(Ponownie) Były już perkusista Slayera, ojciec chrzestny podwójnej stopy, a zarazem jeden z mózgów Philm, Grip Inc., czy Fantômas – Dave Lombardo – w wywiadzie dla Metal Wani zapytany został nie wprost o rozstanie ze swoim macierzystym zespołem, śmierć Jeffa Hannemana, kolejne albumy Philm, przyjaźń z Billem Wardem i nie tylko. Poniżej znajdziecie zapis audio całej rozmowy oraz tłumaczenie najciekawszych fragmentów.

– Wasz debiutancki album [Philm] „Harmonic” to kawał dobrej płyty. To typowy, nieszablonowy album ze starym, retro brzmieniem w stylu Cream, czy Zeppelin, ma ten vibe lat ’60 i ’70. Jakie są plany na kolejny album Philm?

Drugi album był pisany w czasie, gdy miksowaliśmy pierwszy. W tym momencie zatem drugi album mamy napisany, nagrany i czekamy na wytwórnie płytowe. Wydamy go niebawem. Nie mogę doczekać się wypuszczenia tej płyty, bo w porównaniu do pierwszej jest inna na wyjątkowy sposób. Nie jest eksperymentalna w porównaniu do pierwszej. Utwory są bardziej zwarte i bezpośrednie i nie ma w nich wiele improwizacji, czy momentów, w których zespół postanawia muzycznie odlecieć i improwizować. Gdy rozmawiamy, mamy już napisane 5 kawałków na trzeci album. Jesteśmy wyjątkowo ambitnymi muzykami.

– Czy postrzegałeś Philm jako okazję do wyrwania się z tego, co stanowiło normę w Slayerze i do wyrażenia swoich różnych inspiracji?

Tak, wiesz, Slayer od 30 lat był niezmienny. Ich bardziej interesuje heavy metal i punk rock. Te dwa elementy ukształtowały styl Slayera. Co do Philm, to mamy wiele indywidualnych wpływów i muzyczny warsztat. Nie tylko ja z perkusją, ale obaj Gerry Nestler i Pancho Tomaselli grają też na pianinie. Pracujemy w bardzo kreatywnym środowisku. Przeskakujemy ze styli na styl, ale zawsze trzymamy to w kształcie Philm. Jest więc dość ciekawie.

– Czytałem ostatnio wywiad z legendarnym Billem Wardem z Black Sabbath, w którym powiedział, cytuję: „Ostatnio słuchałem nieco nowych nagrań Dave’a Lombardo – jego materiał jest niesamowity! Po prostu mnie rozwala.” Jakie to uczucie, słyszeć takie słowa?

To naprawdę, naprawdę miłe uczucie. Bill Ward i ja zawarliśmy bardzo, bardzo miłą znajomość. Jesteśmy w kontakcie. Pytam go wciąż, jak się trzyma, a i on do mnie zagaduje. Mamy taki swój mały, miły świat. Jestem bardzo szczęśliwy, że spotkałem go ostatnio. Po raz pierwszy zobaczyliśmy się w 2004r. podczas reunionu Black Sabbath, kiedy Slayer grał na tym samym festiwalu. Potem spotkałem go dopiero rok temu. Słyszałem tylko jeden nowy utwór z nowego albumu Black Sabbath. Nie mogę słuchać Black Sabbath, jeśli Bill Ward nie jest za perkusją. Ten album byłby o wiele lepszy, gdyby Bill siedział za bębnami.

– Ostatnio pojawiły się liczne głosy niezadowolenia w zw. z faktem, że zarówno Jeff Hanneman jak i Clive Burr zostali pominięci w trakcie segmentu [upamiętniającego zmarłych muzyków] „In Memoriam” podczas Grammy, co, rozumiesz, było rozczarowujące.

Tak, to było rozczarowujące. Oni robią to notorycznie. Ta organizacja jest przede wszystkim dla nastawionych na rap i country. Nie zależy im na rocku i metalu. Myślę, że metal jest dla buntowników i grają go buntownicy. Niech tak zostanie. Nie potrzebujemy nikogo, metal nie potrzebuje żadnej osoby, ani organizacji, by rozpoznawały, kim jesteśmy. Mamy swoich fanów. Niech głos fanów pokazuje, jak wielki jest metal.

– Najważniejsza lekcja, jaką wyniosłeś w ciągu trzech dekad bycia zawodowym muzykiem?

Absolutnie nie ma czegoś takiego jak przyjaciele, gdy chodzi o pieniądze. To lekcja numer jeden, jakiej się nauczyłem.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *