraz w stosunku do własnych upodobań. Zrezygnowałem z tego. Płyta zarówno broni się przed radykalną krytyką, jak i pozostawia wiele wątpliwości, od taki dualizm. Wystawiam jej 7,5/10, ze względu na brak zaufania jakim darzę zarówno debiuty kapel jak i groove metal. Ta muzyka wzbudziła już zbyt wiele wątpliwości, od chwili swego powstania, by móc być względem niej bezkrytycznie ufnym. Chociaż to nie tylko problem groove metalu. Miło będzie do „Art of Deception” co jakiś czas wracać. Bez żadnego zażenowania polecam ją każdemu kto kiedykolwiek miał styczność z muzyką metalową. Jestem ciekawy w jakim kierunku pójdzie Deadpoint w swojej dalszej karierze, a sam życzę im powodzenia.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *