Jesteśmy gentlemanami ubranymi na czarno, jednak nie rozkopujemy grobów. Lubimy inteligentny sposób pokazywania grozy i wiemy, że aby była interesująca, musi być aplikowana subtelnie w niewielkich dawkach” – mówi Karloff, wokalista i basista zespołu Spitfish. Formacja wydała niedawno album bardzo dobrze przyjęty nie tylko w kraju, ale i poza granicami Polski. Z Karloffem rozmawiamy o tym, co to za płyta i jak powstawała oraz o bliższych i dalszych planach Spitfish.

Chyba pierwsze emocje po wydaniu płyty „Penny Dreadful” opadły – jak się czujecie?

Wydaje mi się, że każdy z nas jest całkiem zadowolony z tego nagrania. Nie wywróciliśmy muzyki do góry nogami, ale nie chodziło nam o to, by ją wywracać. Nagraliśmy kilka rockowych piosenek, których dobrze się słucha i które mogą zaciekawić, bo Spitfish to oprócz tego pewna historia, której jednoznacznie nie wyjaśniamy. Osobiście, mam również świadomość, iż aby zyskać status zespołu, którym warto się zainteresować, nie wystarczy jeden wydany album. Potrzeba konsekwencji, uporu w tym, co się robi i wyrzeczeń w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jedna płyta to tylko jeden krok do przodu na długiej drodze. Już myślę o kolejnych, także głęboko wierzę że będzie ciąg dalszy.

Jak długo pracowaliście nad tym krążkiem? Jak w ogóle przebiega w Waszym zespole proces twórczy?

Niespecjalnie długo. Był to okres dość krótki, ale za to cholernie intensywny, za zamkniętymi drzwiami sali prób. Zrobiliśmy płytę w czasie, w którym niektórzy lepią dwa, trzy numery i klepią się z aprobatą po plecach, dłubiąc przy okazji w nosie. Nie mogę zrozumieć takiej opieszałości. Jestem niecierpliwym i niespokojnym duchem, gdyby tylko była taka możliwość, nie wychodziłbym z sali prób, nie męczy mnie taka praca. Ogromna również zasługa Pawła (git) i Jędrka (drums), którzy sprawdzili się doskonale i dali z siebie naprawdę dużo. W Spitfish kompozycje powstają na bazie linii wokalnych, dlatego jest tak melodyjnie. Czasami celowo psujemy dźwięki, żeby nie było za słodko.

Gdzie rejestrowaliście „Penny Dreadful” i kto zajął się produkcją albumu?

Album rejestrowany był w kilku miejscach w Trójmieście, miksowany i masterowany na Mazurach w ‚Black Team Media’ przez Michała Grabowskiego, na co dzień technicznego zespołu Vader. Rejestracją bębnów zajmował sie Matteo Bassoli, basista Me and that Man. Zarówno z jednym, jak i drugim panem pracowało się naprawdę dobrze. Chcieliśmy, żeby zabrzmiało surowo, i mamy piękną, niewygładzoną garażówkę bez studyjnego hokus-pokus.

Gdzie można nabyć bądź legalnie odsłuchać tego wydawnictwa?

Odsłuchać naszej muzyki można z praktycznie każdej platformy streamingowej, natomiast kupić album – pisząc po prostu bezpośrednio do nas.

W jaki sposób zachęcicie kogoś, kto być może nie miał jeszcze przyjemności zetknąć się z Waszą twórczością, by to zrobił? Dla kogo jest Wasz nowy krążek? Jaki rodzaj słuchacza powinien stanąć pod Waszą sceną?

Spitfish ma mroczny, nieco romantyczny charakter, jednak w trochę przerysowany sposób. Jesteśmy gentlemanami ubranymi na czarno, jednak nie rozkopujemy grobów. Lubimy inteligentny sposób pokazywania grozy i wiemy, że aby była interesująca, musi być aplikowana subtelnie w niewielkich dawkach. Obok straszydeł, lubimy też od czasu do czasu ckliwe momenty. Nasza muzyka może podobać się osobom otwartym, które szukają czegoś więcej niż tylko ściana gitar i blasty, jednak lubią rocknrollową dynamikę i melodie.

Album spotkał się z bardzo dobrym odbiorem krytyki, możecie pochwalić się świetnymi recenzjami tak w kraju, jak i za granicą. Jest jakiś wspólny mianownik tych recenzji? Czy branża wskazała Wam jakieś kierunek, w którym chcielibyście rozwijać się dalej?

Oczywiście obserwujemy to, co dzieje się w światku muzycznym, jednak chyba najgorszym z możliwych wyjść jest podążanie za trendami. To tak, jakbyś założył mokasyny kiedy najlepiej czujesz się w trampkach. W naszej sytuacji chyba najlepiej jest przekonywać ludzi do tego, że warto polubić Spitfish w takiej formie, bo jesteśmy autentyczni w tym, co robimy i nie planujemy niczego wymuszać. Co do recenzji albumu Penny Dreadful, to owszem do tej pory bardzo pochlebnie pisały o płycie portale muzyczne z Wielkiej Brytanii, Kanady, Izraela, Włoch. Jeżeli ktoś chciałby poczytać, co o zespole sądzą różni ludzie z różnych miejsc, to zapraszamy na www.spitfish.pl – na tej stronie znajdziecie również dość dużo materiałów niepublikowanych w mediach społecznościowych, takich jak vlog, blog, audycje radiowe, zdjęcia itp…

Spitfish powstał jako projekt jednoosobowy – jak wygląda właściwie Wasza historia?

Historia wygląda tak że zaczęło się od kilku numerów, które nagrałem samodzielnie, a później projekt przerodził się w zespół.

Co jest Waszą największą artystyczną ambicją?

Wykonywać taką muzykę, która sprawia przyjemność przede wszystkim nam samym i znaleźć publiczność, której słuchanie tej muzyki będzie również dawało radość. Ludzie są bardzo ważni, bez nich zespół nie istnieje.

Niedawno w sieci pojawił się klip, konkretnie lyric wideo do utworu „Swallow the Dust”. Kto odpowiada za pomysł, scenariusz i wideo? Trzeba przyznać, że jest to nieźle odjechany obraz.

Nie chcieliśmy powielać błędu wielu niezależnych kapel, które za ‚tysiaka’ chcą mieć mega produkcje filmową. Takie klipy, jak się łatwo domyślić najczęściej są słabą imitacją profesjonalnego video. Wiesz, kilku kolesi stoi w rzędzie, w kłębach dymu na ciemnym tle, próbując wyglądać groźnie. Jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy pojawia się fabuła, bo bez profesjonalnego scriptu, ekipy i środków, przeważnie po prostu źle się takie rzeczy ogląda. Natomiast my zrobiliśmy coś innego –  animacje, która jak to każda animacja, poprzez swoją konwencję dużo wybacza. Wpletliśmy tam kilka symboli związanych z tekstem piosenki i jest obrazek.

Planujecie kolejne klipy?

Jeżeli będzie okazja, to owszem, chcielibyśmy.

Jak wygląda Wasza aktywność koncertowa oraz plany w tym kontekście?

Jeżeli chodzi o najbliższe plany koncertowe, to już we wrześniu wyruszamy do Wrocławia, aby wziąć udział w pierwszej edycji festiwalu ‚Siekiera Fest’, na który serdecznie wszystkich zapraszamy. Na scenie pojawimy się 13 września w piątek – idealna dla nas data! Mamy nadzieję dobrze się bawić, i jesteśmy bardzo ciekawi tego wydarzenia. We wrześniu będzie miał również premierę album ‚Cold Hand Seduction’ niemieckiego wydawnictwa Sonic Seducer, na którym znajdzie się również Spitfish, także być może postaramy się to jakoś uczcić koncertowo.

Dziękujemy za rozmowę – ostatnie słowo oddajemy Spitfish.

Dzięki serdeczne za możliwość rozmowy, a wszystkich czytających zapraszamy do zagłębienie sie w nasz klimat i przyłączenia się do bandy Spitfish na facebooku.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *