Czy największemu metalowemu zespołowi jeszcze uda się swoim nowym krążkiem wzbudzić w nas podziw? I czy nas to jeszcze będzie obchodziło?

Metallica-New-Album-Recording-RIFF-2015

Koniec gry?

To nadzieja sprawia, że wciąż czekasz, rozpaczliwie pragnąc jeszcze jednej dawki. Nawet po „St. Anger”, „Lulu” i kinowej klapie obliczonej na łatwy zysk, jaką było Through The Never, chcemy uwierzyć, że Metallica nadal jest ważna, że nadal ją coś obchodzi. Ale kurwa, oni nawet w połowie nie przetestowali naszej cierpliwości, a rok 2016 może być tym, w którym zapasy dobrej woli się wyczerpią.

Twórczy chaos

Przedstawmy sprawę całkowicie jasno: Metallica nie jest nam nic winna. Są największym heavy metalowym bandem na świecie, mającym najwięcej sukcesów na koncie i – ze swoimi pierwszymi pięcioma albumami – zespół Jamesa Hetfielda i Larsa Ulricha stworzył dorobek tak inspirujący, instynktowny i niesamowicie elektryzujący, że tylko Black Sabbath i Iron Maiden mogą przypisywać sobie większy wpływ na nasz świat. I nieważne, co myślicie na temat twórczości tego kwartetu w ostatnim ćwierćwieczu, tylko idiota mógłby próbować zaprzeczać temu, że zespół z San Francisco wykazywał godną podziwu zdolność do śmiałego kroczenia w nieznane, nieważne czy to współpracując z orkiestrą („S&M” w 1999), pozwalając twórcom filmu ujawnić swoje najskrytsze czułe punkty (Some Kind Of Monster w 2004) czy organizując własny festiwal (Orion Music + More w 2012 i 2013). Nawet w chwilach największego zagubienia – czyli we wspomnianym wcześniej „Lulu” – nawet najbardziej jadowici hejterzy muszą przyznać, że bezczelność zespołu była całkowicie zgodna z mentalnością „jebać wszystkich”, która to właśnie wypchnęła ich z garaży w Los Angeles.

Przerażająco ironicznym faktem jest to, że najlepiej przyjęty przekaz artystyczny zespołu w ostatnich latach to moment, kiedy Hetfield i Ulrich powściągnęli swoje niepohamowane pędy kreatywności i świadomie podporządkowali się oczekiwaniom. Mimo iż album „Death Magnetic” z 2008 r. jest bardzo dobry, został stworzony bardziej do konsolidacji niż do konfrontacji – to staranne rzemiosło stanowiące potwierdzenie wartości ich marki i jeden z niewielu momentów w trzydziestopięcioletniej karierze, gdzie band celowo zagrał bezpiecznie. I naprawdę, kto mógłby ich za to krytykować? Tak źle i tak niedobrze. Nie ma co się dziwić, że nie spieszy im się do nagrywania nowego albumu.

Niskie oczekiwania

Minęło już osiem lat, a ciągle słyszymy, że nowy album Metalliki w końcu ujrzy światło dzienne w tym roku.. może. Mówiąc szczerze, to oczekiwania nigdy nie były niższe. Czy ktokolwiek pamięta, jak brzmi ‘Lords of Summer’ – jedyny utwór, który wyszedł w tej dekadzie? O klimacie, w którym obecnie działa Metallica trochę mówi to, że oświadczenie Kirka Hammetta z ubiegłego roku o „zgubieniu” iPhone’a z 250 pomysłami na riffy do nowego albumu wywołało zaledwie obojętne wzruszenie ramion nawet wśród najbardziej lojalnych członków „Rodziny”.

Nowa nadzieja

A mimo to nie możemy wyzbyć się nadziei. Scena metalowa może i niezmiernie się zmieniła, od kiedy Metallica dała gatunkowi nowe podwaliny, ale ponieważ już tak mocno w nich zainwestowaliśmy – ponieważ Metallica jest nieodłączną częścią naszego DNA – po prostu nie jesteśmy gotowi porzucić starych bogów. Hetfield, Ulrich, Hammett i Trujillo pozostają nad podziw na bieżąco z nowymi zjawiskami w metalu – o czym świadczy ich przyjaźń i otwarcie wyrażane wsparcie dla zespołów takich jak Mastodon, Ghost i Baroness – i nikt się nie spodziewał masowego naśladownictwa ich charakterystycznego brzmienia. Wystarczy, że kwartet przesłucha„The Book Of Souls”, „For All Kings” Anthraxu czy krążek „Dystopia” od Megadeth, a usłyszy, że działania starych wyjadaczy włączają nowe inspiracje, oraz komponowanie i granie z pasją, energią i z prawdziwego serca tak, jakby to miała być ich ostatnia szansa, żeby utrwalić swoje imię wśród legend wszechczasów. Miejsce Metalliki w historii jest zapewnione, ich dziedzictwo jest niezaprzeczalne, ale jeśli mają istnieć w czasie teraźniejszym, będzie ciążyć na nich największa w historii presja do tworzenia nowych rzeczy. „Now’s the time to let it rip, to let it fucking loose” śpiewał młodziutki James Hetfield w 1983 r. jako deklarację niepodległości Metalliki w kawałku ‘Whiplash’. Teraz możemy tylko czekać, by usłyszeć, czy w 2016 roku faceci w czerni nadal będą w stanie rozpalić swój wewnętrzny ogień.

https://i0.wp.com/heavyrock.pl/wp-content/uploads/2016/04/james-james-hetfield-32634498-775-574.jpg?w=740

Źródło: TeamRock

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *