Polska scena blackmetalowa przeżywa swój złoty okres, a na fali mrocznego narodowego zrywu wyrosło nam kilka znaczących nazw. Dwie z nich, w towarzystwie zagranicznych kolegów po fachu, polska publiczność ma okazję oglądać podczas trwającej obecnie trasy Ecclesia Diabolica Baltica. I chociaż to Behemoth okupuje najwięcej miejsca na plakatach promujących koncerty, zdawać by się mogło, że tym razem duża część publiczności za swoją osobistą gwiazdę wieczoru uzna jedną z kapel supportujących – Zeal & Ardor, In Twilight’s Embrace czy Whoredom Rife.

Na pierwszy ogień (choć niestety – tylko w przenośni, gdyż cały ogień z miotaczy zużył kilka godzin później Behemoth) – Whoredom Rife. Norwedzy za cel brali zdaje się kontynuowanie i rozwijanie dorobku swoich rodaków z Mayhem, Darkthrone czy 1349. Wpływów mrocznych lat 90-tych w bezkompromisowym i autentycznie poważnym wizerunku zespołu jest wiele, a jeszcze więcej w ich twórczości. Całość stanowiła dobry opener, bo stosunkowo krótka i generyczna, ale ubarwiona soczystymi solówkami setlista nikogo nie znużyła. W przeciwieństwie do Zeal and Ardor czy Behemoth – w zespole nie ma ani krzty przebojowości. Ale nie musi być. W końcu ma to być jazda bez trzymanki po norweskich ośnieżonych polanach, hołd oddany klasyce gatunku. Whoredom Rife jak na razie bardzo dobrze trzyma się na swojej śmiercionośnej maszynie.

Poznańskie In Twilight’s Embrace na żywo wypada nieco bardziej ekstremalnie niż na nagraniach studyjnych (co nie oznacza oczywiście, że wrażenia po odsłuchu studyjnej wersji ich twórczości będą mniej intensywne). Wydany w 2018 album Lawa puszcza oko do tych, którzy na języku polskim w liceum uważnie słuchali tego, co na temat Mickiewicza miał do powiedzenia nauczyciel. Rozpoczęcie show Zaklęciem spotkało się z moim niekrytym uśmieszkiem. In Twilight’s Embrace to oprócz klimatycznej, ambientowo przymulonej ekstazy, także żywy dowód na to, że smutny polski język idealnie nadaje się do mrocznej muzyki. Tak jak sceptycznie podchodzę do naszego ojczystego języka w zespołach takich jak Turbo czy KAT, tak tutaj płynnie koreluje z pozostałymi ścieżkami.

Jednak In Twilight’s Embrace to nie tylko melancholijny vibe. Dostaliśmy też numery w klimacie Krwi, które dodały występowi energii i kontynuowały bezkompromisowość jaką zapodało wcześniej Whoredom Rife.

W nogach zaczęłam powoli czuć nieprzyjemne mrowienie, więc aby je znieczulić, w przerwie tuż przed występem Zeal & Ardor poszłam po hipsterskie progresyjne piwo, w odpowiednio hipsterskiej cenie. W końcu, jakby nie patrzeć, już zaraz miał rozpocząć się najbardziej hipsterski koncert wieczoru.

Zeal & Ardor jest jak szwajcarski scyzoryk. Jest nie do podrobienia i zawiera prawdopodobnie wszystko, o czego przeznaczeniu nie masz zielonego pojęcia. Szwajcarzy stworzyli trzy albumu stanowiące unikalną hybrydę bluesa i black metalu w subtelnej dyskotekowej otoczce, która rozkołysała publiczność kawałkami takimi jak Row Row, Ship On Fire czy Devil Is Fine. Tak jak klasyczny black metal stadionowy raczej nie jest, Zeal and Ardor moim zdaniem w jakiś specyficzny rodzaj tańca ma szansę porwać, a ja sama bardzo łatwo poddałam się im na żywo i 45 minut zleciało w mgnieniu oka.

Na sam koniec wisienka na torcie ironii mojej obecności na tym wydarzeniu. Długo zastanawiałam się, czy zespołowi Behemoth dawać jeszcze drugą szansę (po tym jak na Wacken 2018 zespół uplasował się w moim rankingu kapel w kategorii “mocno średnie”). Przebojowy nowy album odebrałam dość pozytywnie i rzeczywiście usłyszałam aż 4 numery z nowej płyty. Tym, co najlepiej grało dla mnie w tym show, była pirotechnika, scenografia i otoczka cyfrowa. Ogień, mroczne animacje i charakterystyczne rekwizyty stanowią dobre tło do wykonywanych utworów i sprawiają wrażenie, jakby na scenie odprawiano jakiś neo-okultystyczny rytuał. W półtoragodzinnym secie zabrakło mi jednak dywersyfikacji nastroju, który dynamicznie zmienił się tylko podczas Batrzabel. Poza tym było tylko nieustanne dokładanie do ognia, który też w końcu spowodował u mnie przesyt.

W swojej neo-blackmetalowej niszy Behemoth osiągnął już szczyt, a ze studiów nad opiniami fanów na ich temat można napisać pracę doktorancką. Dla mnie technicznie są dobrym zespołem, kompozycyjnie poprawnym, ale oprócz oryginalnego przesteru nie widzę w większości numerów niczego, co mogłoby być nazwane rewolucyjnym. Nie tyle rewolucyjne, co po prostu inteligentne jest podejście do biznesu twórców zespołu. Na Instagramie i taniej kontrowersji można rzeczywiście zbudować szybką karierę. Niestety, razi głupkowatość przekazu, jaki serwuje nam Nergal. Jeżeli zespół ma rzeczywiście być (jak to określił frontman) celebracją wolnego słowa i chaotycznego dźwięku, to niech chociaż jego wolne słowo będzie miało artystyczne i merytoryczne uzasadnienie. Spóźniony gimnazjalny bunt muzyków w średnim wieku zamiast być realną manifestacją oryginalności, stał się największym tryhardem w historii metalu z pierwszej połowy XXI wieku.

Jeste mimo kilku zgrzytów pod wrażeniem składu, który zdecydowanie zasługiwał na to, by z heavymetalowego podziemia na chwilę wyrwać się w stronę mocniejszych klimatów. Ecclessia Diabolica Baltica zawita jeszcze do kilku miast, więc śpieszcie się po bilety i słuchajcie supportów, póki jeszcze są supportami.

Foto: Henryk Michaluk

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *