Jak na dość niszowy gatunek muzyczny jakim jest post-metal dwa polskie koncerty zespołu Cult of Luna były dość mocno nagłośnione w naszym kraju. Co się na ten fakt może składać? Cóż, jest to formacja, która ma na swoim koncie wiele świetnych krążków, widowiskowe występy, jak również, przede wszystkim, była to ostatnia okazja by zobaczyć Szwedów przed zapowiadaną wcześniej długą przerwą w działalności zespołu. W wyobrażeniach fanów powstaje więc obraz koncertu poruszającego, dramatycznego, nostalgicznego, niezapomnianego. Dokładnie 24 godziny temu stałem pod samą sceną i byłem mniej więcej w połowie koncertu Cult of Luna. Występu, który był jednocześnie rewelacyjny, jak również generujący mieszane uczucia.

Col1

Zaczynając od początku – ciężko powiedzieć cokolwiek o supporcie. W chwilę po wejściu do warszawskiej Proximy na scenę wszedł black metalowy zespół God Seed. Po kreatywnym i wyszukanym zespole, jakim jest Cult of Luna spodziewałem się wyboru formacji, która w swoim graniu zahaczałaby o awangardę, ambient czy zwyczajnie specyficzne rozwiązania aranżacyjne. Niestety, przy God Seed tego nie uświadczyłem. Support charakteryzowała monotonia, przewidywalne motywy oraz klasyczny, black metalowy wokal. Zespół grał poprawnie, a w zachowaniu i kondycji muzyków można było dostrzec setki godzin prób. Czy jest to jednak dobry support przed Cult of Luna? Mimo ciepło przyjętej przez krytyków debiutanckiej płyty grupy, ‚I Begin’, koncert God Seed był jednym, wielkim hukiem i hałasem. Jak się miało później okazać, nie tylko nagłośnienie supportu odbiegało od oczekiwań zgromadzonych w warszawskiej Proximie fanów post-metalu.

Po wejściu do klubu i przypomnieniu sobie, że Cult of Luna liczy siedmiu muzyków, a w tym dwóch odpowiadających perkusje i trzech za gitary elektryczne. Zacząłem się więc zastanawiać jak ta ekipa zmieści się na małej skądinąd scenie. Z wielką ciekawością obserwowałem ustawianie sprzętu – z tyłu sceny stały dwa zestawy perkusyjne, tuż przed nimi jeden ze wzmacniaczy gitarowych, dwa pozostałe po bokach, w prawym rogu swoją przestrzeń dostał klawiszowiec, a w lewym basista. Mogło się wydawać, że muzykom będzie dość ciasno przy takim ustawieniu, jednak te obawy okazały się mylące – stworzyło to specyficzny, kameralny klimat całego występu. Co prawda panowie z Cult of Luna lubią sobie poskakać, ale, jak się potem miało okazać, niekiedy lubią też zejść ze sceny i być jak najbliżej fanów. Zaciekawiłem? Czytajcie dalej.

CoL

Zaczęto od klimatycznego intra pochodzącego wprost z najnowszego EP zespołu, „Vertikal II”, ‚Light Chaser’. Światła przybrały charakterystyczną dla świeżych wydawnictw Cult of Luna szarą barwę, a publika zaczęła powoli kiwać się wpadając w coraz większy trans. Po intrze Szwedzi postanowili przywitać fanów koncertowym klasykiem z „Eternal Kingdom”, ‚Following Betulas’. Po uzupełnionym zielonymi światłami elektronicznym wstępie do utworu koncert Cult of Luna rozpoczął się na dobre. Rozbrzmiały świetne riffy, pełna detali sekcja rytmiczna oraz wrzask Johannesa Perssona.

Przyznać trzeba, że jest to zespół szalenie równy. Jako fan grupy przed występem w Proximie miałem okazję obejrzeć sporo mniej lub bardziej oficjalnych koncertów Cult of Luna i pod względem formy muzyków ciężko zauważyć znaczące różnice – zawsze grają dobrze, równo i, mimo posiadania w swoim składzie trzech gitarzystów, czysto i klarownie. Tak to jednak brzmi na bootlegach z koncertów i tak to wyglądało z perspektywy fana Cult of Luna. A jak brzmiało? Tutaj sprawa przedstawia się gorzej.

Tak jak wcześniej wspomniałem, problemy z nagłośnieniem dotyczyły nie tylko występującego jako support zespołu God Seed. Mówiąc krótko – mimo usilnych starań zespołu o zapewnienie polskim fanom najlepszego i zapadającego w pamięć koncertu nie da się ukryć kilku wpadek ekipy nagłaśniającej oraz nieprzystosowanej do wagi wydarzenia akustyki Proximy. By zobrazować sytuację przytoczę wykonanie jednego z najbardziej klimatycznych, a przy tym najbardziej oszczędnych utworów zespołu, ‚Passing Through’. Na całość kompozycji składa się jedynie gitara, wokal oraz pojedyncze, grane przez klawiszowca, dźwięki. Po wejściu gitarowego motywu wszyscy czekali na pierwsze słowa wyśpiewane przez Magnusa Lindberga, kiedy to po pierwszym wersie rozległo się wyjące, trwające kilkanaście sekund sprzężenie.

Z drugiej strony nie porywały też potężne i monumentalne finały utworów. Wszystko w ogólnym rozrachunku robiło wrażenie, jednak nakładało się na to kilka czynników – perfekcyjna gra świateł, rewelacyjne obycie Cult of Luna ze sceną, zachowanie muzyków czy też świadomość uczestniczenia w koncercie post-metalowego zespołu najwyższej próby. Nie ma jednak co ukrywać tego faktu – ten klub nie nadaje się do nagłaśniania imprez sludge’owych czy właśnie post-metalowych. Podobny scenariusz miał już miejsce na ubiegłorocznym Neurosis oraz niedawnym występie AmenRa. Ci, którzy znają idealnie utwory zespołu, na którego koncert się wybierają nie odczują tego problemu tak bardzo. Jednak ci, którzy do momentu wejścia do klubu słyszeli co najwyżej jeden album danej formacji mogą się poważnie zawieść niezrozumiałą chwilami ścianą dźwięku.

Nie oznacza to jednak, że nie było momentów, które samym brzmieniem potrafiły zjeżyć włos na głowie. Ogólnie rzecz biorąc samemu zespołowi nie można zarzucić absolutnie nic. Pasja, z którą był wygrywany każdy dźwięk zionęła ze sceny i przenikała właściwie wszystkich – miło było uczestniczyć w zbiorowym headbangingu w specyficznym, sludge’owym smaku. Wracając jednak do momentów genialnych – chciałbym tutaj wyróżnić pochodzące z krążka „Somewhere Along The Highway” ‚Dim’ oraz zamieszczone na „Vertikal” ‚Vicarious Redemption’ i kończące cały koncert ‚In Awe Of’. Warto ponadto opisać specyficzne podejście muzyków do kontaktu z publicznością. Zamiast mogącego w tym przypadku zepsuć klimat kontaktu werbalnego Cult of Luna zdecydowało się na działania takie, jak schodzenie ze sceny czy wspinanie się na barierki. Sufit w klubie Proxima zawieszony jest dosyć nisko, co potrafił w ciekawy sposób wykorzystać frontman grupy, Johannes Persson. W niektórych momentach wokalista stawał na barierce łapiąc się sufitu i tym samym pomagając sobie złapać równowagę. Obserwowałem w tym momencie również publiczność – nikt nie odważył się wówczas dotknąć charyzmatycznego frontmana. Plus za klasę i profesjonalizm dla obu stron.

Cóż można powiedzieć słowem podsumowania? Nie da się ukryć, że odczucia mam mieszane. Cult of Luna jest bowiem zespołem genialnym – zawsze trzymającym formę, wydającym kolejne świetne płyty, znającym post-metalowe rzemiosło od podszewki. I oto właśnie przyjeżdża wielki autorytet w kwestii budowania klimatu w metalowym stylu i zostaje powitany kiepskim bądź co bądź nagłośnieniem w warszawskim klubie Proxima. Podczas powrotu do Łodzi sięgałem pamięcią do innych koncertów zespołów z tego nurtu starając się poszukać pewnego punktu zaczepienia, kiedy nagle przyszła mi do głowy refleksja, która mnie szczerze zasmuciła. O kilka klas lepszym udźwiękowieniem na jednym z występów w zdecydowanie bardziej prestiżowym klubie mogła cieszyć się wschodząca dopiero gwiazda sceny, nasz rodzimy Blindead. „Jak to?” – zapytacie. Cóż, Blindead grał jako support Behemotha. Czy oznacza to, że post-metal powinien, przynajmniej w Polsce, zejść do podziemia i w celu grania spektakularnych koncertów występować u boku bardziej opłacalnych z punktu widzenia sponsorów wykonawców? To pytanie pozostawiam Wam do przemyślenia.

Na koniec, pół-żartem, pół-serio można przyczepić się do jeszcze jednego detalu – zespół nie zagrał fenomenalnego utworu „Ghost Trail”, który kończy się wykrzykiwaną frazą „The King” oraz zwiększającym się tempem. Można byłoby moją trywialną uwagę zlekceważyć, jednak w trakcie koncertu kilka osób krzyknęło „Ghost Trail!” pomiędzy utworami, a po wyjściu z klubu jeden jegomość powiedział: „No nie było króla, k…a mać!”. Mimo to cieszę się niezmiernie, że zobaczyłem, jak na żywo radzi sobie Cult of Luna. To genialni muzycy, ludzie pełni pasji i cieszę się, że widząc mnie i sporą grupę fanów zgromadzonych w warszawskiej Proximie mogli pomyśleć, że mają dla kogo grać. Bo mają.

Autor: Bartosz Pietrzak

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *