Nie wiem, jakimi epitetami mógłbym opisywać Slayera. „Reign In Blood” zmieniło wszystko w tym, jak postrzegałem metal. Zapoznanie się z twórczością tego zespołu było niewątpliwie jednym z punktów zwrotnych mojej muzycznej przygody. Mimo to nie płakałem, gdy zespół ogłosił trasę pożegnalną. Zabójca to nie jest załoga, która ma wywoływać łzy. Ona ma mordować, biczować dźwiękiem, zabrać słuchacza na dno piekła i katować go tam, aż ten nie zacznie krzyczeć refrenu „South Of Heaven”. Pobyt w Łodzi 27 listopada wydawał mi się być czymś oczywistym, dlatego nie zwlekałem i od razu kupiłem bilet na trybuny, by chociaż raz jeszcze zobaczyć jeden z najważniejszych zespołów metalowych na żywo. Dodatkowo Slayer w trasę zabrać miał ciekawe kapele. Przed główną gwiazdą wystąpić miało Obituary, Anthrax i Lamb Of God – każdy band z innej bajki, ale też każdy z nich mógłbym lub wręcz chciałbym zobaczyć na żywo. Prognozy na ostatni wtorek listopada wyglądały wręcz świetnie.

Łódź ostatni raz odwiedziłem przy okazji koncertu Judas Priest w 2015. Wtedy Atlas Arena wydawała się być większa, niż tym razem. Taki urok życia, wszystko zmienia się wraz z upływem czasu. Nie pamiętałem też tego, że ów obiekt ma aż tak wąskie korytarze, a to jak się okazało był pewien problem. Koncert się wyprzedał, więc w arenie było całkiem sporo ludzi. Do tego co kilka metrów szatnia, stoisko z merchem (ceny za koszulki jak zwykle niedorzeczne), punkt gastronomiczny, wyjścia do stref dla palących…Jeśli ktoś chciał się przemieszczać po korytarzach areny, to łatwo nie miał.

Obituary okazali się być bardzo punktualnym zespołem i zainstalowali się na scenie zgodnie z planem o 19:20. Swój występ rozpoczęli od instrumentalnego „Redneck Stomp”, co pomimo sporej popularności utworu uważam za dziwny wybór, biorąc pod uwagę, że nie mieli zbyt wiele czasu na swój koncert. Klasycy death metalu dostali mniej niż trzydzieści minut. Podczas nich fani usłyszeć mogli takie numery, jak „Sentence Day”, „I’m In Pain” czy też „Slowly We Rot”. Nie będę ukrywał: ten zespół to absolutnie nie moja bajka, nigdy nie pasował mi ich styl i koncert oglądałem wyłącznie z ciekawości, ale bardzo wielu osobom podobało się to, co Obituary zaprezentowało w Atlas Arenie, więc w swoich kategoriach zagrali pewnie dobry gig.

Jako drugi wystąpił Anthrax. Co tu dużo mówić, na żywo to istny wulkan energii. Miałem przyjemność oglądać ich dwa lata temu i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Załoga z Nowego Jorku wie, jak kupić publiczność i daje do pieca od samego początku. Zaczęli od „Caught In A Mosh” i już od pierwszych dźwięków utworu wiadomo było, że czeka nas uczta. Anthrax to po prostu klasa sama w sobie. Czy to na nieokrzesanym debiucie, przemyślanym „Persistence Of Time”, nieco innych płytach z Johnem Bushem za mikrofonem, czy też na wydanym dwa lata temu „For All Kings”. Tym razem Anthrax postawił głównie na klasyki, toteż mury Atlas Areny wypełniły riffy z na przykład „Got The Time” i „Be All, End All”. Jedyną nowszą kompozycją było „Fight ‘Em ‘Til You Can’t”, które co prawda było niezłym wyborem, ale zamiast niego wolałbym usłyszeć coś z ostatniej płyty…Tymczasem nie zagrano z niej nic, a zespół teoretycznie wciąż ją promuje. Niemniej nie mam się od czego przyczepić, zespół aż miło się oglądało. Muzycy są w naprawdę dobrej formie, Joey Belladona biega po scenie jak opętany, a mimo to świetnie daje sobie radę w swojej roli. Bardzo żałuję, że Wąglik nie dostał więcej czasu na swój koncert, bo przy finałowym „Indians” czułem niedosyt. Pokaz muzycznych umiejętności Anthraxu trwał jedynie 40 minut, a to za mało jak na taki poziom. Zespół zszedł ze sceny tak samo, jak na nią wszedł: grając motyw z „Cowboys From Hell” Pantery. Miły akcent, biorąc pod uwagę niedawne smutne wydarzenie.


Jako ostatni gość specjalny wystąpiło Lamb Of God. Przyznam się, że do tej pory mój stosunek wobec tej kapeli był niejednoznaczny. Z jednej strony mają trochę całkiem dobrych numerów, ale brzmią one monotonnie. „Zawsze warto zobaczyć.” – pomyślałem i właśnie z takim nastawieniem czekałem na ich koncert. Koncert, którego niestety nie można nazwać dobrym. Zaczęli od „Omerta” i zagrali dość przekrojowy set, w skład którego weszły „przeboje” grupy (w tym „512” zadedykowany naszemu Behemothowi, który kumpluje się z Lamb Of God). Niestety miałem wrażenie, że zespół cały czas gra to samo. Monotonność utworów stanowiła problem również na żywo. Kolejnym, jeszcze większym minusem, była forma wokalisty. Dzięki zatyczkom do uszu miałem wątpliwą przyjemność słyszeć, jak brzmi bez warstwy instrumentów nad swoim głosem. Randy Blythe nie śpiewał nawet w połowie tak dobrze, jak na płytach, na których i tak specjalnie nie błyszczy. Wydawał z siebie coś, co prawdopodobnie można nazwać skrzeczeniem. Słuchało się tego beznadziejnie. Chociaż Obituary to nie moja bajka, ci zagrali przynajmniej dobrze od strony technicznej. Lamb Of God przez wokal Blythe’a wypadło źle nawet na tym polu. Może to był jakiś jego gorszy dzień, ale mam nadzieję, że już nie natknę się na żaden koncert tych panów. No i ten baner „Pure American metal”…heh, żałosne. Szczególnie na tle tego, co rozpocząć miało się już za chwilę i było wybitnie amerykańskie…

Światła zgasły zgodnie z rozpiską czasową i w tym samym momencie z głośników poleciało intro „Delusions Of Saviour”. Za sprawą publiki robiło się coraz głośniej, a atmosferę dosłownie podgrzewał ogień obecny na scenie. W końcu pojawili się na niej Tom Araya, Kerry King, Paul Bostaph oraz Gary Holt i w takim składzie wystartowali z „Repentless”. Nie trzeba chyba pisać, że publikę ogarnęła euforia. Wszakże byliśmy świadkami (podobno) ostatniego koncertu Slayera w Polsce. Mając to na uwadze, człowiek chce się bawić jak najlepiej. A przy muzyce Zabójcy zabawa jest istotnie przednia. Szczególnie, że od razu było słychać, iż zespół jest w niesamowitej formie. Moją uwagę przykuł Araya, który śpiewał naprawdę bardzo dobrze. O ile o pozostałe elementy koncertu się nie martwiłem, tak miałem obawy o formę wokalną Toma…A tu proszę, legendarny frontman zespołu chyba cofnął się w czasie. Kolejnym miłym zaskoczeniem było nagłośnienie, które było na tyle dobre, że zatyczki do uszu okazały się zbędne. 

Slayer zdecydował się na przekrojową setlistę, która objęła stare i nowe numery (tzn. nagrane w tym wieku), te bardziej i mniej znane. Czy była to setlista idealna? Zdecydowanie nie. Była najwyżej dobra. Co w niej robiło „Dittohead”? Tego naprawdę nie wiem. Publiczność sprawiała wrażenie, że w ogóle nie zna tego numeru i jeśli faktycznie go nie znała, to niewiele traciła. „Jihad”, „Hate Worldwide” i „Payback” też zagrano trochę od czapy, nie mówiąc już o „When The Stillness Comes”, które niestety ewidentnie nie dorównuje klasycznym kompozycjom. Te numery nie są złe, ale skoro to trasa pożegnalna, to Slayer mógł zagrać więcej klasyków, których tym razem zabrakło, jak na przykład „Silent Scream” albo „Die By The Sword”. Na szczęście mogę im to wybaczyć, bo forma zespołu rekompensowała mi brak ulubionych numerów. Starocie oczywiście zostały odegrane. „Blood Red” to był jeden z kilku momentów koncertu, kiedy z wrażenia aż szpetnie zakląłem. Tamtego wieczoru Slayer wbijał w ziemię tak, jakby dopiero co wydał któryś z pierwszych krążków. Te zresztą były co chwilę przypominane przez kolejne numery, takie jak „Postmortem” z jednym z jeden z najlepszych riffów w historii metalu, mroczne „Dead Skin Mask”, agresywne „War Ensemble”, lub demoniczne „Black Magic”. Nowsze czasy reprezentowało „Disciple”, które niby ma dopiero kilkanaście lat, ale chyba można je już nazwać klasykiem. Niemalże każdemu utworowi towarzyszyły widowiskowe efekty pirotechniczne, które prezentowały się bardzo efektownie, ale jednocześnie nie przytłaczały i stanowiły tylko tło tego, co najważniejsze: muzyki. Zresztą trudno, by jakieś płomyczki odwracały uwagę od Slayera, kiedy ten gra „Seasons In The Abyss”. To było po prostu potężne, ewidentnie był to jeden z najlepszych punktów koncertu. To samo napisać mogę o „Hell Awaits”, które wypadło po prostu świetnie i jeśli ktoś w Atlas Arenie choć przez chwilę zastanawiał się, dlaczego ten zespół zaszedł tak daleko, te kilka minut pewnie zostawiło go bez takich pytań.

Na bisy poleciały same klasyki, które Zabójca wykonuje na praktycznie każdym koncercie. Zestaw „South Of Heaven”, „Raining Blood”, „Chemical Warfare” i „Angel Of Death” tylko umocnił mnie w przekonaniu, że Slayer to ekstraklasa w świecie metalu, który radzi sobie nawet bez Dave’a Lombardo i Jeffa Hannemanna na pokładzie. Zmarłemu gitarzyście tradycyjnie oddano hołd w trakcie „Angel Of Death” poprzez pokazanie nam wielkiego baneru stylizowanego na logo piwa z napisem „Hannemann still reigning”. Tak, bez wątpienia wciąż rządzi. Jego duch żyje w praktycznie każdym utworze Slayera i stopił się z tym zespołem.
Po zakończeniu ostatniego numeru zespół jeszcze długo żegnał się z publicznością, która nagradzała go długimi brawami. Zdecydowanie zasłużonymi brawami, bo mistrzowie thrashu dali z siebie wszystko. W końcu na scenie został tylko Tom Araya, który pożegnał się z fanami…po polsku. Wydukane „Będę za wami tęsknić” stanowiło bardzo miły gest, na który publiczność zareagowała bardzo energicznie. Ten można powiedzieć wzruszający akcent zakończył metalowe szaleństwo w Atlas Arenie.

Czy to faktycznie był ostatni polski koncert Slayera w historii? Być może, chociaż od dawna chodzą słuchy, jakoby Zabójca miał do nas wrócić przyszłym latem. Trzymam za to kciuki, bo muzycy są w wyśmienitej formie i zdecydowanie warto zobaczyć ich na tej trasie. Legendy żegnają się w wielkim stylu. Z jednej strony smutne, że kolejny zespół, który muzycznie ukształtował tyle osób decyduje się na zakończenie kariery, ale to lepsza opcja, niż rozmienianie się na drobne. Obecnego Slayera podsumować może, jak na ironię, hasło poświęcone zmarłemu już jego muzykowi – „still reigning”. Bo z tronu schodzi z gracją, tradycyjnie nie okazując litości.

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *