Buenos Aires to miasto sprzeczności. Ogromne, jakby wszyscy tutejsi architekci cierpieli na manię wielkości, pełne blichtru i przepychu. Znajdują się tam dzielnice pełne eleganckich restauracji, ekskluzywnych sklepów i modnych klubów, a jednocześnie slumsy, w których pracując, narażasz się na śmierć – przecież jeśli będziesz miał pieniądze, okradną cię, może przy okazji zabiją.

Ciudad Oculta. Ukryte miasto. W roku 1978 w Argentynie odbyły się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Krajem rządziła wtedy wojskowa junta, która prowadziła guerra sucia – brudną wojnę. Masowe aresztowania opozycjonistów kończyły się torturami i – nader często – śmiercią. W stolicy, Buenos Aires, sytuacja nie przestawiała się zbyt ciekawie. W samym środku miasta znajdowały się dzielnice biedy, które nie dość, że mogłyby pochłonąć kilku zbłąkanych, nieświadomych niebezpieczeństwa turystów, to na dodatek nie robiły Argentynie dobrej reklamy. Władze wpadły więc na genialny w swej prostocie pomysł – zbudują wokół nich mur i ukryją tym samym przed czujnym okiem prasy z całego świata.

Jak można się było spodziewać, bieda i przemoc w slumsach tylko się nasiliły. Różnica była taka, że nikt tego nie widział. Ani policja, ani straż pożarna nie wjeżdżały do środka, a Ukrytym Miastem rządziły gangi. Do dzisiaj rządzą. Nawet po blisko 40 latach sytuacja wcale się nie poprawiła. Alkoholizm, narkomania, rabunki, morderstwa i gwałty są na porządku dziennym, a kobiety zachodzą w ciążę specjalnie, aby stać się mniej atrakcyjnym celem dla gwałcicieli.

No dobra, ale co to ma wspólnego z The Cult? Tłumaczy Ian Astbury, wokalista grupy.

O Ukrytym Mieście usłyszałem za sprawą popularnego piłkarza, Carlosa Teveza, który grał w kilku dużych europejskich klubach. Po strzelonym golu miał w zwyczaju podnosić koszulkę, aby pokazać napis „Ciudad Oculta”, co po hiszpańsku oznacza Ukryte Miasto (czyli Hidden City, tytuł nowego krążka The Cult). Bardzo mnie to zaintrygowało. To naprawdę świetne, że gość chwalił się miejscem, z którego pochodzi. „Spójrzcie GDZIE jestem! I spójrzcie SKĄD jestem!”

Jak się okazuje, tytuł jest głębszą metaforą i nie odnosi się bezpośrednio do argentyńskiej dzielnicy biedy, choć niewątpliwie jest nią w jakiś sposób inspirowany.

Żyjemy w świecie, w którym ludzie desperacko szukają poklasku i zewnętrznej akceptacji, a ten gość ujawniał swoją duszę. Kto w dzisiejszych czasach się uzewnętrznia, okazuje emocje? Przeżywamy czasy kryzysu ducha, nie mam co do tego wątpliwości. Tak więc to ukryte miasto jest w nas, to nasze duchowe życie, które wypełnia pustka. Staramy się zrekompensować to czymkolwiek – gadżetami, serialami, podglądaniem celebrytów, środkami psychotropowymi.

„Hidden City” to płyta… cóż, mocno „Cultowa”. Od razu słychać, kto ją nagrał, ale bezczelnych zrzynek z wcześniejszych dokonań nie odnotowano. Jakieś nawiązania jednak są – ‚G O A T’ zadowoli fanów „Electric”, stonowane ‚Sounds And Fury’ kojarzy się z „Ceremony”, a wpadający w ucho ‚Dance The Night’ mogł by się znaleźć na „Sonic Temple” albo „Love” chociaż trochę by od poziomu tych krążków odstawał.

Płyta, przy całej swojej przebojowości, jest też bardzo mroczna. Czasy, w jakich przyszło nam żyć, już dawno nie były tak niespokojne, co słychać w twórczości wielu grup, w tym The Cult.

Violence in my head
I’m a European
Violence in my head
I’m a European
Witnessing the fall
From the perfumed lands
Syria the fall, weep for you

www.youtube.com/watch?v=uocTvWgUpgg

Astbury, zafascynowany postaciami Dalajlamy oraz Russela Meansa, widzi The Cult jako „pierwotną siłę walczącą z niezrównoważoną kulturą Lamborghini i adidasów”.

Nasza mantrą przy nagrywaniu tego krążka było „bronić piękna”. Pogoń za dobrami materialnymi prowadzi do upadku. Ta płyta będzie mówiła o relacjach. Jakości relacji. Nie tylko z innymi, ale i z samym sobą.

A jak mają się relacje tego krążka z dwoma poprzednimi, z którymi to tworzy trylogię?

„Hidden City” jest znacznie ciekawsze, bardziej urozmaicone od „Born Into This” i „Choice of Weapon”, chociaż klimat na tych trzech krążkach jest podobny. Znaczne uspokojenie i złagodzenie w porównaniu do najcięższego w ich karierze, metalowego wręcz „Beyond Good And Evil”.

To, że jest najlepsza w trylogii, nie oznacza wcale, że dorównuje poziomem klasycznym dziełom The Cult. Gdyby uszeregować ich krążki w kolejności od najlepszego do najgorszego, „Hidden City” znalazłoby się na pozycji 3. od końca. Jeśli jednak porównać ostatnie dokonana Astbury’ego i spółki z tym, co wyprawia niejaki Glenn Danzig, tworzący niegdyś muzykę zbliżoną gatunkowo i często do The Cult porównywany, wypada tylko ukłonić się nisko, podziękować i z ulgą posłuchać 52 minut i 34 sekund całkiem zgrabnego rocka. Rocka, któremu słoma z butów nie wyłazi.

Paweł Drabarek

the cult

 

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *