Jest marzec, rok 1985. Pewien amerykański zespół nagrywa drugą, doskonałą płytę zatytułowaną „The Skull”, czym zagarnia sobie jeszcze większą rzeszę fanów.

Jest rok 2008. Z Trouble, wszak o tym zespole była mowa, odchodzi wokalista Eric Wagner, żeby wraz z Ronem Holznerem (z tej samej formacji) założyć w 2012 kapelę The Skull, która oprócz swojego materiału i tak na żywo skupia się na numerach macierzystego zespołu. Tę historię zna w Polsce przynajmniej 20 osób, ale o tym zaraz.

Szóstego marca The Skull zawitało do mojego rodzinnego miasta – Gdyni, gdzie mieli zagrać w klubie Ucho.

Kurde faja, myślę sobie, 5 minut pieszo od mojego domu taka legenda, żal zmarnować okazję, szczególnie, że sala na 100% będzie pękać w szwach.

Otóż nie. Zanim przejdziemy do bezpośredniej relacji koncertu – niniejszym przyznaję przysłowiowego „karnego kutasa” za promocję dla w/w klubu. I to takiego w rozmiarze „Ron Jeremy”. Otóż na The Skull bilet postanowiły kupić ni mniej, ni więcej a 24 osoby. Jestem w stanie zrozumieć fakt, że niektórzy mogli nie skojarzyć tej formacji z nazwiskami Wagner/Holzner, ale nie ukrywajmy- na JEDYNY koncert w Polsce takiej kapeli, jest to po prostu żenada. Szczególnie, że spotkaliśmy ludzi np. z Krakowa przed gigiem. Można? Można. Tylko trzeba dopilnować, żeby ludzie wiedzieli. Nota bene, gdyby nie przypadkowy telefon do Vlada, to sam (przypomnę – jestem miejscowy) nie dowiedziałbym się najpewniej o tym evencie.

www.youtube.com/watch?v=aLU5Hmdwl3A

Na dzień dobry wita nas obsuwa – początek koncertu był wg harmonogramu o godzinie 19. W momencie kończenia n-tego piwa jakieś 15 minut przed planowanym początkiem gigu przyjechał van z zespołem. Supportującym. The Skull dotarli później. Przynajmniej pomimo późniejszego otwarcie klubu nie staliśmy w kolejce do szatni (nie wiedzieć czemu).

www.youtube.com/watch?v=waYxFcSDzw0
Pora jednak przejść do konkretów, czyli muzyki. Pierwszym supportem był nasz rodzimy Bitchcraft. Set nie za długi- 4 numery. Muzycznie oscylujące gdzieś pomiędzy Devil’s Blood a Electric Wizard. Będę całkowicie szczery- nie przepadam za tego typu muzyką, nigdy nie byłem zwolennikiem aż tak mocno ujaranych brzmień. Niemniej jednak- nie mogę tutaj odmówić faktu, że Bitchcraft spisał się po prostu dobrze. Wszystko chodziło jak powinno, kompozycje zgrane i przemyślane w swoim ślimaczym tempie. Dość dobrze tytuły granych utworów mogą mówić o tym czego spodziewać się po muzyce- „Smoke Dancer” czy „Acid Dream” już są w pewien sposób sugestywne. Do tego konkretna, mocna i ciężka sekcja rytmiczna i wokalistka na którą można było popatrzeć z dużą radością. Ogólnie? Na plus, choć całkowicie nie moja bajka.

Drugi support był niestety absolutną tragedią. Stepfather Fred z Niemiec, bo o nich mowa dość skutecznie wypłoszyła na zewnętrzną palarnię część widowni. Przemogłem się do obejrzenia fragmentu występu, celem napisania tejże relacji. Ktoś powinien mi postawić piwo za to poświęcenie. Ot, takie typowe, nowomodne, alternatywne granie. Dużo skakania po scenie, próby zrobienia czegoś chwytliwego i tandety. Ble. Dość dobrze określił tę muzykę jeden z członków The Skull, gdzie cytując „It’s not that they’re bad. They’re good at what they do. It’s just the fact, that what they do sucks”. Nic dodać, nic ująć.

www.youtube.com/watch?v=7XESpmULP_M
Za to sam The Skull? Miód na uszy, poezja i ochy i achy. Piękne brzmienie, wokal Erica wciąż absolutnie niezniszczalny. O kompozycjach nawet nie ma co wspominać, bo to mówi samo za siebie. Chwała! Setlista opierająca się zarówno na klasykach Trouble jak i na numerach napisanych już bezpośrednio przez The Skull. Zdecydowanie najlepiej w secie wyszły tutaj dwa numery- „Revelations (Life Or Death)” oraz „The Skull”. Cieszy również fakt, że solowy materiał zespołu dobrze wypadł na żywo- nie mamy tutaj więc kolejnego coverbandu odcinającego kupon za kuponem, a grupę, która faktycznie zmierza do przodu. Mała frekwencja wywarła też swoje konsekwencje- zespół czuł się na scenie bardzo luźno. Wymiana zdań z fanami między numerami, żarty czy przerwanie jednego z utworów po błędzie, żeby zacząć od nowa- wszystko to z jednej strony nadało kameralnego wydźwięku temu wieczorowi, a z drugiej sprawiło, że słuchacze mieli wrażenie bycia na próbie. Oprócz wyżej wymienionego duetu Wagner/Holzner, który jest klasą samą w sobie i nie ma co się rozwodzić, bo każdy wie jak wysoki poziom pokazali, bardzo pozytywną niespodzianką okazał się perkusista grupy. Sean Saley (ex-Pentagram) wiedział co robi i nadał występowi dużo dynamiki. Podsumowując występ gwiazdy wieczoru jedna uwaga- za krótko.

www.youtube.com/watch?v=ymYYFNJiGiE
Cóż mogę rzec. Wspaniały koncert, na którym więcej było krzeseł niż ludzi. Ale The Skull nie zawiódł. Ze zgromadzonych każdy dokładnie wiedział po co przyjechał do Ucha. I właśnie to otrzymał. Na jeszcze wyższym poziomie niż oczekiwany. Mam nadzieję, że niezałamani klapą frekwencyjną Wagner, Holzner i spółka zdecydują się powrócić do kraju nad Wisłą.

Wojtek Michalak
foty: Karol Makurat

filmiki: Vlad Nowajczyk

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *