Taka sytuacja – człowiek wstaje sobie rano. Za oknem mróz, brud, chlapa i szeroko pojęta depresja. Nie chce się nawet wstawać, prawda? Niestety, psa ktoś wyprowadzić musi, a że reszta domowników nawet się do tego nie pokwapiła, to trzeba wziąć sprawy w swoje ręce (proszę, nie doszukujmy się tu odniesień do onanizacji). Jest się sobie na tym spacerku, aż tu nagle – jeb! Upadłem na ziemię. Podnoszę się, otrzepuję, dwie minuty później znowu to samo, a przed wejściem do klatki sytuacja dalej się powtarza. Moja cierpliwość jest już niemożliwie nadwyrężona, więc celem poprawy nastroju patrzę sobie, jakie tu albumy mam do zrecenzowania. Jest – zespolik Cold Raven i ich debiutancki album „Equilibrium and Chaos”, same nazewnictwo i okładka śmierdzą black metalowym, czarcim wyziewem tak, że nawet chusteczka przykładana do nosa nie jest w stanie pomóc. Dobra, odpalmy tego skurczybyka!

 

Cold Raven, band photo, 2015

 

Pierwszą rzeczą, która w jednej chwili przykuła moją uwagę, jest brzmienie. Brzmienie kompletnie niepasujące do black metalu. Czyściutkie, selektywne, sterylne niczym gabinet lekarski. Za ten element chłopaki mają dużego minusa, niestety. Black metal ma brzmieć jak z najgłębszych czeluści piekieł, nie przychodni (chociaż nie ukrywam, że muzyka skrywające tajemnice nieodwiedzanych nigdy zakamarków przychodni, mogłaby być całkiem fascynująca). Z każdą kolejną minutą dostrzegam jednak, że ów krążek nie jest takim zwykłym black metalem. Czy jest to zaleta? Bynajmniej. Gdy słyszę te pseudodjentowe wstawki w „No Mercy”, kłującą uszy, chamsko striggerowaną centralę, to mam po prostu ochotę powyrywać tym Makaroniarzom (tak, członkowie Cold Raven są Włochami, mediolańczykami) z łap instrumenty i zarządzić, by użyli ich znowu, kiedy przestaną nieudolnie mieszać black z nowoczesnymi formami ciężkiego grania.

 

www.youtube.com/watch?v=N3Aaum4ikFY

 

Jednakowoż niektóre stylistyczne mariaże całkiem nieźle im wyszły, bo często, gdy wchodzi szybszy pełen agresji riff, a w sianiu rozpierduchy wtóruje mu rozpędzony bębniarz, to nie ma bata – słyszę debiutancki album At The Gates, tylko wokalu Tompy brakuje. Skoro już na wokal zeszliśmy, p. Daniel Brignoli odwalił kawał dobrej roboty, jego demoniczny, ale zapadający w pamięć skrzek niezwykle bardzo przypomina znanego i (nie)kochanego w środowisku black metalowym Nattefrosta z Carpathian Forest. Krótko ujmując istotę rzeczy – takie wyziewy, to ja rozumiem!

 

Cold Raven, onstage, 2015

 

Black metal chłopaków oprócz flirtowania z innymi gatunkami nie odznacza się jednak niczym szczególnym. Kompozycje to przeważnie walce w średnich tempach, które brzmiałyby całkiem nieźle, gdyby nie jeden fakt – to pieprzone brzmienie, jak wielką pustkę trzeba mieć w głowie, by wyprodukować tak brzmiący black metal? To nie ma być świąteczny album Zbigniewa Stonogi i pioseneczki o kuklach, tylko diabeł, ale jak widać i ten ma swoje chwile słabości. Smutne. Jedyny ratunek dla tych wałków następuje wtedy, gdy chłopcy zaczynają przyspieszać, wtedy brzmienie jakby zyskuje i słucha się tego przyjemniej, lecz jest to wrażenie chwilowe, niknące szybciej niż włosy członków Voivod.

 

www.youtube.com/watch?v=pLakSaC1atM

 

Jak łatwo wywnioskować, humor miałem słaby, a „Equilibrium and Chaos” tylko taki nastrój pognębił. Za kilka tygodni twórcy owego krążka będą obchodzić rocznicę jego wydania. Myślę więc, że powinni puścić go sobie kilka razy, puknąć się mocno w swoje krótko ostrzyżone łby i nagrać coś wartego uwagi lub zerwać z muzyką. Do wyboru.

 

4.5/10

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *