Nie lubiłam elektroniki – do czasu aż po raz pierwszy usłyszałam Dance With the Dead. To właśnie to osobliwe duo otworzyło dla mnie drzwi do świata muzyki elektronicznej i pozwoliło zrozumieć jej prawdziwą potęgę. Synthwave jest jednym z jej małych światków, w którym klasyka spotyka przester. Z tej wybuchowej mieszanki powstaje eksplozja miliona brzmień, których ilość stanowi jakiś sześcian tego, co można osiągnąć bez niej i być może to właśnie dlatego eksperymentowanie z nią jest tak trudne. Justin i Tony wiedzą jak to robić aż za dobrze.

Loved to Death to już szósty album muzyków, następca niekwestionowanych arcydzieł, których nikomu przedstawiać nie trzeba. Zrobię to jednak, na wypadek, jakbyś przypadkiem gościł w tych muzycznych zakątkach po raz pierwszy. The Shape i Near Dark to definicja Dance with The Dead. Rozbijmy je na czynniki pierwsze. Na pierwszym planie oldschoolowa elektronika, przeplatana ambientowym tłem, urzekające, aż wnikające w głąb ciała pogłosy, mistyczny klimat wprowadzający słuchacza w elektryzujący trans, z którego wyciągnąć go zdoła jedynie koniec ostatniego utworu. To jednak dopiero początek. Przede wszystkim gitara. Nikomu nie udało się stworzyć tak charakterystycznego i spójnego połączenia metalu z muzyką elektroniczną, jakim opisuje swoją twórczość Dance With the Dead – a to wszystko dzięki środowisku metalowych zespołów, z których pochodzą muzycy.

Czy Loved to Death jest godnym następcą, kolejnym arcydziełem w dyskografii? Niestety, powiedziałabym raczej, że jedynie naśladowcą. Na wstępie dostajemy mocnego kopa w postaci jednego z najszybszych numerów. Z początku nie widziałam w Go! nic urzekającego. Ot, kolejny track dobry do klikania kółek w Osu. Po kilku przesłuchaniach stwierdzam jednak, że stanowi w zasadzie jeden z lepszych momentów albumu. Wielości motywów takiej, jak tu, nie uświadczymy dalej, choć może nie powinnam o tym mówić już teraz. Galopujące tło, ultraszybki beat i dodatkowo solówka… zawsze czekam na ten moment w utworze, kiedy wejdzie ta charakterystycznie przesterowana gitara. Na Loved to Death nieco bardziej wysunięta na pierwszy plan, jednak nie na tyle, żebym narzekała na brak tej cudownej spójności.

Into the Shadows zaczyna się nieco generycznie – słychać w intro kopię wcześniej wykorzystanych już patentów. Im dłużej słucham albumu, tym więcej takich powtórzeń wyłapuję. Utwór jako całość brzmi zbyt dyskotekowo i nachalnie, w przeciwieństwie do Salem, które swoim transowym tempem i subtelnym flow wytwarza przed oczami obraz pary kosmicznych kochanków tańczących międzygalaktycznego walca przy muzyce z fioletowych kaset VHS. Synthwave to także hołd złożony latom 80-tym, a najlepsze kawałki to właśnie te, które nawiązują do korzeni muzyki elektronicznej. Salem jest właśnie takie i mimo, że nie dorównuje przebojowością i kompleksowością numerom z poprzednich wydawnictw muzyków, z całą pewnością stoi po stronie plusów krążka.

W całej tej oryginalności, którą reprezentuje zespół, Loved to Death jest mimo wszystko bardzo generyczne. Innymi słowy, to klasyczny przykład zjadania własnego ogona. Niby mamy solówki, jest charakterystyczne brzmienie, elektronika i metalowe sample, ale czegoś tu brakuje. Utwory są podobne do siebie i, co gorsza, podobne do tych napisanych przed kilkoma laty. Tym samym intro Portraits to kopia Invadera, a War jest tak samo klubowe, jak kończące album Become Wrath. Brakuje tu nowych emocji i zaskakujących patentów. Co więcej, niemal każdy kawałek zaczyna się tu podobnym schematem. Zwiększenie napięcia, powolne wprowadzenie motywu, dodawanie ścieżek. Ta męcząca powtarzalność zabija frajdę z odkrywania tego albumu, bo co to za fun, gdy wiesz co się stanie?

Wyjątek stanowi dla mnie Red Moon. Kawałek, który spokojnie mógłby znaleźć się na moim ukochanym The Shape. Wyróżnia się złożonością rytmiczną, średnie tempo idealnie uzupełnia się z zawodzącym motywem i wyraźnie słyszalnymi transowymi riffami, które zabijają od pierwszego uderzenia kostki w struny. Takich kawałków oczekiwałam od Loved to Death – klimatycznych, pełnych emocji, złożonych, w których muzyka wie, gdzie zwolnić, a gdzie przyspieszyć. To świetna odskocznia od klubowego, jednostajnego beatu królującego na krążku.

Loved to Death nie jest albumem złym, ale na pewno nie takim, do którego z pasją będzie się wracać. Brakuje tu hitów, które zapadają w pamięć, nowych, chwytliwych patentów podkreślających mroczną i tajemniczą atmosferę, które porwą słuchacza w tytułowy taniec śmierci. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy zastój w ewolucji stylu Dance With the Dead i będzie nam dane usłyszeć jeszcze dzieło na miarę poprzednich krążków.

Tracklista:

  • Go!
  • Into the Shadows (Nick Hipa)
  • Salem
  • Portraits
  • War
  • Red Moon (Elliot Sloan)
  • Creep (Nick Hipa)
  • From Hell
  • Oracle
  • Become Wrath

1 Comment Dance With the Dead: Generyczni w swojej oryginalności- recenzja „Loved to Death”

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *