No tak, wprawdzie 18 listopada 2016 r. przejdzie do historii, jako data premiery nowej płyty Metallici, czego ani nadejście Antychrysta, ani wybuch bomby atomowej, ani nadanie Pokojowej Nagrody Nobla Kim Dzong Unowi, by nie zmieniło, ale nie wolno zapominać, że muzyczna planeta kręci się dalej. Może w rytm lekkiego „metallicowego zadżumienia”, ale zawsze. Na rodzimym poletku to dzień premier uznanych marek z klasyki polskiego metalu. Na półkach sklepowych wygodnie rozsiadł się właśnie Vader ze znakomitym „The Empire”, który to mieliśmy przyjemność recenzować w ubiegłym tygodniu. Jak diabeł z pudełka, wyskakuje zaraz za nim zespół, który swego czasu (lata 90-te) mierzył swe  siły z ekpią Generała, czyli legendarne, by nie rzec kultowe już  Christ Agony. „Legacy”, o którym mowa, ukazuje się po 5-letnim okresie milczenia załogi dowodzonej przez niezmordowanego Cezarego Augustynowicza (z premedytacją pomijam ep „Black Blood”-2015 r.) i cóż……..jeńców nie bierze.

christ-agony-legacy

Zanim jednak przejdziemy do meritum, parę słów przypomnienia, ot z kronikarskiego obowiązku, a przede wszystkim celem muzycznej ewokacji dokonań, jaka zasłużonemu dla rodzimej sceny Christ Agony zwyczajnie się należy. Historia tego zespołu zaiste nie była usłana różami. Kiedy tak zwyczajowo przesłuchuję sobie co jakiś czas płyty, dzięki którym zawojowali swego czasu sceny nad Wisłą, zachodzę w głowę dlaczego nie wyszło, tak jak miało wyjść. Chodzi oczywiście o odsłony trzech sławnych aktów „Unholyunion (1993), Deamoonseth Act II (1994) i „Moonlight” (1996), z który ostatni rozpierdolił tak skutecznie, że do dzisiaj większość fanów (czy to starych, czy nowych) wyczekuje podobnego grania. Czy to przypadek, że na każdym gigu Christ Agony, niczym mantra pojawiają się wołania o kawałki z trzech przywołanych krążków? Oto w kilka dni po największej pełni, w „Moonlightowo-rocznicowym”, 2016 r., spada mi na głowę „Legacy” i już po kilku minutach jego trwania, pewien jestem, że to najlepsza Agonia Chrystusa od okrągłych XX lat.

Oczywiście nie zapominam o okresie twórczości Cezara z przedziału „pomiędzy”. Czy na „Darkside”, „Elysium”, czy ostatnim „NocturN” zawsze znajdowałem coś dla siebie. Szczególnie ostatni z wymienionych, leżał mi nie tylko z powodu gwiazdorskiego składu, ale po prostu oczywistego zbliżenia się do zwycięskiego szlaku, jakim zespół poruszał się do połowy lat 90 – tych. Przy okazji najnowszej odsłony, „zbliżania”, „podążania”, „usiłowania” i „próbowania” ustępują pola faktycznemu przeistoczeniu intencji w dźwiękowe ciało. Nie chodzi o to, że Christ Agony ucieka w coverowanie samych siebie sprzed lat. Nie znajdziecie na „Legacy” drugiego „Mephistospell”, czy „Sacronocturn”. Tutaj chodzi raczej o posępną potęgę kompozycji Cezara, zgrabnie balansującego między blackmetalową agresją, a romantyczną miejscami melodyką, która cechowała jego najlepsze kompozycje. I tak, od samego początku trwania płyty mamy do czynienia z prawdziwymi opusami, które mroczną podniosłością zwalają na glebę. W zasadzie materiał jest tak przepięknie spójny, pod względem jakości że niezależnie, czy słuchasz go na wyrywki, czy od początku do końca, nie trafisz na żaden słaby moment. To cecha płyt wielkich.

To co urzeka od pierwszych minut trwania, to klimat jakim otaczają słuchacza te dźwięki. Akustyczne intro, piekielne chóry i ruszamy z motorycznym „Conjuration”. Bez pitolenia, „klawotwórczości” i innych „rozmemłań”, uderza w nas salwa pilarek gitarowych, wyłożona melodycznymi mozaikami na tzw. „grecką” modłę. Ledwo wybrzmią ostatnie tony „otwieracza”, praktycznie bez chwili oddechu atakuje nas kolejna inkantacja, wprowadzająca do czarcio rozmarzonego „Sigillum Diaboli”. Tempa oscylują raczej wokół średnich, rytmicznych pochodów, co tylko wzmacnia hipnotyczno – daiboliczne oddziaływanie tej muzyki. Na tym jednak nie koniec. To co mnie osobiście cieszy, to fakt że o wielowymiarowości materiału w jego kulminacyjnym momencie, decyduje dobrze pojęta agresja. Kiedy w moich ulubionych na płycie: „Black Blood”, czy szczególnie wartym swego tytułu „Devil Worship”, zaczyna sypać gradem blastów, robi się już na całego piekielnie. Smród siary wiesza się gdzieś pod sufitem, ze ścian spadają święte obrazki, a podświadomość szepcze do ucha, że Boże Narodzenie w tym roku odwołane. Jeszcze jedna sprawa. Długość trwania kawałków nie schodzi poniżej sześciu minut, w wielkim zakończeniu „Legacy”, monumentalnym „The Lagacy Of Sin & Blood” osiągając pułap dziewięciu. „Bez jaj, dzisiaj ludzie ziewają, jeszcze zanim wstaną z wyra” -powie wielu. Jednak nic z tych rzeczy. Christ Agony rewelacyjnie odnajduje się w tego typie strategii, stawiając na umiejętne rozkładanie napięcia i pożytkowanie czasu na budowanie czarciego transu. Serwowany patos nie nosi przy tym znamion kiczu, pozwala za to na parę chwil zapomnieć o „bożym świecie” (hehe), rozwinąć czarne skrzydła i znów, jak za młodych lat pomyśleć: jaka to zajebista postać ten Papa Lucyfer. Brawo Panowie.

2385_photo

Jest się z czego cieszyć. Kolejna wielce udana propozycja krajowych klasyków. Acid Drinkers, Vader, a teraz Christ Agony, po latach, jakoby wracając w kategoriach mocy do swoich najlepszych momentów, wciąż przypominają kto ongiś rządził i dzielił w tym biznesie. Choć każdy z innej parafii i kategorii grania, to jednak w na swój sposób w wyśmienitej formie.  Czego chcieć więcej? Wielu powie nowego Behemoth hehe, ale wierzcie mi lub nie, nie stosując żadnej taryfy ulgowej, można śmiało stwierdzić, że to nie nieobecność wydawnicza ekipy Nergala, a jakość nagrań wymienionych zespołów daje im wielką szansę na powodzenie. Ktoś może zarzucić mi sentymentalność, bo wciąż z uporem maniaka porównuję te najnowsze płyty, z tymi sprzed ponad XX lat, a czas w miejscu przecież nie stoi i pewnych zjawisk powtórzyć się po prostu nie da. Po pierwsze nie wstydzę się tego, bo to były najlepsze czasy dla metalu, nie tylko naszego, a w ogóle, po drugie, jak napisałem, weterani wzięli drugi oddech i powrócili w formie znanej z najlepszych lat ich kariery. Za moim podbeskidzkim oknem właśnie trwa szaleństwo demonicznych powiewów wiatru. Trudno lepszą scenerię do słuchania „Legacy”. Nastrój, potęga, klimat i Christ Agony. Tym razem wszystko zgadza się jak w zegarku. Trwaj chwilo, bo powstał akt numer IV, wart swego tytułu. Oto „Spuścizna” polskiego „czarnego” grania.

Megakruk 

Ocena: 10/10

Data premiery: 18 listopada 2016 r.

Wydawca: Witching Hour Productions

Twórcy:

  • Cezary „Cezar” Augustynowicz – wokal, gitary
  • Tomasz „Reyash” Rejek – gitara basowa
  • Dariusz „Daray” Brzozowski – perkusja

Lista utworów:

  1. Conjuration
  2. Sigillum Diaboli
  3. Seal ov The Black Flame
  4. Black Blood ov The Universe
  5. Devil Worship
  6. Coronation
  7. Legacy ov Sin & Blood

 

 

 

2 Komentarze Christ Agony-„Legacy”: Recenzja

  1. FatalPortrait

    No to zayebiscie ze album kozak bo kurier juz jedzie do mnie z paczka, mialem do wyboru zamowic nowa Metallice albo Christ Agony i chociaz Meta to dla mnie najwazniejszy zespol itd to zamowilem christ Agony…ale Metallice tez kupie pozniej hehe

    Reply
    1. Megakruk

      Witaj po raz kolejny fatal, miło widzieć, że ktoś z rockmetala jeszcze wpada gdzie indziej. Płyta Chirist – kozaczna, zapraszam do słuchania i czytania kolejnych recenji. Pozdrawiam

      Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *