Dla polskich wojowników metalu nadchodził czas ostatecznej bitwy za metal w czeskiej Ostrawie. W ramach przygotowań do finałowego starcia, siódmego marca udałem się na wspólny koncert epic heavymetalowców z Gatekeeper oraz heavymetalowego Sanhedrin odbywający się w Chmurach, na mojej ulubionej Warszawie Pradze. Jestem fanem takich kameralnych koncertów, niedużo kosztują, nie są zbyt zatłoczone, najczęściej są organizowane w jakichś ciekawych miejscówkach a muzycznie nie odstają wcale od wielkich gigów. W dodatku przychodząc mam pewność, że zobaczę zaangażowanych artystów na scenie i fanów żyjących muzyką. Jedyne czego tak naprawdę można się obawiać to jakości nagłośnienia w takich miejscach. Chmury są jednym z ciekawszych kameralnych klubów na warszawskiej, muzycznej mapie miasta. Salka koncertowa klubu zaskakuje małymi rozmiarami a część barowa oferuje szeroki wybór piwa, odpoczynek na wygodnych kanapach i wystrój w stylu retro. W tej scenerii metale w swoich koncertowych zbrojach wyglądają naprawdę oryginalnie. To wszystko sprawiało, że występ Gatekeepera i Sanhedrin był dla mnie jednym z najbardziej wyczekiwanych tegorocznych wydarzeń muzycznych.

Pomimo że nowe dokonania obu ekip zbierają bardzo pozytywne recenzje, są one w naszym kraju praktycznie anonimowe. W szczytowym momencie pod sceną zameldowało się około 40 osób, w dodatku kilkanaście z nich wygrało swoje wejściówki w różnych konkursach. Niezrażeni, a może nawet wręcz usatysfakcjonowani taką frekwencją, na scenę jako pierwsi wyszli wojownicy z Gatekeeper. Trochę to dziwne, ponieważ mam wrażenie, że to właśnie na ich występ czekała większa część zgromadzonej pod sceną garstki fanów. Do Polski Kanadyjczycy przyjechali w okrojonym składzie. Perkusista Tommy Tro i gitarzysta Kenny Kroecher nie mogli wziąć udziału w europejskiej trasie zespołu i zostali zastąpieni muzykami sesyjnymi. Brak aż dwóch członków sprawiał, że miałem wątpliwości czy zespół zaprezentuje się tak dobrze jak wypada na płytach.

Na pierwszy ogień poszedł otwierający nową EP- kę „Grey Maiden”. Dobry wybór. Szybki zapadający w pamięć riff i charakterystyczny skrzekliwy wokal JP Abbouda od razu zapowiadały fanom, że czeka ich wieczór z heavy metalem na najwyższym poziomie. Pierwszy numer rozwiał też całkowicie moje obawy o nagłośnienie. Zespół brzmiał świetnie, wszystkie instrumenty i wokal były bardzo dobrze słyszalne. Potem chłopaki przeszli do utworów z zeszłorocznego „East of Sun”, które zdominowały setlistę. Jednym z najbardziej zapadających w pamięć momentów koncertu było hitowe „Blade of Cimmeria”. Szybki, prawie że thrashowy riff, pełen pasji refren i dużo szaleństwa na gitarach szybko porwały nielicznych, zgromadzonych pod sceną. Po nim krótka gadka z fanami i wyczekiwany przeze mnie „Swan Road Saga”. Ten kawałek to Gatekeeper w najlepszym wydaniu- wolniejszy i bardzo podniosły, z delikatnym, hymnowym refrenem i chóralną partią, do której JP zaprosił publiczność. Osoba frontmana jest zresztą jednym z tych elementów, które wyróżniają Gatekeepera na tle innych zespołów NWOTHM. Słuchając studyjnych dokonań na początku trudno się do niego przekonać, ale na żywo JP od razu zjednywał sobie fanów. Mocny, ostry jak stal i pełen emocji śpiew zręcznie przeplatał z łagodniejszymi, bardziej patetycznymi partiami. W dodatku wszystko to na dużym luzie, nie zapominając o interakcji z fanami. Dalej Gatekeeper często zmieniał klimat. Tajemniczy, dość progowy „East of Sun”, mroczny „Ninefold Muse” czy zamykający ich występ, hymnowy „Warrior without Fear” po kolei przenosiły fanów do krain mitycznych herosów. W tym ostatnim JP udało się porwać fanów do wspólnego wykonania refrenu. Po nim zespół opuścił scenę, by po niezbyt głośnych przywoływaniach wrócić i zagrać omenowego „Death Ridera”.
Gatekeeper na scenie prezentował się przez około godzinę, wprawiając przez ten czas zgromadzonych pod sceną fanów w prawdziwy trans. Wszyscy byli bardzo zasłuchani i skoncentrowani, część śpiewała z zespołem, pojawiały się nawet nieśmiałe próby pogo. Naprawdę rzadko mam okazję uczestniczyć w koncertach tak dobrych jak ten, który dał Gatekeeper. Pomimo dość oklepanej, epickiej konwencji zabrzmieli bardzo świeżo i ani trochę nie odtwórczo. Bezbłędnie udało im się połączyć dużo ciekawej, gitarowej gry z chwytliwością i podniosłym klimatem. W dodatku wyglądali na bardzo zaangażowanych i po prostu cieszących się swoim czasem na scenie.

Po kilkunastominutowej przerwie na scenę wszedł Sanhedrin by zmierzyć się z trudnym zadaniem dorównania rewelacyjnemu Gatekeeperowi. Już od pierwszych dźwięków „Massive Deceiver” wiadomo było, że czeka nas zupełnie inny występ- epicki klimat został zastąpiony przez rock’n’rollowy feeling. Otwierający utwór fajnie budował nastrój wyluzowanym, bujającym riffem i szybką solówką popartą przyspieszeniem perkusji. Tym, co wyróżniało zespół, była osoba wokalistki i basistki Eriki Stoltz. Kobiece wokale nie są zbyt popularne w heavy metalu, ale głos frontmenki bardzo pasował do muzyki granej przez jej kolegów. Chociaż był wysoki i melodyjny to nie brakowało mu rockowej zadziorności. Pierwszy kawałek zapowiadał kolejny udany występ i pozwolił choć na chwilę zapomnieć o świetnym Gatekeeperze. Tym bardziej, że jako drugi wjechał numer, na który najbardziej oczekiwałem tego wieczoru- „Riding on the Dawn” z przebojowym refrenem, idealnym do śpiewania wraz z zespołem (choć z tej możliwości raczej mało kto skorzystał). Szybkie, pełne melodii solówki, przyspieszenia perkusji i wysoki wokal- nic dziwnego, że ten utwór jest wizytówką Sanhedrin. Pomimo naprawdę energetycznego grania zespół nie wciągnął fanów aż tak jak poprzednicy, sam też niezbyt chętnie wchodził w interakcję ze zgromadzonymi pod sceną. Początek koncertu amerykańskiej ekipy to wyprowadzane raz po raz heavymetalowe ataki z melodyjnymi riffami i szybkimi solówkami, lecz później stopniowo przeszli oni ku wolniejszym, bardziej rozbudowanym kawałkom. Z tej drugiej części najlepiej wypadł doomowy „A Funeral for the World”. Podczas niego Sanhedrin zaprezentował kilka mrocznych, sabbathowych riffów a śpiew wokalistki stał się coraz bardziej agresywny i niepokojący. Dalej również pozostaliśmy w wolniejszych klimatach, bo ostatnim kawałkiem, który usłyszeliśmy był zamykający nowy album „In from the Outside”. Ciekawe riffy i szybszy wpadający w ucho refren zapowiadały udane zamknięcie koncertu, ale im dłużej trwał utwór, tym bardziej robiło się nijako i coraz bardziej nudno. Ostatni numer i cały występ Sanhedrin zakończyło spokojne, wolne gitarowe outro, po którym zespół nie wrócił już zagrać bisu. Szczerze mówiąc, nie był on przywoływany z powrotem na scenę. Pomimo trochę dziwnego zakończenia, występ Sanhedrin również bardzo mi się podobał. Co prawda, dużo lepsza była dla mnie pierwsza jego część składająca się z granych kolejno, szybkich, rock’n’rollowych hitów. Późniejsze zwrócenie się ku nastrojowemu i bardziej rozbudowanemu graniu trochę ostudziło atmosferę i momentami nawet lekko mnie nudziło.

Gatekeeper dał świetny, zapadający w pamięć koncert. Sanhedrin również zagrał bardzo dobrze i gdyby nie został przyćmiony przez fantastyczny występ swoich poprzedników, to na pewno ich odbiór byłby lepszy. Tym bardziej dziwi mnie to, w jakiej kolejności zespoły wchodziły na scenę. Sanhedrin, szczególnie pod koniec, zagrał wolniej i bardziej klimatycznie. Moim zdaniem dużo lepiej sprawdziłby się otwierając koncert. Nie zmienia to jednak faktu, że oba zespoły spełniły moje oczekiwania a jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to ich krótki czas grania. Czułem się tak, jakbym był w latach 80- tych na koncercie jakiejś z legend heavy metalu, dopiero zaczynającej swoją karierę. Jakością muzyki żaden z zespołów wcale nie odbiegał od starzejących się gwiazd a jako młodsze pokolenie oba dołożyły od siebie dużo energii, o którą ciężko obecnie u starych wyjadaczy. Podczas swojej wizyty w Polsce Gatekeeper udzielił wywiadu Zdanowi z What The Fuzz!?, w którym powiedział, że nie zmartwi ich koniec karier Ironów i Judasów a metal wcale nie umiera. I z dokładnie taką myślą opuszczałem koncert. Nie ma powodu martwić się tym, że legendy schodzą ze sceny, ponieważ heavy metal zostaje w dobrych rękach. Szkoda tylko, że te zespoły są tak mało znane a szanse na to, że to się zmieni, są raczej niewielkie.

Setlisty:

Gatekeeper:

1. Grey Maiden
2. Bell of Tarantia
3. Blade of Cimmeria
4. Swan Road Saga
5. Tale of Twins
6. East of Sun
7. Ninefold Muse
8. Warrior without Fear
bis:
9. Death Rider (Omen cover)

Sanhedrin:

1. Massive Deceiver
2. Riding with Dawn
3. Demoness
4. Blood from a Stone
5. No Religion
6. The Gateway
7. A Funeral for the World
8. In from the Outside

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *