Szósty czerwca, Malmo. Wiecznie zabiegany tour manager Megadeth, Ivan, powiedział nam, że mamy tylko kilka minut. W sumie pogadaliśmy prawie pół godziny, a David okazał się rewelacyjnym i bardzo otwartym rozmówcą. Nie wszystkie poruszone tematy się tu znalazły, ale efekt finalny powinien się Wam spodobać. Z Davidem Ellefsonem, basistą i współzałożycielem Megadeth rozmawiamy o religii, jego pobocznych projektach, nowej książce, nowej płycie, o tym co wnieśli do zespołu Kiko Loureiro i Dirk Verbeuren, a także… o fatalnych polskich drogach w latach dziewięćdziesiątych. Zapraszamy!

Zanim zacznę, chciałbym powitać Cię w imieniu zespołu Heavyrocka. Z zajawek w mediach społecznościowych można wywnioskować, że przygotowujecie niespodzianki dotyczące zarówno setlisty, jak i całej trasy. Czy mógłbyś zdradzić więcej szczegółów? Co nas czeka?

W tym roku świętujemy 35-lecie istnienia Megadeth. W czerwcu tego roku ukazuje się zremasterowana i zremiskowana edycja The Final Kill z Killing Is My Business…. Setlisty na tej trasie zawierają kawałki z różnych albumów, szczególnie te najbardziej lubiane przez fanów. Podczas tych sześciu tygodni trasy zagramy kilka takich numerów, których nie graliśmy w Europie ostatnim razem. Niektóre z nich także dzisiaj.

Piszesz także nową książkę. Co wnosi ona w odniesieniu do poprzedniej? W poprzedniej skupiasz się bardziej na twoim życiu prywatnym, problemach z narkotykami. Postanowiłeś rozwinąć te tematy, czy poruszyć zupełnie nowe?

Jeśli jesteś fanem Megadeth, to zdecydowanie jest to książka którą chciałbyś przeczytać. Chciałem, żeby czytelnik mógł sięgnąć po nią nawet nie znając poprzedniej, by była w pełni samodzielna. Wcześniej pisałem głównie o spektrum spraw związanych z moim dorastaniem, przeprowadzką do Hollywood, założeniu zespołu, zaraz potem nastąpił szybki przeskok do okresu walki w uzależnieniem, czasu, gdy moje ścieżki krzyżowały się z rozmaitymi kwestiami wiary i religii. Tym razem opisuję dokładniej wyprowadzkę z Minesoty oraz swoją podróż powrotną. To stanowi dużą część nowej książki. Skupiam się na części historii zespołu, która nie została nigdy porządnie opowiedziana. Nasza historia od wydania Rust in Peace została już opisana, jednak wczesne lata pozostają nieopowiedziane. Skupiam się właśnie na tych szczegółach z wczesnego okresu działalności Megadeth. Swój wkład w książkę włożyli moi liczni przyjaciele. Ta książka to po prostu coś, co musisz mieć.

Ze smutkiem przyjąłem wiadomość o odwołaniu koncertów Metal Allegiance, mających odbyć się latem podczas europejskich festiwali. Dlaczego tak się stało? Czy w przyszłości planujesz przekształcić Metal Allegiance w bardziej regularny projekt, więcej koncertować i wydawać więcej albumów? Jaki skład był planowany na ten rok?

Cała trasa została zaplanowana z myślą o albumie, który miał ukazać się w czerwcu, najpóźniej pod koniec lipca. Całe przedsięwzięcie skończyło się niestety przesunięciem daty wydania albumu na siódmego września. Koncert inaugurujący wydawnictwo odbędzie się zatem szóstego września w Nowym Jorku. Stamtąd ruszymy w trasę, która zostanie ogłoszona w stosownym czasie. Nowy album jest o wiele bardziej “europejski” niż poprzedni. Artyści biorący udział w jego tworzeniu to w sporej części Europejczycy, w dużej mierze związani z thrash metalem. Do tego Alex Skolnick bierze udział w pożegnalnej trasie Slayera z Testamentem. W obliczu wyżej wspomnianych wydarzeń, uznaliśmy, że lepiej będzie rozpocząć trasę wtedy, gdy nasz skład będzie pełny i silny. Nie chcemy grać jako połowa Metal Allegiance.

Jaki jest zatem stały skład zespołu?

Zazwyczaj jestem to ja, Skolnick, Portnoy i Menghi. Oprócz nas wielu gości, między innymi Mark Osegueda, nasz główny wokalista podczas tras, Bobby Blitz z Overkill, John Bush, Christina Scabbia. Chcemy wrócić jako jeden, silny skład, taki jest cel tego projektu.
Gdy zaczynaliśmy, graliśmy jedynie covery dla zabawy. Później stwierdziliśmy “hej, nagrajmy album”. I właśnie ten album sprawił, że staliśmy się poważnym zespołem. Chciałem, żeby Metal Allegiance istniało jako artysta, a nie tribute band, który nagra kilka coverów popularnych kawałków dla zabawy. Drugi album ma za zadanie udowodnić ostatecznie, że tak właśnie jest. Chcemy, by ludzie przychodzili na koncerty nie tylko że względu na stare przeboje, ale także jako fani naszego autorskiego materiału.

Czy zatem możemy w przyszłym roku spodziewać się Metal Allegiance w Europie?
Tak, taki jest plan.

Czy na tej trasie planowaliście jakichś gości specjalnych?
Mieliśmy zaplanowanych kilku, ale nie było sensu ściągać tu wszystkich. Wydanie albumu zostało rozciągnięte w czasie, a Alex wyjechał w trasę. Czasem lepiej słuchać się takich znaków. Być może to nie jest właściwy moment. Odwołanie trasy nie przyszło nam łatwo, ale bez tego uniemożliwilibyśmy niektórym udział w projekcie. Tak po prostu będzie lepiej, by nie zawieść zarówno fanów, jak i samych członków Metal Allegiance.

Dalej jesteś pastorem?
W zasadzie już nie. Pomogłem rozbujać Kościół Megalife, część wspólnoty luterańskiej. Byłem tam przewodnikiem wspólnoty. Później, gdy już się rozkręcił, wróciłem na cały etat do Megadeth.

Czy religia pomaga przetrwać ciężkie życie w trasie?
Nie tylko życie w trasie, ale życie w ogóle! Tak przetrwałem to życie i tak przetrwam życie wieczne.

Jako ateistę zawsze ciekawiły mnie przypadki ludzi, którzy doznają duchowego odrodzenia. Byli agnostykami, ateistami, bądź po prostu stronili od religii, a w pewnym momencie w ich życiu następuje zwrot w kierunku Kościoła. Zastanawia mnie, czy ta zmiana rzeczywiście tak pozytywnie wpływa na życie, czy jest raczej czymś, do czego sami siebie przekonujemy, bo odczuwamy potrzebę wierzenia w cokolwiek

Nie sądzę bym kiedykolwiek przeżył takie “odrodzenie”, o jakim mówią chrześcijanie. Dorastałem w środowisku kościelnym, byliśmy rolnikami w Minessocie i chodziliśmy do kościoła w każdą niedzielę. Każdy tak robił, tak po prostu musiało być. Nie angażowałem się w to jednak i żaden z nas nie był przywiązany do niczego takiego gdy zakładaliśmy Megadeth. Brałem narkotyki i nasiąkałem rockandrollem i na tamtym etapie bylo to dla mnie w porządku. Jednak sposób, w jaki wychowywano mnie, zawsze w pewien sposób we mnie rezonował. Gdy miałem 25 lat musiałem wyciągnąć się z narkotyków, byłem w rozsypce. Zapominałem przez to o moich marzeniach, muzyce, Megadeth i postanowiłem podjąć się zmian. Nie da się od tak odstawić narkotyków i pójść dalej swoją drogą. Zwykle wchodzisz potem w coś innego – hazard, alkohol, to coś zostanie i będzie objawiać się gdzieś indziej.

Przeszedłem przez wiele terapii odwykowych i pewnego dnia po prostu zacząłem się modlić. Odkryłem, że jeśli się modlisz, rzeczy się po prostu dzieją. Najpiękniejsze w tym jest to, że nie musisz do końca wierzyć, możesz uważać, że to wszystko bzdury, a w końcu wszystko i tak układa się pomyślnie. Pomodliłem się i przetrwałem ostatni wieczór z narkotykami. I byłem czysty! Tak zaczęły się najlepsze lata mojego życia i mojej kariery. Gdy kościół poprosił mnie o pomoc, stwierdziłem “pewnie, czemu nie, jeżeli tylko mogę być pomocny”. David Ellefson nigdy nie odszedł z Megadeth z powodów religijnych. Czasami po powrocie do domu z prób Megadeth, byłem proszony o zagranie w kościele. Odpowiadałem “jasne, nie ma problemu, tylko nie wrzucajcie tego na YouTube!”. Tak właśnie funkcjonuję, od “Holy Wars” do “holy songs”.

To prawie jak Steve Harris z Iron Maiden , który zaraz po trasie Iron Maiden wyrusza w trasę British Lion.

Tak, dokładnie! Dobrze rozumiem Steve’a i to, dlaczego to robi. Jestem przede wszystkim muzykiem, byłem nim od zawsze. Grałem w Megadeth, w jazzbandzie, w coverbandach, w różnych zespołach tworzących własny materiał. Robiłem już wszystko. Jako muzyk, kiedy wracam do domu z trasy, dziwnie się czuję nie grając. Ludziom może wydawać się dziwne, że gram w kościele. Wbrew pozorom, nawet to jest rozwijające, utrzymuje mój umysł i słuch muzycznie nastrojone. Poza tym, w muzyce kościoła kryje się ogromna siła. Sądzę że niejednokrotnie miała ona wpływ nawet na takie osoby, które nie przepadają za środowiskiem kościelnym. Ta muzyka jest na tyle bogata i różnorodna, że każdy może w niej odnaleźć coś, co mu się spodoba.

Czy czujesz presję związaną z następnym albumem Megadeth? Dystopia była bardzo wysoko oceniana przez recenzentów, nie wspominając już o Grammy, którą udało wam się zdobyć. Czy nowy album podąży śladem Dystopii, czy tym razem planujecie nagranie kolejnego wolniejszego i spokojniejszego albumu? 

Co ciekawe, sposób pracy wyszedł od Dirka. Jeszcze nie nagrał z nami płyty, ale mocno popycha nas w stronę zrobienia tego tak jak za czasów Killing Is My Business. Po prostu wejść do studia i nagrać. Jest klimat, jest energia, wszystko naprawdę dobrze funkcjonuje. Wiesz, ciężko jest utrzymać cztery drapieżniki w klatce w tym samym czasie, ale naprawdę dobrze nam się razem pracuje.

Pracujecie razem, czy osobno?
Od So Far, So Good.. So What?, nie licząc Youthanasii, zawsze pisaliśmy i nagrywaliśmy w większości osobno. Proces tworzenia zawsze jest nieco inny z każdym albumem. Przed tą płytą mamy bardzo otwarte umysły. Dystopia była czymś, co skierowało nas na właściwe tory, a to jak została przyjęta utwierdza nas w tym, że obraliśmy dobry kierunek. Kiedy napiszesz coś dobrego pojawia się pokusa, aby napisać dziesięć podobnych numerów. Wiemy, że fani chcą dostać szybki thrash, ale wyzwaniem jest by na jednym albumie zmieścić kawałki w stylu „Symphony of Destruction” i „Good Morning/Black Friday”. Myślę, że na Dystopii znaleźliśmy na to sposób. Są tam różne kawałki, także mniej oczywiste jak „Poisonous Shadows” i „Conquer or Die”, ale też thrashowe. To droga, którą chcemy podążać.

Jak porównałbyś Kiko i Dirka do poprzednich muzyków? Nie chodzi mi o wskazywanie kto jest lepszy i robienie rankingów, ale o wskazanie różnic.
Jeśli chodzi o Dirka, to jego serce, postawa, entuzjazm i jego niesamowite umiejętności, ale to co go wyróżnia, to jego zrozumienie dla muzyki Gara. Świetnie gra się z nim kawałki z „Killing”, bo on czuje ten specyficzny styl. To pierwszy perkusista Megadeth, który to potrafi. Po prostu reinkarnacja Gara.

Z kolei Kiko jest muzykiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest niesamowity, często po prostu siada i zaczyna grać na pianinie. Podobnie jak ja i moje dzieciaki, które dorastały grając, a moja córka ma do tego wielki talent, podobnie jak do śpiewania. Jest bardzo utalentowana… Co do Kiko, to kiedy gra, często do niego dołączam z basem. Dirk siada za perkusją i jesteśmy jammującym jazzowym tercetem. Właśnie to najbardziej wyróżnia Kiko, jego zrozumienie muzyki nie tylko z perspektywy gitarzysty. Uwielbiam to, bo przypomina mi czasy sprzed założenia Megadeth, gdy grałem w zespole jazzowym, albo w orkiestrze.  Obaj wnoszą bardzo dużo do zespołu.

Wykorzystacie takie mniej oczywiste instrumenty na nowej płycie?
Już na Dystopii trochę tego było. Intro na pianinie w „Poisonous Shadows”, akustyczna gitara w „Conquer Or Die”, orkiestrowe aranżacje w tym pierwszym… Pisałem już riffy na pianinie, jak np. „Family Tree”. Myślę, że gdy byliśmy w studio i Kiko grał na pianinie, to zainspirował wtedy Dave’a. Takie rzeczy mocno wpłynęły na Dystopię.

Myśleliście o koncertowym wydawnictwie? Trzyletnia trasa, wiele koncertów, świetnie przyjęty album, wiele z nowych numerów zagraliście na żywo.

Rozmawialiśmy o tym, DVD albo live album. Takie pomysły zawsze się pojawiają. Nie zrobiliśmy tego jeszcze, teraz myślimy raczej o pisaniu nowego albumu po powrocie z Europy. Megadeth jest w momencie kariery, w którym nie musimy nagrywać ciągle nowych rzeczy i ruszać od razu w trasę. Możemy zrobić koncertówkę, możemy zrobić reedycję – tak jak Final Kill, a możemy zorganizować bootcamp [weekend z Megadeth na rancho Dave’a Mustaine’a].

Gracie w tym roku koncerty z Judas Priest, jak w ogóle do tego doszło, że ruszyliście we wspólną trasę?

Cóż, pomaga to, że jesteśmy w tym samym wieku! Szczerze, jestem wielkim fanem Priest i ich nowej płyty, która obok „Prequelle” Ghost jest dla mnie płytą roku. To jeden z albumów, których uwielbiam słuchać od początku do końca. Pamiętam jak byłem jakiś czas temu na ich koncercie w Phoenix. Zawsze oglądam inne zespoły gdzieś z backstage, albo z boku sceny. Tym razem po prostu poszedłem w publikę i oglądałem ich stojąc na wprost nich, jak każdy inny fan. Zespół brzmi świetnie, są w bardzo dobrej formie. Mimo problemów Glenna Tiptona, które bardzo mnie zasmuciły, zdołali poradzić sobie z tym zatrudniając Andy’ego Sneapa. Robi tam świetną robotę, znamy się jeszcze z pracy przy płytach Megadeth. Granie z Priest to okazja, której po prostu nie chcieliśmy odpuścić. Graliśmy razem już w latach dziewięćdziesiątych, gdy my wydaliśmy „Rust in Peace”, a oni „Painkiller”.

Szkoda, że jestem za młody żeby widzieć to na żywo!
O tak, to było świetne! Teraz po tych wszystkich latach jesteśmy znowu razem. Starsi, bardziej doświadczeni, ale przetrwaliśmy i możemy ponownie grać wspólne koncerty. Jak dla mnie Priest i Megadeth to zestaw idealny!

Zamierzacie jechać w jesienną trasę po USA, czy wchodzicie do studia i skupiacie się tylko na nowej płycie?
Rozważaliśmy to, ale podjęliśmy decyzję, że tego nie robimy. Wiesz, w Ameryce jest inaczej. Tutaj jest tak wiele festiwali, że możesz przyjechać do Europy rok po roku i odwiedzać zupełnie inne miejsca. Jeśli chodzi o Stany… czasami dobrze zrobić sobie rok przerwy. Będzie Metal Aliegance, sporo innych rzeczy którymi się zajmę, gdy Megadeth nie będzie w trasie.

Czyli nawet bez trasy zajęć Ci nie zabraknie?
Zdecydowanie. Jest wiele rzeczy do zrobienia.

Ponieważ jesteśmy polskim serwisem, a Wy niedługo w Polsce zagracie, czy możesz podzielić się jakimiś historiami z polskich koncertów?
Pierwszy raz graliśmy na festiwalu z Bruce’em Dickinsonem [Metal Hammer Festival 1997] w Katowicach. Pamiętam, że drogi były tragiczne. Naprawdę było czuć, że to wschodni kraj. Podróż przez Polskę to był koszmar, wszystko przez drogi! Nie byliśmy wcześniej tak daleko na wschodzie, to było bardzo pouczające doświadczenie. Powrót do Polski 10 lat później, to było „hej, co jest grane?”. Nowoczesny europejski kraj! Fani w Polsce sa podobni do tych w Ameryce Południowej, na przykład w Chile. Po prostu kochacie Megadeth i metal.

Co zabawne, zagracie za tydzień dokładnie w tym samym miejscu, co w 1997. W Katowickim Spodku.
Naprawdę? To ta sama hala? Świetnie! Pamiętam to miejsce, pamiętam że ludzie byli naprawdę podekscytowani tym koncertem. Byli gotowi na to co się wydarzy, wiesz? My, Bruce i Adrian. To świetnie, naprawdę się cieszę, że wracamy tam po 20 latach.

W takim razie widzimy się tam za tydzień. Dzięki wielkie za rozmowę!

Rozmawiał Michał Jóźwik

Podziękowania dla Niny Marszałek (za pomoc w spisaniu wywiadu), Oskarowi Wołowskiemu (za zdjęcia z koncertu w Tilburgu) i Mainary Oliveiry.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *