Żartownisie kurwa. Przepraszam, ale co zrobić skoro to pierwsze, co przyszło mi do głowy, kiedy norweski duet wypuścił do sieci okładkę swojej nowej płyty. Na forach zawrzało jeszcze przed pierwszymi odsłuchami. „Wracają, będzie black metal, ale nie ten, tylko tamten, dzięki któremu stali się niedotykalną legendą”. Cóż, osobiście pokręciłem tylko siwawym wąsem, którego notabene nie posiadam, a moje wyobrażenia skierowały się raczej w kierunku krzaczastych landszaftów, wśród których Nocturno i Fenriz odpalają kolejną zgrzewkę lagera i wtykają kije z kiełbasą nad palenisko, po chwili stwierdzając, że może to być dobry pomysł na okładkę, kiedy tylko usunie się z niej elementy biwakowo – spożywcze. Niech mi tutaj nikt nie czyni wyrzutów za to rozluźnienie powagi, graniczące z rubasznym rozwolnieniem, bo z odczuciami muzycznymi nie ma ono nic wspólnego. Nie należę do gwardii zagorzałych fanatyków Darkthrone, oczekujących rekultywowania przez nich terenów obsadzanych od „A Blaze In The Northern Sky”, do ja wiem? Niech będzie: „The Cult is Alive”.  Z ekipą oddającą bałwochwalczy hołd crust punkowo/heavymetalowemu też raczej nie mam nic wspólnego, choć daleki byłbym od klasyfikowania jej w kategoriach syficznych gówien, od czego przecież niejeden nie stronił. Jakby tego było mało, jedyną bluzę jaką posiadam z ich logo, to ta z motywem „F.O.A.D”, w momencie wydania której, już dawno było po „tym” Darkthrone.  Powiem więcej. Abstrahując od sentymentów, to był chyba ten okres, kiedy zespół olewając wszystkich dookoła, sam ściągnął sobie ciążący kaganiec legendy norweskiego black metalu, osiągając upragniony pułap wolności stylistycznej. Da się „podziemniej” ?!

at-art-800

Dystans do twórczości Gylve i Teda pogłębiła w moim przypadku lektura „Szwedzkiego Death Metalu” Daniela Ekerotha, z której parę wersów pozwolę sobie przytoczyć:

Ta cała sprawa z black metalem na początku lat 90.,kiedy tylko się pojawiła, wydawała się wyjątkowo sztuczna. Pamiętam jak przyjechał tu Darkthrone nagrywać pierwszy album i Uffe z Entombed robił, co tylko mógł żeby im pomóc. Potem zrobiliśmy sobie grilla. Zachowywaliśmy się jak zwykle, piliśmy piwo i sialiśmy spustoszenie. Norwegowie zachowywali się jak wieśniaki, a zwłaszcza Gylve, który paradował w groteskowym, kowbojskim kapeluszu i nalegał, żeby nazywać go Hank Amarillo. Kilka miesięcy później ten sam człowiek przybrał już nowy pseudonim oraz nową pozę i wygadywał brednie na nasz temat. Co to kurwa niby było?” (op. cit. Anders Schultz, Unleashed za „Szwedzki Death Metal”, Daniel Ekeroth, tłum. Bartosz Donarski, Kagra 2008)

4fc6788adcdd4d4945939492eaf660d4

Spiny nie ma więc już żadnej, a w zasadzie nigdy żadnej być nie powinno. Być może Szwedzi mają po prostu jakieś „ale” względem sąsiadów, ale uparcie bronią swojego stanowiska, że Norwegia to siedlisko takich „ichniejszych” Malcolmów McLarenów, mających po prostu pomysł na siebie, który z żadnym faktycznym kultem nie miał nigdy nic wspólnego. Z tej pozycji i ja staram się podchodzić do najnowszej propozycji Darkthrone-„Arctic Thunder”. Patrząc z tej perspektywy, a nie płonnych nadziei, wypada mi tylko stwierdzić: udało się. Rzeczona okładka skontrastowana z większością zawartości muzycznej, tylko potwierdza przewrotność Norwegów, którzy tym razem ani nie odżegnują się od swojej przeszłości, tudzież nie czynią przesadnych wyskoków w „rockowo/metalową prehistorię”. Dla mnie tym lepiej, bo jak wspomniałem, żadnych oczekiwań stylistycznych już od dawna względem nich nie mam. Poszukuję dobrych kawałków i tyle, a zaiste tym razem ich nie brak. W kotle bez zbytniego ciśnienia gotują się, jakże wielbione przez gawiedź, funeralne motywy „Kwintesencyjne” („Tundra Leech”), hitowe na północno – melodyczną modłę hymny („Burial Bliss”), mieszające w sobie wpływy klasycznego hard rocka i heavy metalu odjazdy („Boreal Fiends”), czy w końcu wręcz slayerowo/maidenowe hybrydy („Arctic Thunder”). Wprawdzie łezka sentymentu staje na chwilkę świeczką w oku w czasie trwania „Throw Me Thorugh The Marshes”, bo wybrzmiewają w nim „superdalekie” echa takich klasyków jak „In The Shadow Of Horns”, ale to zaledwie drugi taki moment na tej płycie. Nie dajcie się też łapać na zabiegi marketingowe, typu: „Darkthrone nagrał płytę w Bomb Shelter Rehearsal Room”, miejscu uświęconym dawnymi nagraniami zespołu. Ze spodziewanym brzmieniem, jakie w nim ongiś tam wygenerowano, fakt ten nie ma nic wspólnego. „Arctic Thunder” jest wręcz bezwstydnie czysty i dopieszczony. Czy to jego wada? Bynajmniej. Choć chropowatości, w porównaniu z ich klasykami tutaj za grosz, to tak szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie „piosenek” o hitowej proweniencji (są i gitarowe solóweczki, tfu), jak „Deep Lake Trespass” wyprodukowanych inaczej.

Jak zauważyliście czytając tekst powyżej, „Arctic Thunder” nie generuje skrajnych emocji. Przy pierwszym zetknięciu z tym materiałem miałem nawet wrażenie, że nie generuje żadnych. Dopiero po kilku podejściach, raz ze słuchawkami na uszach, raz sprzątając chatę, raz oglądając niemieckie filmy dla dorosłych, doszedłem do wniosku, że to po prostu bardzo przyjemna, przystępna płyta. Czas sobie leci, gdzieś w tle chrypi Nocturno. Od czasu do czasu pomacham banią, bo to i owo już gdzieś słyszałem. Jednocześnie cieszę się, bo tym razem żaden malkontent nie zarzuci chłopakom, że pierdolnęli materiał na kolanie w dwa tygodnie po telefonie z wytwórni, że przydałaby się nowa porcja muzyki od Darkthrone. Jest to przy tym tak sprawdzalnie równy kompozycyjnie materiał, że pewnikiem za dwa tygodnie zapomnę, że w ogóle powstał. Mimo to łapię się, że za każdym razem, kiedy wpadnie mi w łapy nie mam żadnych oporów przed przesłuchaniem go po raz kolejny….od początku do końca. Nie wiem czy dla fanów takie cechy będą jakimś wyznacznikiem jego jakości, co jego twórcy i tak będą mieć głęboko w dupie, o czym zapewnia wyśpiewane rubasznie pod koniec albumu:

Czy to jest najlepsza płyta w historii Darkthrone? Już sami znacie odpowiedź na to pytanie. Osobiście będę do niej wracał częściej, niż do poprzednich dwóch, trzech krążków. Nie żebym ich nie lubił, ta po prostu bardziej mi siedzi ze względu na swoją konwencjonalność. Podoba mi się na siedem punktów. Macie i do zobaczenia za 2 – 3 lata przy okazji kolejnej biesiady przy ognisku.  Tylko to ich pieprzone logo, które nie pozwala zapomnieć co było u nich słuchać na początku lat 90-tych.

Megakruk

Ocena: 7/10

Data premiery: 14 października 2016 r.

Wydawca: Peaceville Records

Twórcy:

  • Fenriz – gitary, bas, perkusja
  • Nocturno Culto – gitary, bas, wokale

Lista utworów:

  1. Tundra Leech
  2. Burial Bliss
  3. Boreal Fiends
  4. Inbred Vermin
  5. Arctic Thunder
  6. Throw Me Through The Marshes
  7. Deep Lake Trespass
  8. The Wyoming Distance

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *